
Na gwiazdkę dostałam „kalendarz rodzinny" ze zdjęciami wnuków - miły prezent. W środku rok był już rozpisany cudzą ręką: ferie „dzieci u babci", majówka „babcia podlewa", lipiec „wakacje - babcia". Mój styczeń zaczyna się od cudzych planów. Grudzień jeszcze pusty - może zdążę.
Przeczytałam to wszystko przy wigilijnym stole, między barszczem a karpiem, uśmiechając się tak, jak uśmiechałam się od trzydziestu lat - szeroko, ciepło, z podtekstem „jak miło". Schowałam kalendarz do torebki. Synowa Agnieszka powiedziała „Prawda, że fajny pomysł? Agata z przedszkola takie robi". Pokiwałam głową. Tomek, mój syn, dolał mi kompotu i zmienił temat na prognozę pogody.
Nikt nie zauważył, że moje ręce lekko drżały, kiedy składałam serwetkę.
Wróciłam do domu na Żoliborz późnym wieczorem. Cisza w mieszkaniu była tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara w przedpokoju - tego samego, który Henryk powiesił w osiemdziesiątym szóstym roku i który od tamtej pory nie spóźnił się ani razu. Henryk odszedł cztery lata temu. Zegar został. Ja zostałam. I ten kalendarz - rozłożyłam go na kuchennym stole, pod lampą, i przeczytałam jeszcze raz, miesiąc po miesiącu.
Styczeń: zdjęcie Zosi i Kuby lepiących bałwana. Dopisek: „ferie zimowe - dzieci u babci Bożeny (24.01 - 02.02)". Luty: pusty. Marzec: „babcia odbiera Zosię z baletu - środy i piątki". Kwiecień: „Wielkanoc u babci". Maj: „babcia podlewa kwiaty i pilnuje kota (majówka, wyjeżdżamy do Zakopanego)". I tak dalej, aż do listopada, kiedy było wpisane „babcia na cmentarzu z dziećmi - 1 XI, godz. 10:00". Nawet na cmentarz mi zaplanowali godzinę.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata. Przez trzydzieści pięć lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Dwa lata temu przeszłam na emeryturę. I od tamtej pory - jak to teraz widzę wyraźnie - stałam się czymś w rodzaju domowego sprzętu. Niezawodnego, zawsze gotowego, włączanego wtedy, kiedy potrzeba.
Nie zrozumcie mnie źle. Kocham wnuki. Zosia ma siedem lat i mówi do mnie „babciu-skarbie", a Kuba ma cztery i wkłada mi do torebki rysunki dinozaurów, żebym „nie była smutna w domu sama". Kocham je tak mocno, że boli mnie gardło, kiedy o nich myślę. Ale ten kalendarz - ten kalendarz nie był prezentem. To był grafik.
Zadzwoniłam do Lucyny, mojej siostry, następnego dnia rano. Lucyna mieszka w Poznaniu, ma sześćdziesiąt pięć lat i od czterech lat chodzi na kurs ceramiki. Ma też trzech wnuków, ale jej córka jakoś nie drukuje jej kalendarzy z rozkładem jazdy.
- Lucyna, jak to u ciebie wygląda? Kiedy pilnujesz Antka i dziewczyn?
- Kiedy chcę i kiedy mogę - odpowiedziała bez wahania. - Czemu pytasz?
Opowiedziałam jej o kalendarzu. Przez chwilę milczała.
- Bożena, a ty im kiedykolwiek powiedziałaś „nie"?
To pytanie mnie zatkało. Bo odpowiedź brzmiała: nie. Nigdy nie powiedziałam „nie". Ani razu od czterech lat, odkąd Henryk umarł i zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu, które nagle zrobiło się za duże. Kiedy Tomek z Agnieszką pytali, czy mogę wziąć dzieci na ferie - brałam. Kiedy prosili o podlewanie kwiatów na majówkę - podlewałam. Kiedy wyjeżdżali na urlop i potrzebowali kogoś do kota - byłam. Zawsze byłam.
Myślałam, że to dlatego, że jestem dobrą matką i babcią. Teraz zaczęłam się zastanawiać, czy po prostu boję się, że jeśli powiem „nie", to zniknę z ich życia jak Henryk. Że przestanę być potrzebna. Że telefon zamilknie.
