Teściową opiekuję się od śmierci Stefana - piąty rok, obiady i leki. Szwagierka dzwoni z Krakowa na święta. Przy herbacie teściowa sama mi powiedziała, że mieszkanie zapisała jej: „bo to krew, Tereniu. A ty jesteś dobra, ty się nie obrazisz".

Nie obraziłam się. Przynajmniej nie od razu. Siedziałam z tą herbatą, mieszałam łyżeczką, chociaż cukru nie wsypałam, i patrzyłam na serwetki, które sama wyhaftowałam Helenie na osiemdziesiąte urodziny.

Biało-niebieskie, z niezapominajkami. Pamiętam, że myślałam wtedy o tych niezapominajkach i o tym, jak idiotycznie pasują do sytuacji.

Helena podsunęła mi talerz z sernikiem. Jej sernikiem, z mojego sera, bo to ja kupuję twaróg w Biedronce na Tarchominie, a potem taszczę dwie siatki pod trzecie piętro, bo winda znowu nie działa. Helena pokroiła równiutko, jak zawsze. Nóż stuknął o porcelanę i ten dźwięk mnie otrzeźwił.

- Tereniu, weź sobie. Dobry wyszedł - powiedziała lekko, jakby przed chwilą oznajmiła mi pogodę na jutro, a nie to, że cztery lata mojego życia zmieściły się w jednym zdaniu: „ty się nie obrazisz".

Mam na imię Teresa, mam pięćdziesiąt osiem lat i od trzydziestu byłam żoną Stefana Przybylskiego. Mechanik samochodowy, złote ręce, kiepski kręgosłup. Umarł pięć lat temu na rozległy zawał - w warsztacie, pod starym peugeotem, którego naprawiał sąsiadowi za piwo. Miał sześćdziesiąt jeden lat. Zostawił mnie, blok na Tarchominie, wspomnienia i matkę Helenę, która mieszkała piętro niżej i która po pogrzebie powiedziała mi: „Tereniu, teraz to ja tylko ciebie mam".

I miała. Codziennie. Rano leki - dwa na ciśnienie, jeden na cukier, witamina D, bo ortopeda kazał. Potem śniadanie, bo Helena sama sobie nie zrobi, bo „ręce nie te co kiedyś". Obiad codziennie o trzynastej, bo Helena całe życie jadła o trzynastej i nie widzi powodu, żeby zmieniać. Wieczorem herbata, sprawdzenie, czy wzięła tabletki na noc. W sobotę kąpiel, bo Helena boi się wchodzić sama do wanny - posłizgnęła się kiedyś i od tamtej pory potrzebuje, żeby ktoś stał obok. W niedzielę msza w kościele na Nowodworach, bo Helena bez ramienia się po schodach nie zejdzie.

A Beata? Beata to szwagierka. Siostra Stefana, młodsza o osiem lat, mieszka w Krakowie od dwudziestu pięciu lat. Wyszła za Dariusza, architekta - porządny człowiek, zawsze w czystej koszuli, zawsze z prezentami. Beata dzwoni do Heleny we wtorki i w piątki, regularnie jak zegarek. Na święta przyjeżdża z Dariuszem, z torbą pełną krakowskich obwarzanków i czekoladek z Wawelu. Zostaje trzy dni. Ściele sobie w dawnym pokoju Stefana, gotuje wigilijnego karpia, robi zdjęcia do rodzinnego albumu. Potem jedzie.

Przez te pięć lat Beata przyjechała poza świętami cztery razy. Raz, kiedy Helena trafiła do szpitala z zapaleniem płuc. Raz na rocznicę śmierci Stefana. Raz, bo „była przejazdem". I raz w maju, na imieniny matki. Za każdym razem mówiła: „Tereniu, nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. Mama tak cię kocha".

I ja to czułam. Że Helena mnie kocha. Na swój sposób - szorstki, staropolski, bez wyznań. Ale robiła mi miejsce na kanapie, kiedy przychodziłam wieczorem. Zostawiała mi kawałek ciasta. Mówiła „moja Terenia" do sąsiadek na klatce. Przez te cztery lata stałyśmy się sobie bliższe niż kiedykolwiek za życia Stefana.

