
Brat odezwał się pierwszy raz od pogrzebu mamy - tydzień przed Wszystkimi Świętymi: „ty masz blisko, umyj przy okazji grób mojej teściowej, zapal znicz". Grób rodziców myję sama od pięciu lat. Teściowa brata ma przecież zięcia.
Przeczytałam tę wiadomość trzy razy. Stałam na przystanku na Grunwaldzkiej, wracałam z pracy, autobus się spóźniał, a ja patrzyłam na ekran telefonu i czekałam, aż pojawi się drugie zdanie. Coś w rodzaju „przepraszam, że tak długo milczałem" albo „jak się czujesz, Bożenka?". Nic więcej nie przyszło. Tylko ta prośba - sucha, konkretna, jakby pisał do firmy sprzątającej.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzydziestu pracuję jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej tu, w Poznaniu.
Mój brat Leszek jest młodszy ode mnie o cztery lata, mieszka pod Wrocławiem i od pogrzebu mamy w maju nie zadzwonił, nie napisał, nie zapytał nawet, czy odebrałam z ZUS-u ostatni odcinek renty. Ja to załatwiłam. Ja zawsze to załatwiałam.
Odłożyłam telefon do torebki, wsiadłam w autobus i przez całą drogę na Piątkowo myślałam o jednej rzeczy - o tym, jak mama by zareagowała na taką wiadomość. Pewnie by powiedziała: „Bożenka, no weź, to twój brat, zrób mu tę przysługę". Bo mama zawsze tak mówiła. Zawsze tłumaczyła Leszka. Że daleko mieszka. Że żona go potrzebuje. Że praca ciężka. A ja byłam blisko, więc to ja przynosiłam zakupy, ja woziłam mamę na wizyty do lekarza, ja siedziałam z nią w kolejce do NFZ po skierowanie na rezonans.
Tata odszedł siedem lat temu. Rak trzustki, szybko i bezlitośnie. Na pogrzebie Leszek płakał jak dziecko, a potem wrócił pod Wrocław i zaczął dzwonić raz na dwa tygodnie. Z czasem raz na miesiąc. Potem raz na kwartał. W końcu tylko na święta - „Wesołych, Bożenka, ucałuj mamę". Jakby to było wystarczające.
Mama chorowała trzy lata. Cukrzyca, potem nogi, potem oczy. Pod koniec nie widziała już prawie nic i bała się zostać sama w mieszkaniu na Winogradach. Więc jeździłam do niej codziennie po pracy. Gotowałam rosół w poniedziałki, robiłam kotlety na resztę tygodnia, myłam podłogi, czytałam jej głośno „Przyjaciółkę", bo sama już nie mogła. Mój mąż Andrzej mówił: „Bożena, masz własne życie, powiedz bratu, niech się włączy". A ja nie potrafiłam. Bo jak to - miałam zadzwonić do Leszka i prosić? To on powinien sam wiedzieć.
Leszek przyjechał trzy razy przez te trzy lata. Za pierwszym razem na Wigilię - siedział przy stole, karmił mamę łyżeczką i mówił do żony Doroty: „Widzisz, jaka mama dzielna". Za drugim razem wpadł na weekend, bo miał sprawy w Poznaniu - odebrał jakieś pieniądze od kolegi i zajrzał do mamy na godzinę. Za trzecim - na pogrzeb.
Na pogrzebie, w maju, staliśmy obok siebie przy grobie i Leszek trzymał mnie za rękę. Przez chwilę pomyślałam, że coś się zmieni. Że śmierć mamy nas zbliży, że brat zrozumie, że zostaliśmy już tylko we dwoje. Po ceremonii poszliśmy na stypę do restauracji przy cmentarzu. Leszek zamówił piwo, potem drugie, a potem powiedział: „Bożenka, trzeba będzie ogarnąć mieszkanie mamy. Jak coś znajdziesz wartościowego, daj znać".
Nie odpowiedziałam. Dorota, jego żona, zabrała go wtedy pod rękę i powiedzieli, że muszą jechać, bo rano Dorota ma wizytę u lekarza. Mieszkanie mamy ogarniałam sama. Przez trzy weekendy pakowałam w kartony całe jej życie - porcelanowe filiżanki po babci, obrusiki szydełkowe, albumy ze zdjęciami, kryształowy wazon, który stał na meblościance od zawsze. Leszek nie zadzwonił ani razu, żeby zapytać, jak mi idzie.
