
W niedzielę zwołałam obiad i przeczytałam wszystkim testament na głos - „żeby potem nie było niespodzianek". Mieszkanie na wnuczkę, oszczędności po równo, pamiątki według listy. Kompot dopito w ciszy. Od poniedziałku dzwonią częściej niż przez cały rok. A testament przecież można zmienić.
Pierwszy zadzwonił Dariusz. W poniedziałek, o siódmej rano, zanim jeszcze zdążyłam zaparzyć herbatę. „Mamo, ja tylko chciałem zapytać, jak się czujesz." Trzydzieści lat go znam - jako niemowlę, jako zbuntowanego nastolatka, jako dorosłego mężczyznę, który zapomina o moich imieninach. Nigdy w życiu nie zadzwonił do mnie o siódmej rano, żeby zapytać, jak się czuję.
Potem Renata. We wtorek. Z pozoru o przepisie na sernik, bo „Kasia chce upiec na klasową imprezę i mówi, że tylko babciny jest dobry". Dopiero pod koniec rozmowy, jakby mimochodem: „Mamo, a ta lista z pamiątkami - to już taka ostateczna? Bo wiesz, ja myślałam, że te kryształy po babci Zosi to raczej do mnie powinny trafić, ja je pamiętam z dzieciństwa."
Kryształy. Moja matka dostała je na ślub w sześćdziesiątym trzecim roku. Sześć kieliszków i karafka. Jeden kieliszek tłukł Dariusz w osiemdziesiątym ósmym, jak biegał po mieszkaniu z plastigową szablą. Zostało pięć. I nagle są ważne.
Mam na imię Halina, w grudniu skończę sześćdziesiąt osiem lat. Mieszkam sama na Gocławiu, w bloku, który pamięta Gierka, ale mieszkanie jest po remoncie - jasne, ciepłe, z balkonem na południową stronę. Czterdzieści dwa metry, które są teraz warte tyle, że obie moje dzieci nagle zaczęły interesować się moim zdrowiem.
Przez czterdzieści lat pracowałam na poczcie. Zaczynałam przy okienku, kończyłam jako zastępczyni naczelnika placówki na Grochowskiej. Henryk, mój mąż, był elektrykiem - solidnym, spokojnym człowiekiem, który umarł pięć lat temu na raka trzustki. Cicho, bez dramatu, tak jak żył. Został po nim zegarek z grawerunkiem, skrzynka z narzędziami i kredyt spłacony na dwa miesiące przed diagnozą. Jakby wiedział.
Po śmierci Henryka zostałam sama z tym mieszkaniem, emeryturą z ZUS-u i oszczędnościami, które odkładałam przez lata jak mrówka - złotówka do złotówki. Nic wielkiego. Ale w Warszawie nawet czterdzieści dwa metry na Gocławiu to jest coś.
Testament napisałam u notariusza w marcu. Pani Lewandowska, młoda, uprzejma, tłumaczyła mi wszystko po trzy razy. Mieszkanie - na Olę, wnuczkę Dariusza, bo Ola ma dwadzieścia trzy lata, wynajmuje pokój z dwiema koleżankami na Pradze i zarabia grosze w wydawnictwie. Oszczędności - po połowie dla Dariusza i Renaty. Pamiątki - według listy, którą sporządziłam na trzech kartkach A4, pisząc do drugiej w nocy, bo każdy przedmiot niósł ze sobą wspomnienie, a wspomnienia nie chciały się skończyć.
Niedzielny obiad przygotowywałam od rana. Rosół z kury, schabowe, surówka z marchewki, kompot z jabłek. Normalny obiad, taki jak sto innych. Przyszli wszyscy - Dariusz z żoną Beatą, Renata z mężem Tomkiem, nawet Ola przyjechała, choć zwykle w niedziele pracuje na zleceniach. Usiedli, jedli, rozmawiali o pogodzie i o tym, że na Gocławiu mają budować nową linię tramwajową.
Między kompotem a szarlotką wyjęłam kopertę.
„Chcę wam coś przeczytać" - powiedziałam. Dariusz odstawił szklankę. Renata przestała kroić ciasto. Beata zamarła z widelcem w powietrzu.
Czytałam spokojnie, jak kiedyś czytałam komunikaty na poczcie. Punkt po punkcie. Mieszkanie - Aleksandra Kowalczyk, urodzona w dwutysięcznym pierwszym roku, zamieszkała... Środki na rachunku bankowym - w równych częściach... Zegarek po Henryku - dla Dariusza. Kryształy - dla Oli. Naszyjnik z bursztynem, który dostałam od mamy na osiemnastkę - dla Renaty. Album ze zdjęciami - pozostaje w mieszkaniu, bo album należy do mieszkania, nie do ludzi.
