
Wróciłam ze szpitala, a syn z synową zrobili mi niespodziankę: remont. Meblościankę, kupioną ze Stefanem na talon w siedemdziesiątym dziewiątym, wywieźli do kontenera. „Mamo, wreszcie normalnie". W dolnej szufladzie były listy Stefana z wojska.
Stałam w progu własnego mieszkania i nie poznawałam go. Ściany jasnoszare zamiast kremowych, podłoga - jakieś panele w kolorze miodu. Pachnąc farbą, klejem, obcością. Patrycja - synowa - uśmiechała się tak szeroko, jakby właśnie wręczyła mi klucze do nowego życia. Marek stał obok, z rękami w kieszeniach, kołysząc się na piętach jak mały chłopiec, który czeka na pochwałę.
- No i jak, mamo? Prawda, że pięknie?
Nie odpowiedziałam od razu. Szukałam wzrokiem czegoś znajomego. Firanki - inne. Dywan z przedpokoju - zniknął. Kryształowy wazon po mamie stał na parapecie jak osierocony. Jedyne, co ocalało.
- Gdzie jest meblościanka? - zapytałam cicho.
Patrycja machnęła ręką. - W kontenerze, mamo. Już dawno trzeba było ją wyrzucić, drewno się rozpadało.
Nie rozpadało się. Fornir miał odpryski, owszem, ale ta meblościanka stała prosto jak żołnierz od czterdziestu pięciu lat. Stefan kupił ją na talon, w grudniu siedemdziesiątego dziewiątego.
Staliśmy w kolejce od piątej rano, ja w szóstym miesiącu ciąży z Markiem, on z termofonem pod kurtką, bo marzłam w stopy. Kiedy ją wreszcie złożył - krzywo, bo instrukcja była po rosyjsku i brakowało dwóch śrub - powiedział: „Halinka, to nasza pierwsza porządna rzecz". I miał rację. Wcześniej mieliśmy pożyczone łóżko od teściowej i stół z odzysku.
Marek najwyraźniej wyczuł, że coś jest nie tak, bo podszedł i objął mnie za ramię.
- Mamo, miałaś operację kolana, cztery tygodnie leżałaś. Chcieliśmy, żebyś wróciła do czegoś ładnego. Patrycja wybrała kolory.
- Kolory są ładne - powiedziałam, bo co miałam powiedzieć. Że zabrali mi dom i postawili w jego miejsce pokój z katalogu IKEA? Że mam sześćdziesiąt siedem lat i nie chcę zaczynać od nowa?
Usiadłam na nowej kanapie - szarej, twardej, z poduszkami, które jeszcze pachniały folią. Patrycja przyniosła herbatę w kubku, którego nie znałam. Dopiero wtedy zapytałam:
- A co było w szufladach? Sprawdziliście?
Cisza. Marek spojrzał na Patrycję. Patrycja spojrzała w okno.
- Mamo, tam były same stare gazety i rachunki. Wyrzuciliśmy, bo pleśniały.
Poczułam, jak coś we mnie zamiera. Dolna szuflada meblościanki - ta, która się zacinała, bo Stefan nigdy nie naprawił prowadnic - tam trzymałam jego listy. Czterdzieści jeden listów z wojska, pisanych od września siedemdziesiątego szóstego do lipca siedemdziesiątego siódmego. Drobne, pochyłe pismo na papierze w kratkę, wyrwanym z zeszytu. Niektóre z rysunkami - Stefan rysował mi kwiaty na marginesach, bo nie umiał pisać czułych słów wprost. Zamiast „kocham" rysował stokrotki. Zamiast „tęsknię" - domek z ogrodem, w którym stoi dziewczyna z warkoczem.
Nie powiedziałam tego Markowi. Powiedziałam tylko:
- Tam były listy od taty.
Marek zbladł. Stefan zmarł siedem lat temu, na raka płuc, w grudniu, trzy dni przed Wigilią. Marek trzymał go za rękę do końca, więc wiedział, co ojciec dla mnie znaczył. A jednak - wyrzucił jego listy razem ze starymi rachunkami za prąd.
