Od roku słyszę: „mamo, znowu zapomniałaś". Okulary znajdowałam w lodówce, klucze w doniczce - zaczęłam się bać własnej głowy. W środę kamerka, którą wnuczka postawiła po włamaniach na osiedlu, nagrała synową przekładającą moje okulary do lodówki. Nagranie mam - jeszcze nie wiem, co z nim zrobię.

Obejrzałam to nagranie siedem razy. Za każdym razem to samo - Patrycja wchodzi do mojej kuchni, rozgląda się, bierze okulary z blatu przy oknie i spokojnie, bez pośpiechu, kładzie je na półce w lodówce. Między jogurtami a masłem. Potem poprawia włosy i wychodzi. Całość trwa dwadzieścia trzy sekundy. Dwadzieścia trzy sekundy, które wywróciły mi życie do góry nogami.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w środę. Zaczęła się ponad rok temu, kiedy Patrycja powiedziała mi przy niedzielnym obiedzie: - Mamo, szukałaś okularów, a miałaś je w kieszeni płaszcza. Może powinnaś iść do lekarza?

Mam na imię Lucyna, skończyłam sześćdziesiąt cztery lata w styczniu. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w firmie budowlanej w samym Poznaniu, gdzie pracuję do dziś na pół etatu, bo lubię cyfry i ludzi, i nie wyobrażam sobie siedzieć w domu od rana do wieczora. Głowa mi zawsze służyła. Kolumny się zgadzały, deklaracje szły na czas, ZUS nie miał do mnie zastrzeżeń przez prawie cztery dekady. Dlatego kiedy zaczęłam znajdować swoje rzeczy w dziwnych miejscach, naprawdę się przestraszyłam.

Najpierw były te okulary. Potem klucze w doniczce z fiołkiem na parapecie w łazience. Pilot od telewizora w szafce z butami. Portfel w koszu na bieliznę. Za każdym razem Patrycja albo mój syn Grzegorz mówili to samo: - Mamo, znowu. Może to jednak pora na neurologa.

Poszłam do neurologa w marcu. Doktor Witkowski, spokojny pan po pięćdziesiątce, zrobił mi testy. Kazał zapamiętywać słowa, rysować zegar, powtarzać ciągi liczb. Wszystko wyszło dobrze. - Pani Lucyno - powiedział - na razie nie widzę podstaw do niepokoju. Wiek robi swoje, ale pani głowa pracuje jak trzeba. Proszę przyjść za pół roku na kontrolę.

Ulga trwała może tydzień. Bo klucze znowu zniknęły. Tym razem znalazłam je w słoiku z ryżem. W słoiku z ryżem! Kto wkłada klucze do słoika z ryżem? Zadzwoniłam do Grzegorza, płakałam do słuchawki. Powiedział: - Mamo, spokojnie, może trzeba zmienić lekarza, poszukamy kogoś lepszego. A w tle słyszałam głos Patrycji: - Mówię od miesięcy, że trzeba coś z tym zrobić.

Zaczęłam się pilnować. Zapisywałam w zeszycie, gdzie kładę rzeczy. Okulary - blat przy oknie. Klucze - haczyk przy drzwiach. Portfel - torebka na wieszaku. Prowadziłam ten dziennik jak wariatka, sprawdzałam po trzy razy, zanim wyszłam z kuchni. I mimo to - rzeczy wędrowały. Zawsze wtedy, kiedy Patrycja z Grzegorzem wpadali z wizytą.

Nie podejrzewałam jej. Nawet przez moment. Patrycja jest z Grzegorzem od dwunastu lat, mają dwoje dzieci - Olę, która ma jedenaście lat, i Kubusia, który we wrześniu idzie do pierwszej klasy. Patrycja pracuje jako fryzjerka, ma swój mały salon na Wildzie. Zawsze wydawała mi się porządna, choć chłodna. Nie byłyśmy bliskie jak matka z córką, ale ja to szanowałam. Nie każdy musi się do teściowej przytulać.

To Ola, moja wnuczka, postawiła kamerkę. Na osiedlu były trzy włamania w ciągu dwóch miesięcy - ktoś wyważał drzwi do piwnic, kradł rowery i narzędzia. Ola dostała od ojca kamerkę na urodziny, taką małą, z aplikacją na telefon. Postawiła ją u mnie w przedpokoju, żebym się czuła bezpieczniej. - Babciu, będziesz miała nagranie, jakby co - powiedziała i pomogła mi zainstalować aplikację.