Album ze zdjęciami przeglądałam ostatniego dnia, siedząc na podłodze w pustym już prawie pokoju. Na jednym zdjęciu mama trzymała nas oboje na kolanach - ja miałam może pięć lat, Leszek roczek. Mama się uśmiechała tak, jakby nic złego nie mogło nas spotkać. Włożyłam to zdjęcie do torebki i zabrałam do domu. Resztę albumów spakowałam dla Leszka. Do dziś po nie nie przyjechał.
I wtedy przyszła ta wiadomość. Dwudziesty piąty października, tydzień przed Wszystkimi Świętymi. Żadnego „cześć", żadnego „jak się masz". Od razu konkrety: umyj grób teściowej, zapal znicz. Jakbym była jego podwykonawcą.
Wieczorem pokazałam SMS Andrzejowi. Przeczytał, oddał mi telefon i powiedział spokojnie: „Nie rób tego". Patrzyłam na niego i wiedziałam, że ma rację. Ale jednocześnie słyszałam w głowie mamę: „Bożenka, no co ci szkodzi, to przecież rodzina".
- Andrzej, ale teściowa Leszka ma zięcia - powiedziałam, jakby to wymagało wytłumaczenia. - Ma Tomka. Tomek mieszka w Poznaniu. Czemu Leszek nie poprosił Tomka?
- Bo ciebie łatwiej poprosić - odpowiedział mąż. - Bo ty nigdy nie odmawiasz.
Przez następne trzy dni chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. W pracy nie mogłam się skupić, myliłam kolumny w arkuszach, dwa razy źle zaokrągliłam kwoty. Koleżanka Krysia spytała, czy coś się stało. Powiedziałam, że nic, że jesień mnie dobija. Nie chciałam tłumaczyć, bo jak to wytłumaczysz - że dorosły brat traktuje cię jak serwis cmentarny?
W środę wieczorem usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam pisać odpowiedź. Napisałam: „Leszek, grób rodziców myję sama od pięciu lat. Ani razu nie pomogłeś. Teściowa twoja ma zięcia, niech się zajmie. A jak chcesz, żeby grób rodziców wyglądał dobrze na Wszystkich Świętych, to przyjedź i umyj go ze mną. Razem". Przeczytałam to cztery razy. Palec mi zawisł nad przyciskiem „wyślij".
Andrzej stał w drzwiach kuchni z kubkiem herbaty i patrzył na mnie. Nie powiedział nic. Wiedział, że to moja decyzja.
Wysłałam.
Leszek odczytał wiadomość po jedenastu minutach. Widziałam te dwa niebieskie ptaszki. Czekałam na odpowiedź godzinę, potem dwie, potem poszłam spać. Rano sprawdziłam - nic. Przez cały czwartek - nic. W piątek wieczorem, kiedy już prawie o tym zapomniałam, przyszedł krótki SMS: „Nie masz serca. Mama by się wstydziła".
Siedziałam z telefonem w ręku i oddychałam powoli. Mama by się wstydziła. Te cztery słowa trafiły dokładnie tam, gdzie Leszek chciał - w sam środek piersi, w to miejsce, gdzie przez lata zbierało się poczucie winy za wszystko, co robiłam, i za wszystko, czego nie robiłam. Bo może rzeczywiście mam za mało serca? Może powinnam była po prostu pojechać, umyć ten grób teściowej, zapalić znicz i nie robić problemu?
W sobotę rano wzięłam wiadro, szczotkę, płyn do czyszczenia i pojechałam na cmentarz na Miłostowie. Umyłam grób rodziców. Starannie, jak co roku - wyczyściłam litery na płycie, wymieniłam kwiaty, zapaliłam cztery znicze. Potem stałam przed grobem i patrzyłam na wyryte w kamieniu imiona: Halina i Tadeusz. Obok, trzy rzędy dalej, był grób teściowej Leszka.
Podeszłam tam. Grób wyglądał zaniedbanie - brudna płyta, zeszłoroczne plastikowe kwiaty, wygasłe znicze. Miałam w wiadrze czystą wodę. Miałam szczotkę.
Stałam tam chyba pięć minut. Potem wróciłam do samochodu, wiadro postawiłam w bagażniku i pojechałam do domu. Andrzej otworzył drzwi i spojrzał na mnie pytająco.
- Grób rodziców lśni - powiedziałam.
Nie zapytał o nic więcej. Ale ja do dziś nie wiem, czy zrobiłam dobrze, czy właśnie stałam się kimś, kogo mama by nie poznała.