- Mamo, ja nie wiedziałem. Nie przeglądałem, to Patrycja...
- Ja nie wiedziałam, że tam coś ważnego - powiedziała Patrycja szybko, obronnym tonem. - Szuflada śmierdziała stęchlizną, wzięłam wszystko w worek i...
- Kiedy to wywieźliście? - przerwałam.
- W zeszły piątek.
Minął tydzień. Tydzień deszczu, tydzień kontenera otwartego na świat. Wiedziałam, że nie ma sensu jechać sprawdzać. Ale następnego ranka, o szóstej, zadzwoniłam po taksówkę.
Kontener stał na zapleczu osiedla, za blokiem numer dwanaście. Wielki, rdzawy, pełen gruzu, starych mebli, worków. Meblościankę zobaczyłam od razu - leżała na boku, z wyłamanym regałem, jak porzucone zwierzę. Fornir nasiąkł wodą, spęczniał. Otworzyłam dolną szufladę. Pusta.
Grzebałam w kontenerze ponad godzinę. Taksówkarz czekał, bo zapłaciłam z góry. Znalazłam trzy czarne worki, które mogły być z mojego mieszkania. W pierwszym - stare firanki i obrus ze stołu. W drugim - rachunki, dowody wpłat za czynsz z lat dziewięćdziesiątych, kwitki z ZUS-u. W trzecim, na samym dnie, pod gazetami, w reklamówce z Biedronki - plik papierów związanych gumką recepturką.
Ręce mi drżały tak, że ledwo rozwiązałam. Listy. Nie wszystkie - dwadzieścia sześć z czterdziestu jeden. Część nasiąkła wilgocią, atrament się rozpłynął. Ale większość dało się przeczytać. Na wierzchu leżał ten z października siedemdziesiątego szóstego, pierwszy, który do mnie napisał. „Halinka, tu jest zimno i głupio, ale jak zamknę oczy to widzę Ciebie na przystanku, w tej zielonej kurtce, i robi mi się cieplej."
Siedziałam w tym kontenerze, na rozłamanej meblościance, i płakałam tak, jak nie płakałam od pogrzebu Stefana.
Kiedy wróciłam do mieszkania, Marek już tam był. Ktoś z sąsiadów widział mnie przy kontenerze i zadzwonił do niego. Stał w przedpokoju, blady, z czerwonymi oczami.
- Mamo, przepraszam. Nie pomyśleliśmy. Chcieliśmy dobrze.
Wiem, że chcieli dobrze. Wiem, że Patrycja wzięła tydzień urlopu, żeby malować ściany. Wiem, że Marek zapłacił za panele z własnej kieszeni, a nie jest bogaty - jest elektrykiem, prowadzi dwuosobową firmę, ma kredyt. Wiem to wszystko. I nie potrafię powiedzieć, że nic się nie stało.
Położyłam listy na nowej komodzie, obok kryształowego wazonu. Dwadzieścia sześć z czterdziestu jeden. Piętnaście zgubionych na zawsze, razem z rysunkami stokrotek i domkiem z ogrodem.
- Marek - powiedziałam - dziękuję za remont.
Skinął głową. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale podniosłam rękę.
- Idź już. Muszę odpocząć.
Został sam zapach farby. I cisza w mieszkaniu, które wyglądało jak nowe, a czuło się jak obce. Wieczorem otworzyłam pierwszy list. „Halinka, tu jest zimno i głupio..." - czytałam na głos, do pustego pokoju, jakby Stefan mógł usłyszeć swoje własne słowa, powiedziane jego pochyłym pismem sprzed prawie pięćdziesięciu lat.
Nie wiem, czy im przebaczę. Nie dlatego, że nie chcę. Dlatego, że nie wiem jeszcze, co właściwie mam przebaczyć - remont, szufladę, czy to, że mój syn nie wiedział, co jego matka trzyma najbliżej serca.