Dlatego tamtego popołudnia, kiedy Helena powiedziała to o mieszkaniu, poczułam coś dziwnego. Nie złość. Nie od razu. Raczej takie uczucie, jakbym nagle zrozumiała, że gram w grę, której reguł nikt mi nie wyjaśnił.

- Heleno - powiedziałam spokojnie - ja nie oczekuję mieszkania.

- No właśnie! - Helena pokiwała głową z ulgą. - Wiedziałam, że zrozumiesz. Beata to jedyna córka, Tereniu. Krew. A ty masz swoje mieszkanie, Stefanowe.

Stefanowe. Czterdzieści trzy metry na trzecim piętrze, z widokiem na parking i kontener na plastik. Połowę wziął ZUS na długi po warsztacie, bo Stefan prowadził księgowość jak prowadził - sercem, nie głową. Została mi kawalerka w bloku, jakiś fundusz pogrzebowy i praca w księgowości w przychodni, za trzy tysiące osiemset na rękę.

Nie chodziło o pieniądze. Przynajmniej nie tylko.

Chodziło o to, że przez pięć lat wstawałam codziennie o szóstej, żeby zdążyć z lekami Heleny przed pracą. Że rezygnowałam z wyjazdów do sanatorium, bo „a kto się mamą zajmie". Że kiedy koleżanki z pracy jechały na majówkę nad Bałtyk, ja szykowałam Helenie zapas obiadów na weekend, bo nawet na dwa dni nie mogłam jej zostawić. Że kiedy sąsiadka z pierwszego piętra powiedziała mi: „Pani Tereso, pani to ma złote serce, że się panią tak opiekuje", ja odpowiedziałam: „To rodzina" - i naprawdę tak czułam.

Zadzwoniłam do Beaty następnego dnia. Nie żeby się kłócić. Chciałam usłyszeć, że o niczym nie wiedziała. Że to niespodzianka też dla niej.

- A, mama ci powiedziała - odparła Beata lekkim tonem. - Słuchaj, Tereniu, to było jej życzenie. Ja jej nie namawiałam, sama podjęła decyzję. Ona jest w pełni władz umysłowych, wiesz o tym.

- Wiem - powiedziałam.

- No i to w końcu jej mieszkanie. Jej prawo. Tereniu, ja naprawdę doceniam to, co robisz dla mamy. Gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy finansowej...

- Nie potrzebuję - przerwałam.

Cisza. Słyszałam, jak Beata oddycha, jak w tle szumi telewizor, jakieś krakowskie życie toczy się dalej.

- Nie gniewaj się, Tereniu. Mama cię kocha. Po prostu... tak to czuje. Że krew to krew.

Rozłączyłam się i usiadłam na łóżku. Na tym samym łóżku, w którym Stefan umarł - znaczy, w którym spaliśmy trzydzieści lat, a potem nagle spałam sama. Patrzyłam na ścianę, na kalendarz z Matką Boską Częstochowską, który Helena mi dała w styczniu, i myślałam o jednej rzeczy.

Mogę przestać chodzić. Po prostu przestać. Powiedzieć: „Heleno, jestem zmęczona, niech Beata przyjeżdża częściej". Beata ma pieniądze, ma samochód, ma Dariusza z czystą koszulą. Niech się organizuje. Niech wstaje o szóstej. Niech stoi przy wannie w sobotę.

Mogę to zrobić i nikt rozsądny mnie nie potępi.

Ale potem pomyślałam o Helenie. O tym, jak siada przy oknie i czeka, aż zobczy mnie na chodniku z siatkami. Jak mówi: „O, moja Terenia idzie". Jak trzyma mnie za rękę w kościele, chociaż to ja powinnam trzymać ją.

Następnego dnia o szóstej piętnaście stałam pod jej drzwiami z lekami i termosem rosołu. Helena otworzyła w szlafroku, uśmiechnęła się.

- Terenka. Wchodź. Herbatę zrobiłam.

Weszłam. Ale coś się zmieniło. Robiłam to samo co zawsze - podałam tabletki, nalałam rosół, sprawdziłam ciśnienie. Tylko że teraz przy każdym geście słyszałam w głowie: „bo to krew, Tereniu".

I nie wiem, czy robię to dalej z miłości, z przyzwyczajenia, czy dlatego, że nie potrafię być osobą, która odchodzi. Może kiedyś to rozstrzygnę. Na razie idę na górę, bo Helena czeka na obiad. Jest trzynasta.