W styczniu, zgodnie z kalendarzem, dzieci przyjechały na ferie. Zosia wpłynęła do mieszkania z różowym plecakiem, Kuba przytulił się do mojego kolana. Agnieszka stała w drzwiach, już w kurtce, z kluczykami w ręku.
- Mamo, Zosia je teraz bez glutenu, zapomniałam powiedzieć. Wypisałam jej jadłospis, jest w plecaku. I proszę, żeby o dwudziestej były w łóżku, bo potem Zosia jest nieznośna.
- Dobrze - powiedziałam automatycznie.
- I w środę Zosia ma balet. Trzeba ją zawieźć na piątą.
- Dobrze.
Agnieszka już zbiegała po schodach, kiedy krzyknęłam za nią:
- Agnieszka!
Obróciła się na półpiętrze.
- A w lutym mam kurs komputerowy. Zapisałam się we wtorek. Więc w lutym nie mogę.
Patrzyła na mnie przez dobre trzy sekundy, jakbym powiedziała jej, że wylatuję na Marsa.
- Jaki kurs? - zapytała.
- Komputerowy. W bibliotece na Kasprzaka. Dwa razy w tygodniu.
- Ale w lutym mieliśmy... Tomek miał delegację i ja miałam szkolenie w firmie, i...
- Wiem. Widziałam w kalendarzu.
Cisza na klatce schodowej. Zosia za moimi plecami pytała Kubę, czy chce rysować dinozaury. Gdzieś na dole trzasnęły drzwi. Agnieszka otworzyła usta, zamknęła je, a potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
- To... to my jakoś inaczej zorganizujemy.
Powiedziała to takim tonem, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że stoję po drugiej stronie tego kalendarza. Nie kłóciła się. Nie robiła wyrzutów. Ale widziałam w jej oczach zakłopotanie - i coś jeszcze. Zaskoczenie. Czyste, autentyczne zaskoczenie, że Bożena ma własne plany.
Wróciłam do mieszkania, zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Zosia podbiegła z rysunkiem.
- Babciu, narysowałam ci kota z motylem!
- Piękny - szepnęłam i poczułam, jak coś w środku puszcza. Jak ścisk, który nosiłam od wigilii - a może od lat - powoli zaczyna się rozluźniać.
Ten kurs komputerowy naprawdę istniał. Zapisałam się dzień po świętach, siedząc nad kalendarzem o drugiej w nocy. Ale prawda jest taka, że nie chodziło o kurs. Chodziło o to, żeby w jednej kratce tego kalendarza wpisać coś swoim pismem. Coś, co nie zaczyna się od słowa „babcia".
Teraz jest koniec marca. Ferie przeżyłam pięknie - rysowaliśmy dinozaury, piekłam naleśniki bez glutenu, zawoziłam Zosię na balet. Luty spędziłam na kursie, uczyłam się wysyłać maile ze zdjęciami. Marcowe środy mam wolne. W kwietniu jest Wielkanoc i pewnie znów będą u mnie - i chcę, żeby były.
Ale na majówkę mam inne plany. Lucyna zaprosiła mnie do Poznania. Chcę zobaczyć jej ceramikę, napić się wina na jej balkonie, posiedzieć bez zegarka.
Nie wiem jeszcze, czy powiem o tym Tomkowi. Nie wiem, jak Agnieszka zareaguje, kiedy zobaczy, że „babcia podlewa" zniknęło z maja. Może znajdą kogoś innego. Może będą rozczarowani. Może w ogóle nie zauważą - wynajmą studenta do podlewania i tyle.
A może - i tego boję się najbardziej - zadzwoni Tomek i powie cicho: „Mamo, coś się zmieniło? Jesteś na nas zła?".
I wtedy będę musiała znaleźć słowa na coś, na co nie mam jeszcze słów. Że nie jestem zła. Że ich kocham. Ale że ten grudzień w kalendarzu - ten jedyny pusty miesiąc - chcę mieć dla siebie. Cały. I może jeszcze kilka innych miesięcy. Nie wszystkie. Ale kilka.
Zegar Henryka tyka w przedpokoju. Na lodówce wisi rysunek Zosi - kot z motylem. Na stole leży kalendarz, otwarty na maju. Jeszcze nic nie jest wpisane.
Trzymam długopis i zastanawiam się, czyją ręką tym razem będzie pisane.