
Na Wigilię synowa wymyśliła „drzewko życzeń" - każdy wiesza karteczkę, czytamy przy kolacji. Napisałam swoje: „żebyście dzwonili nie tylko po coś". Czytano wszystkie - mojej nie było: „zginęła chyba. Napisz coś weselszego, mamo". Napisałam: „żeby spełniło się to pierwsze". Powiesiłam wyżej.
Powiesiłam wyżej, bo wiedziałam, że nikt nie sięgnie. Na czubku choinki, tuż obok tej plastikowej gwiazdy, którą Patrycja kupiła w Pepco za jedenaście złotych. I wtedy mój syn Grzegorz spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na dziecko, które robi scenę w sklepie - z zakłopotaniem i cichą prośbą, żeby przestało.
- Mamo, no co ty - powiedział półgłosem, odwracając się do żony. Patrycja już zbierała talerze po barszczu, jakby nic się nie stało. Sześcioletnia Zuzia bawiła się moją karteczką, tą drugą, tą „weselszą". Składała z niej samolot.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na Gocławiu, trzecie piętro, blok z wielkiej płyty, winda co drugi tydzień nie działa. Przez trzydzieści lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni budowlanej. Teraz od dwóch lat jestem na emeryturze i mam czas. Dużo czasu. Tyle, że nikt tego czasu nie chce.
Grzegorz z rodziną mieszka na Białołęce, czterdzieści minut autobusem, gdybym jechała. Ale ja tam nie jadę, bo nikt nie zaprasza. Znaczy - zapraszają. Na Wigilię, na Wielkanoc, na urodziny Zuzi. Cztery, może pięć razy w roku. Za każdym razem Patrycja mówi „zapraszamy, mamo" takim tonem, jakby odczytywała regulamin parkingu.
Nie chcę być niesprawiedliwa. Patrycja jest dobrą matką i pewnie dobrą żoną. Grzegorz wygląda na zadowolonego. Pracują oboje, ona w marketingu, on jako elektryk w firmie instalacyjnej, mają kredyt, mają samochód, mają plan na życie. Nie mają w tym planie miejsca na mnie, ale to rozumiem. Każde pokolenie buduje swoje. Tyle że mój syn dzwoni do mnie średnio raz na dwa tygodnie i prawie zawsze z konkretem.
„Mamo, a gdzie jest mój stary dowód rejestracyjny?" „Mamo, pamiętasz, jak się nazywał ten dentysta na Grochowskiej?" „Mamo, czy tata zostawił gdzieś klucze do garażu na działce?" Tata nie żyje od ośmiu lat, a garaż na działce ROD dawno sprzedaliśmy, ale Grzesiek ciągle pyta o rzeczy, które już nie istnieją. O mnie nie pyta.
To drzewko życzeń - muszę przyznać - było ładnym pomysłem. Patrycja przyniosła kolorowe karteczki, wstążki, długopisy żelowe. Zuzia od razu napisała „chcę kucyka" wielkimi drukowanymi literami. Grzegorz napisał coś o zdrowiu. Patrycja - coś o wspólnym urlopie w Grecji. Potem przyszła moja kolej.
Siedziałam przy stole, patrzyłam na tę karteczkę i wiedziałam, że powinnam napisać coś lekkiego. „Zdrowia i szczęścia." „Żeby Zuzi się dobrze uczyło." Coś, co można przeczytać na głos, pokiwać głową i zapomnieć. Ale moje ręce napisały prawdę. „Żebyście dzwonili nie tylko po coś."
Złożyłam karteczkę na pół, zawiązałam wstążką i powiesiłam na gałązce. Nie najwyżej, nie najniżej. Normalnie.
Patrycja czytała życzenia jedno po drugim. Zuzi kucyk - wszyscy się śmiali. Grzegorza zdrowie - Patrycja pogłaskała go po ramieniu. Jej Grecja - Grzesiek przewrócił oczami, ale się uśmiechnął. A potem cisza. „No i chyba wszystkie" - powiedziała Patrycja, odkładając ostatnią wstążkę.
- A moje? - zapytałam. Głos mi nie zadrżał, ale coś w środku tak.
