
O drugiej w nocy pękła mi rura w łazience - woda po kostki. Zadzwoniłam do syna. Odebrała synowa, zaspana: „niech mama dzwoni po hydraulika, Marek jutro wcześnie wstaje".
Stałam boso na zalanych kafelkach, z telefonem przy uchu, i słuchałam ciszy. Agnieszka się już rozłączyła. Woda leciała dalej. Zimna, brudnawa, cuchnąca starą instalacją. Zatkałam rurę ręcznikiem, który natychmiast nasiąkł i stał się bezużyteczny.
Potem wzięłam miskę i zaczęłam wylewać wodę do wanny. Miska za miską. Sześćdziesiąt trzy lata, dwie protezy w kolanach i miska za miską o drugiej w nocy.
Hydraulika znalazłam dopiero o szóstej rano. Pan Wiesław, emerytowany instalator z sąsiedniego bloku, którego numer podała mi Krysia z parteru. Przyszedł w dresie, z wąsami jeszcze mokrymi od porannej kawy, obejrzał rurę, pokręcił głową i powiedział: „Pani Tereso, to się musiało stać. Te rury pamiętają Gierka". Naprawił prowizorką za sto pięćdziesiąt złotych, ale uprzedził, że trzeba będzie wymienić cały pion. Tysiąc, może dwa.
Podziękowałam, zrobiłam herbatę i usiadłam w kuchni. Było już jasno. Przez okno mojego mieszkania na Gocławiu widziałam parking, na którym sąsiad odprowadzał córkę do szkoły. Normalny poranek. Nikt nie wiedział, że ja nie spałam całą noc. Że wylewałam wodę miską, bo synowa uznała, że to nie ich sprawa.
Marek zadzwonił dopiero koło jedenastej. „Mamo, co tam było w nocy? Agnieszka wspomniała coś o rurze". Coś o rurze. Jakbym dzwoniła z pytaniem o przepis na szarlotkę, nie z wodą po kostki w łazience.
„Już naprawione" - powiedziałam. „Pan z bloku obok pomógł".
„No widzisz, to dobrze. Ja bym i tak w nocy niewiele zdziałał, nie jestem hydraulikiem" - zaśmiał się. A potem: „Mamo, słuchaj, muszę lecieć, bo mam spotkanie o dwunastej. Pogadamy w weekend, dobrze?".
W weekend. Zawsze w weekend. Odkąd Marek ożenił się z Agnieszką osiem lat temu, wszystko przesunęło się na weekend. Potem weekendy zaczęły się kurczyć - bo wyjazd, bo remont, bo dzieci mają zajęcia. Wnuki widuję raz w miesiącu, jeśli mam szczęście. Jaś ma siedem lat, Zosia pięć. Rosną beze mnie.
Nie zawsze tak było. Kiedy Marek był mały, mieszkaliśmy we troje z Tadeuszem w tym samym bloku, piętro niżej. Potem Tadeusz odszedł - nie umarł, po prostu odszedł do innej kobiety, kiedy Marek miał dwanaście lat. Zostałam sama. Pracowałam w księgowości w spółdzielni mleczarskiej, dorabiałam szyciem firan dla sąsiadek i ciągnęłam tego chłopaka jak mogłam. Na studia, na prawo jazdy, na pierwszy garnitur do pracy. Marek skończył zarządzanie, dostał posadę w firmie logistycznej, zarabia dobrze. Jestem z niego dumna. Naprawdę jestem.
Ale tej nocy, stojąc w wodzie po kostki z miską w ręku, pomyślałam sobie: czy ja wychowałam syna, czy obcego człowieka?
Agnieszka nie jest złą kobietą. Muszę to powiedzieć, bo sama siebie łapię na tym, że zaczynam ją obwiniać o wszystko. Agnieszka jest po prostu praktyczna. Ustawia granice - tak to teraz nazywają. Kiedy się pobrali, powiedziała mi wprost: „Mamo, my chcemy mieć swoje życie, ale oczywiście będziemy pomagać". To „oczywiście" wtedy brzmiało ciepło. Z czasem zamieniło się w „jak będziemy mogli" i „Marek jutro wcześnie wstaje".
