W święta syn dał mi kopertę „na leki, mamo, od nas". W styczniu pożyczył ją z powrotem - „do pierwszego". Pierwszy minął już dziewięć razy. Leki kupuję sama, jak przed świętami.

Kopertę pamiętam dokładnie. Białą, zwykłą, z Biedronki pewnie, bo miała z tyłu cenę przekreśloną flamastrem. Kamil podał mi ją przy wigilijnym stole, między barszczem a uszkami, i powiedział głośno, żeby wszyscy słyszeli: „Mamo, to od nas z Patrycją, na leki, żebyś się nie musiała martwić". Synowa pokiwała głową, uśmiechnęła się. Wnuki biły brawo. Było pięknie. Było jak w filmie.

Otworzyłam ją dopiero w domu, po świętach, kiedy odprowadzili mnie pod blok na Gocławiu i odjechali swoim nowym SUV-em. Osiemset złotych. Policzyłam dwa razy, bo ręce mi drżały - nie z radości, z zaskoczenia.

Osiemset złotych to była dokładnie kwota, którą co miesiąc wydaję na leki kardiologiczne, na ciśnienie i na tę przeklętą tarczycę. Pomyślałam wtedy: może naprawdę się o mnie martwi. Może ta Patrycja jakoś na niego wpływa. Może wreszcie zobaczyli, że te trzy recepty miesięcznie to nie kaprys.

Trzynaście dni później zadzwonił telefon. Kamil, godzina dziewiąta rano, poniedziałek. Wiedziałam, że coś nie tak, bo syn w poniedziałki rano nie dzwoni. W poniedziałki rano syn nie dzwoni nigdy.

- Mamo, głupio mi, ale mógłbym pożyczyć te pieniądze z powrotem? Do pierwszego. Patrycja źle obliczyła i brakuje nam na ratę.

Cisza. Słyszałam, jak w tle Patrycja mówi coś do dzieci, chyba o śniadaniu.

- Jakie pieniądze? - spytałam, chociaż doskonale wiedziałam jakie.

- No te, z koperty. Na leki. Oddam ci pierwszego, mamo, słowo.

Oddałam. Tego samego dnia pojechałam do nich autobusem, bo Kamil powiedział, że nie ma czasu wpaść. Patrycja otworzyła mi drzwi w dresie, wzięła kopertę, powiedziała „dziękuję, mamo" i zaprosiła na herbatę. Siedziałam w ich kuchni - nowe meble, lodówka z ekranem, ekspres do kawy za trzy tysiące - i piłam herbatę z torebki, bo „liściastej nie mamy, mamo, jakoś zapomnieliśmy kupić". Patrzyłam na te ich granitowe blaty i myślałam o swoich lekach. O tym, że w aptece znają mnie z imienia, bo przychodzę co miesiąc z tym samym pytaniem: „Pani Bożenko, to co, bierzemy wszystkie trzy czy znowu tylko dwie?".

Pierwszy lutego przyszedł i poszedł. Kamil nie zadzwonił. Zadzwoniłam ja, piątego, wieczorem.

- Synku, a te pieniądze...

- Mamo, daj mi tydzień, dobra? Mieliśmy nieplanowany wydatek, Oliwce złamał się aparat ortodontyczny. Wiesz, ile to kosztuje?

Wiedziałam. Nie wiedziałam, ile kosztuje moje milczenie, ale to co innego.

W marcu spróbowałam jeszcze raz. Kamil westchnął do słuchawki tak ciężko, jakbym go prosiła o nerkę, a nie o jego własne osiemset złotych. Powiedział, że muszę zrozumieć ich sytuację, że kredyt, że rata za samochód, że dzieci rosną, że Patrycja pracuje tylko na pół etatu, bo młodsza córka ma problemy z koncentracją i trzeba ją wozić na terapię. Każdy argument był jak cegiełka w murze, który budował między nami.