- Jakie twoje, mamo? - Grzegorz rozglądał się po choince. - Nie widzę. Zginęła chyba. Napisz coś weselszego, mamo.
Zginęła. Chyba. Patrzyłam na niego i widziałam, że wie. Że karteczka nie zginęła, że ją przeczytali - może zanim usiedliśmy do stołu, może kiedy byłam w łazience. Widziałam to w tym drobnym ruchu jego szczęki, w tym, jak Patrycja nagle zaczęła bardzo intensywnie układać serwetki. Moja karteczka nie zginęła. Moja karteczka była niewygodna.
Więc wzięłam nową karteczkę. Różową, bo inne się skończyły. I napisałam: „Żeby spełniło się to pierwsze". Zawiązałam wstążką. I powiesiłam wyżej - tam, gdzie nie dosięgnie ręka synowej sprzątającej po kolacji, tam, gdzie nie spadnie przypadkiem do pudełka z ozdobami.
Grzegorz nic nie powiedział. Patrycja podała makowiec. Zuzia poszła bawić się nowym tabletem. A ja jadłam ten makowiec - suchy trochę, za dużo cukru, ale zjadłam dwa kawałki, bo Patrycja piecze raz w roku i widać, że się stara - i myślałam o tym, kiedy dokładnie stałam się osobą, której życzenia trzeba cenzurować.
Po kolacji siedziałam z Zuzią w pokoju i czytałam jej bajkę. Patrzyłam na jej jasne włosy, na ten śmieszny brak jednego mleczaka na dole, i myślałam: czy kiedyś ta dziewczynka będzie dzwonić do swojej matki tylko wtedy, gdy zgubi jakiś dokument? Czy Patrycja za trzydzieści lat usiądzie przy czyimś wigilijnym stole z karteczką, na której napisze prawdę, a ktoś jej powie, że prawda zginęła?
O dziesiątej Grzegorz odwiózł mnie do domu. Jechaliśmy przez puste ulice, radio grało kolędy, „Bóg się rodzi" w wersji z saksofonem. Przy moim bloku zgasił silnik i powiedział:
- Mamo, nie chciałem, żebyś... no wiesz. Nie chodziło o to, że twoje życzenie było złe. Po prostu Wigilia, Zuzia, atmosfera...
- Rozumiem - powiedziałam. I naprawdę rozumiałam. Atmosfera. Święta. Nie pora na prawdę, bo prawda psuje nastrój.
- Zadzwonię w przyszłym tygodniu - dodał.
Nie zadzwonił w przyszłym tygodniu. Zadzwonił dwa tygodnie później, żeby zapytać, czy nie mam gdzieś starego przepisu na bigos, bo Patrycja chce zrobić na Nowy Rok. Podałam przepis. Spytał, co u mnie. Powiedziałam, że dobrze. Bo co miałam powiedzieć?
Teraz jest połowa stycznia. Na parapecie w kuchni stoi moja filiżanka z herbatą, za oknem szarówka, sąsiadka z dołu trzaska drzwiami, bo jej mąż znowu zapomniał kupić chleba. Normalne życie. Dzisiaj rano wyjęłam telefon i napisałam do Grzegorza SMS-a. Nie pytałam o nic. Nie prosiłam. Napisałam tylko: „U mnie spadł śnieg, pięknie wygląda osiedle. Pamiętasz, jak w trzeciej klasie lepiłeś bałwana pod blokiem i zgubiłeś rękawiczkę?"
Odpowiedział po czterech godzinach. Jeden emotikon - uśmiechnięta buźka.
Nie wiem, czy to jest dużo, czy mało. Nie wiem, czy moja karteczka wisi jeszcze na tej choince, czy poszła do kosza razem z resztą ozdób. Wiem, że następną Wigilię znowu będę siedzieć przy ich stole, znowu będę jadła makowiec i znowu, gdyby dali mi karteczkę, napisałabym to samo. Bo ktoś musi mówić prawdę - nawet jeśli w tej rodzinie prawda najwyraźniej ginie.
Tyle że tym razem powieszę ją jeszcze wyżej.