Tydzień po awarii zadzwoniłam do syna z pytaniem o ten pion wodny. Czy mógłby przyjechać, obejrzeć, może zna kogoś, kto zrobi taniej. Marek powiedział, że pogada z kolegą z pracy. Potem zapomniał. Przypomniałam. Znowu zapomniał. Za trzecim razem Agnieszka oddzwoniła i powiedziała: „Mamo, to jest sprawa administracji bloku. Niech mama złoży pismo do spółdzielni, oni muszą naprawić, to części wspólne".
Miała rację. Technicznie - miała rację. Złożyłam pismo. Spółdzielnia odpowiedziała, że pion jest w planie na przyszły rok. Do tego czasu mam się modlić, żeby nie pękło ponownie.
Krysia z parteru - ta, co dała mi numer do pana Wiesława - przyszła któregoś dnia na herbatę. Siedziałyśmy w kuchni, ja podałam sernik z Biedronki i opowiedziałam jej o tej nocy. Krysia słuchała, mieszała łyżeczką w szklance i w końcu powiedziała: „Wiesz co, Teresa? Moja Beata jest taka sama. Dzwonię, to albo nie ma czasu, albo mąż nie pozwala. A jak byłam w szpitalu na kolanie, to przyszła raz. Raz, przez dwa tygodnie".
Piłyśmy herbatę i milczałyśmy. Dwie kobiety po sześćdziesiątce w bloku z wielkiej płyty, z synami, którzy się udali, i z łazienkami, które się sypią. Zabawne, gdyby nie było takie smutne.
Dwa tygodnie później Marek przyjechał z wnukami. Jaś biegał po mieszkaniu, Zosia rysowała kredkami przy stole. Marek siedział w pokoju i patrzył w telefon. W pewnym momencie Jaś wpadł do łazienki i zawołał: „Babciu, czemu tu jest takie mokre przy rurce?". Marek podniósł głowę. „Mamo, to jeszcze nie naprawione?".
„Spółdzielnia da na przyszły rok" - odpowiedziałam spokojnie.
„To trzeba ich pogonić. Ja napiszę maila, mam znajomego prawnika, on..."
„Marek" - przerwałam mu. Nie wiem, skąd wzięłam ten ton. Cichy, ale taki, od którego syn odłożył telefon. „Ja nie dzwoniłam do ciebie tamtej nocy po prawnika. I nie dzwoniłam po hydraulika. Dzwoniłam do syna".
Cisza. Zosia skrobała kredką po kartce. Jaś odkręcał i zakręcał kran.
„Mamo, no przecież..." - zaczął, ale się zatrzymał. Widziałam, że szuka słów. Że chce powiedzieć coś w rodzaju „przecież nie mogłem nic zrobić" albo „Agnieszka miała rację, że lepiej dzwonić do fachowca". Ale chyba zobaczył coś w mojej twarzy, bo powiedział tylko: „Przepraszam".
Nie odpowiedziałam. Poszłam do kuchni kroić sernik. Ten prawdziwy, nie z Biedronki - bo przecież przyjechały wnuki.
Marek wyszedł po dwóch godzinach. W drzwiach przytrzymał się framugą i odwrócił: „Mamo, ja przyjadę w przyszłym tygodniu. Obejrzę tę rurę. Może uda się tymczasowo zabezpieczyć lepiej".
„Dobrze" - powiedziałam.
Zamknęłam drzwi i stałam w przedpokoju. Na wieszaku wisiała jego kurtka z liceum - ta zielona, z plecaków, którą zostawił, kiedy się wyprowadzał. Nigdy jej nie zabrał. Trzymam ją od piętnastu lat, chociaż jest za mała na każdego w tej rodzinie.
Nie wiem, czy Marek przyjedzie w przyszłym tygodniu. Nie wiem, czy to „przepraszam" cokolwiek zmieni, czy rozpuści się jak cukier w herbacie - słodko przez chwilę, a potem jakby go nie było. Wiem tylko, że tamtej nocy, kiedy stałam w wodzie po kostki z miską w trzęsących się rękach, po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że może powinnam przestać dzwonić.
I to jest myśl, z którą nie umiem żyć - ale z którą nie umiem się też pożegnać.