Kamerka miała szeroki kąt. Obejmowała przedpokój i kawałek kuchni - właśnie ten blat przy oknie, gdzie zawsze kładłam okulary.

W środę Grzegorz i Patrycja przyszli po południu z dziećmi. Grześka zabrał wnuków na plac zabaw, a Patrycja została, bo chciała zrobić mi herbatę. Ja poszłam do łazienki. Kiedy wróciłam, siedziała przy stole, herbata parzyła się w dwóch kubkach, a Patrycja rozmawiała przez telefon ze swoją matką. Wszystko normalnie.

Wieczorem, kiedy już sobie poszli, szukałam okularów. Nie było ich na blacie. Znalazłam je w lodówce. Usiadłam ciężko na krześle i pomyślałam: to koniec. To naprawdę się dzieje. Moja głowa odchodzi.

A potem przypomniałam sobie o kamerce.

Otworzyłam aplikację drżącymi palcami. Przewinęłam nagranie do momentu, kiedy wyszłam do łazienki. I zobaczyłam. Patrycja wstaje od stołu. Podchodzi do blatu. Bierze okulary. Otwiera lodówkę. Kładzie je obok masła. Zamyka lodówkę. Wraca na miejsce. Wszystko w ciszy, bez pośpiechu, z takim spokojem, jakby to był najzwyklejszy gest na świecie.

Nie spałam tej nocy. Leżałam w ciemności i myślałam o tym roku. O każdym razie, kiedy czułam, że tracę rozum. O łzach w gabinecie neurologa. O tym, jak Grzegorz zaczął mówić do mnie wolniej, wyraźniej, jakby tłumaczył coś dziecku. O tym, jak na rodzinnym obiedzie na Wielkanoc Patrycja powiedziała do swojej siostry - myśląc, że nie słyszę - że chyba niedługo trzeba będzie pomyśleć o jakimś rozwiązaniu, bo ja sama sobie nie dam rady.

O jakim rozwiązaniu mówiła? O domu opieki? O przeprowadzeniu mnie do nich? Mam dwupokojowe mieszkanie na Piątkowie, własnościowe, po moich rodzicach. Grzegorz od lat mówi, że jest im ciasno na Wildzie z dwójką dzieci.

I nagle wszystko ułożyło się w logiczną całość - taką, jakiej uczyłam się przez lata pracy z tabelkami i bilansami. Kolumna po kolumnie. Jeśli teściowa traci głowę, to nie może sama mieszkać. Jeśli nie może sama mieszkać, to trzeba ją przenieść. A wtedy mieszkanie na Piątkowie stoi puste. Albo nie stoi.

Może się mylę. Może to nie o mieszkanie chodzi. Może Patrycja naprawdę uważa, że jestem chora, i chce mnie do tego przekonać, żebym wreszcie poszła na poważne badania. Może w jej głowie to jest troska - taka pokręcona, chora troska. Nie wiem.

Zadzwoniłam wczoraj do Grzegorza. Chciałam mu powiedzieć. Odebrał i od razu: - Mamo, a pamiętasz, że w niedzielę przyjeżdżamy? Bo ostatnio zapomniałaś o obiedzie u nas. - Nie zapomniałam - powiedziałam. - Byłam chora, mówiłam ci. - A, tak, racja. No to w niedzielę, dobrze?

Nie powiedziałam mu. Nie dlatego, że nie chciałam. Dlatego, że się boję. Boję się, że Grzegorz wie. Że to wymyślili razem. Że pokażę mu nagranie, a on powie: - Mamo, znowu ci się wydaje. I wtedy naprawdę zwariuję.

A może nie wie. Może Patrycja robi to za jego plecami i on naprawdę martwi się o moją głowę. Może kiedy mu pokażę to nagranie, spojrzy na mnie z przerażeniem i powie: - Mamo, przepraszam. I wtedy co? Rozwód? Rozbita rodzina? Ola i Kubuś bez kompletu rodziców? Przez okulary w lodówce?

Siedzę teraz przy kuchennym stole, herbata stygnie w kubku, telefon leży ekranem do dołu. W tym telefonie jest plik, który może wszystko zmienić. Albo wszystko zniszczyć. Dwadzieścia trzy sekundy prawdy.

W niedzielę przyjeżdżają na obiad. Planuję rosół i kotlety schabowe, bo Kubuś je uwielbia. Okulary położę na blacie przy oknie, tak jak zawsze. Kamerkę zostawię włączoną.

Tylko jeszcze nie wiem, czy pokażę synowi to, co nagra.