W kwietniu przestałam dzwonić.

Leki kupowałam sama, jak przed świętami. Odkładałam ze swojej emerytury - dwa tysiące trzysta złotych, po opłatach i jedzeniu zostaje może pięćset. Rezygnowałam z mięsa, jadłam więcej kaszy. Przestałam kupować owoce poza sezonem. Sąsiadka Krysia z trzeciego piętra przynosiła mi czasem jabłka z działki, patrzała na mnie uważnie i pytała: „Bożena, wszystko dobrze?". Mówiłam, że tak. Kłamałam z wprawą, którą ćwiczyłam przez czterdzieści lat małżeństwa ze Zbigniewem. Zbigniew umarł sześć lat temu i zostawił mi to mieszkanie, pusty garaż i przyzwyczajenie do uśmiechania się, kiedy jest źle.

W maju Kamil przyjechał z dziećmi na Dzień Matki. Przywiózł kwiaty - piękne, kolorowe tulipany w celofanie - i ciasto z cukierni. Oliwka narysowała mi laurkę, mała Hania śpiewała piosenkę. Było miło. Było ciepło. Przy kawie Kamil powiedział, jakby od niechcenia:

- Mamo, a mogłabyś pożyczyć nam z tysiąc złotych? Patrycja znalazła super ofertę na wakacje w Grecji, trzeba wpłacić zaliczkę do jutra.

Patrzyłam na niego długo. Na tego czterdzistoletniego mężczyznę w markowej koszulce polo, z zegarkiem, który kosztował pewnie więcej niż moje trzy miesiące leków. Na mojego syna, którego uczyłam mówić „dziękuję" i „przepraszam", którego odprowadzałam do szkoły na Grochowskiej, któremu szyłam kostium pirata na szkolny bal, bo nie było nas stać na gotowy.

- Nie mam - powiedziałam. Pierwszy raz w życiu powiedziałam synowi „nie mam", chociaż miałam. Miałam dokładnie tysiąc sto złotych odłożone na leki na dwa miesiące do przodu, bo nauczyłam się, że z oszczędności żyje się spokojniej.

- Jak to nie masz? - Kamil zmarszczył brwi. - Mamo, z emerytury przecież zostaje ci...

- Nie zostaje mi nic - powiedziałam spokojnie i dolałam sobie herbaty. Ręce mi drżały, ale kubek trzymałam mocno. - Nie oddałeś mi osiemset złotych z Wigilii. Pamiętasz tę kopertę?

Milczał. Patrycja milczała. Nawet dzieci jakby wyczuły, że coś się zmieniło, i przestały się kłócić o kredki.

- Mamo, to było pięć miesięcy temu - powiedział w końcu Kamil takim tonem, jakby pięć miesięcy to była cała epoka geologiczna, po której długi się przedawniają.

- A moje leki są co miesiąc - odpowiedziałam.

Wyjechali pół godziny później. Tulipany stały na stole. Ciasto zostało nietknięte. Laurka od Oliwki leżała na półce obok zdjęcia Zbigniewa. Siedziałam w ciszy, w tym mieszkaniu, które pachniało jeszcze ich perfumami, i zastanawiałam się, kiedy dokładnie mój syn zaczął traktować mnie jak bankomat z sercem. I czy to ja go takiego wychowałam - zawsze oddając, nigdy nie prosząc, zawsze ustępując - czy on sam gdzieś po drodze zgubił coś, co nie ma nazwy, ale bez czego ludzie pustoszeją.

Jest październik. Kamil dzwoni regularnie, w niedziele po obiedzie, pyta, co słychać. Nie wspomina o pieniądzach. Ja też nie. Między nami jest ta koperta, niewidzialna, ale ciężka jak kamień. Nie wiem, czy ją kiedyś otworzymy.

Za dwa miesiące Wigilia. Zastanawiam się, czy znowu dostanę kopertę. I co z nią zrobię, jeśli dostanę.