Cisza, która zapadła, kiedy skończyłam, była gęsta jak kisiel. Dariusz patrzył w stół. Renata obracała obrączkę na palcu - ten gest ma po ojcu, Henryk robił dokładnie tak samo, kiedy się denerwował. Tomek chrząknął, jakby chciał coś powiedzieć, ale Renata położyła mu rękę na kolanie i chrząknięcie ucichło.
Tylko Ola podniosła na mnie oczy. Duże, ciemne, jak u mojej matki. „Babciu..." - zaczęła. „Nie teraz, kochanie" - ucięłam. „Kompot ktoś dopije?"
Dopili. Pozbierali talerze. Renata umyła naczynia - pierwszy raz od lat, zwykle wychodziła zaraz po deserze, bo „Tomek ma rano wstawać". Dariusz pocałował mnie w policzek przy drzwiach. Beata uścisnęła mi rękę - mocniej niż zwykle. Wyszli.
A potem zaczęły się telefony.
Dariusz dzwoni co dwa dni. Pyta o ciśnienie, o to, czy wzięłam leki, czy nie potrzebuję pomocy z zakupami. Przez pięć lat po śmierci ojca dzwonił raz w tygodniu, w sobotę, z zegarową regularnością, rozmowy trwały cztery minuty. Teraz gadamy po dwadzieścia. Opowiada mi o pracy, o tym, że Beata chce wymienić samochód, o Oli - że jest z niej dumny. Ani razu nie powiedział wprost, że chodzi o mieszkanie. Ale ja słyszę to, czego nie mówi. Czuję to w pauzach, w pytaniach „a może byś do nas przyjechała na weekend?", w nagłej troskliwości, która smakuje jak herbata z za dużą ilością cukru - niby słodka, ale coś nie gra.
Renata jest bardziej bezpośrednia. Zawsze była. „Mamo, ja nie mówię, że to niesprawiedliwe, ale Ola jest młoda, ona sobie poradzi, a ja mam kredyt i dwójkę dzieci." To prawda - Renata ma kredyt i dwójkę dzieci. Ma też męża z dobrą pensją i dom pod Piasecznem. Ola ma pokój z dwiema koleżankami i pensję, z której połowa idzie na wynajem.
W środę przyszła Renata osobiście. Usiadła w kuchni, wzięła herbatę, zjadła dwa ciastka - i zaczęła. Że rozumie, ale. Że nie chce się kłócić, ale. Że może mieszkanie sprzedać i podzielić pieniądze, bo wtedy byłoby sprawiedliwiej. „Dla wszystkich, mamo. Też dla ciebie. Miałabyś gotówkę na wygodne życie."
Patrzyłam na nią i widziałam dziesięcioletnią dziewczynkę, która kiedyś płakała, bo Dariusz dostał większą porcję lodów. Renata zawsze liczyła. Nie ze złośliwości - z lęku, że zostanie pominięta. Henryk mówił: „Ta nasza Renatka to ma w głowie kalkulator i w sercu alarm przeciwpożarowy." Kochał ją za to. Ja też ją kocham. Ale mieszkanie napisałam na Olę i miałam swoje powody.
Ola jest jedyną osobą w tej rodzinie, która nigdy o nic nie poprosiła. Kiedy Henryk leżał w szpitalu, to ona przyjeżdżała do mnie wieczorami, żebym nie była sama. Miała wtedy osiemnaście lat. Przywoziła bułki z piekarni na rogu, robiła mi herbatę, siadała na kanapie i czytała książkę, żebym mogła płakać w kuchni, udając, że zmywam. Nigdy nie pytała, dlaczego mam mokre oczy. Nigdy nie mówiła, że „będzie dobrze". Po prostu była.
Może to niesprawiedliwe. Może Renata ma rację. Może Dariusz, który teraz dzwoni codziennie, naprawdę się o mnie martwi, a nie o czterdzieści dwa metry z balkonem na południe.
A może ja, Halina, sześćdziesiąt siedem lat, emerytowana pocztowiec z Gocławia, po prostu chcę zobaczyć, jak długo będą dzwonić.
Na stoliku nocnym leży wizytówka pani Lewandowskiej. Notariusz. Numer telefonu podkreślony na czerwono. Renata nie wie o tej wizytówce. Dariusz też nie. Ola tym bardziej.
Testament przecież można zmienić. Ale można też tego nie robić.
Dzisiaj jest czwartek. Telefon milczy od dwóch godzin. Ciekawe, kto zadzwoni pierwszy.