
Na pogrzebie męża stanęłam przy wieńcach i czytałam wstążki. Od dzieci, od zakładu, od sąsiadów. Ostatni, biały, miał napis: „Mojemu Jankowi - Basia". Nikt z rodziny nie znał żadnej Basi.
Stałam nad tym wieńcem może minutę, może pięć. Ludzie już szli w stronę parkingu, ktoś pytał o stypę, córka ciągnęła mnie za łokieć. A ja nie mogłam oderwać wzroku od tego białego, eleganckiego wieńca z białymi różami. Nie tanimi, targowymi - prawdziwymi, kremowymi, pachnącymi na mrozie. Ktoś wydał na nie majątek.
- Mamo, chodź, ludzie czekają - powiedziała Agnieszka i mocniej zacisnęła palce na moim ramieniu.
- Kto to jest Basia? - zapytałam cicho.
Córka spojrzała na wstążkę, potem na mnie. Widziałam, jak coś jej się zmienia w oczach. Jakby nagle zrozumiała, że to pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi.
- Nie wiem, mamo. Pewnie ktoś z pracy. Chodź już.
Ale ja wiedziałam, że to nie ktoś z pracy. Na wstążce od zakładu było wyraźnie: „Od kolegów z Zakładu Energetycznego w Poznaniu". Podpisani zbiorowo, jak to zwykle bywa. A ta Basia podpisała się sama. Prywatnie. „Mojemu Jankowi". Mojemu.
Janek umarł we wtorek rano, nagle, na rozległy zawał. Miał sześćdziesiąt cztery lata, jeszcze dwa do emerytury. Trzydzieści osiem lat przepracował jako elektryk, ostatnie dziesięć na stanowisku brygadzisty. Wrócił ze zmiany w poniedziałek, zjadł zupę pomidorową, powiedział, że go kłuje pod łopatką, i położył się na kanapie. Rano już nie wstał. Tak po prostu. Trzydzieści dziewięć lat małżeństwa skończyło się w ciszy, w naszej sypialni w bloku na Winogradach, przy dźwięku budzika nastawionego na piątą trzydzieści.
Przez następne dni zajmowałam się tym, czym zajmują się wdowy - papierami, urzędami, zakładem pogrzebowym. Agnieszka przyjechała z Wrocławia, syn Marcin z Warszawy. Razem wybraliśmy trumnę, kwiaty, pożegnanie. Byłam w tym sprawna, niemal mechaniczna. Płakałam mało, głównie w nocy, głównie z wściekłości, że odszedł tak bez ostrzeżenia, bez pożegnania, bez jednego słowa, które mogłabym zapamiętać jako ostatnie.
A potem stanęłam przy tych wieńcach i zobaczyłam imię Basia.
Na stypie w restauracji przy ulicy Lechickiej siedziałam na końcu stołu i obserwowałam ludzi. Szukałam kogoś, kogo nie znam. Kobiety, która mogłaby być tą Basią. Ale przyszli sami swoi - sąsiedzi z klatki, kuzynki Janka z Krotoszyna, paru kolegów z pracy, moja siostra Lucyna z mężem. Nikt obcy. Nikt, kto wyglądałby na kogoś, kto przynosi białe róże na pogrzeb cudzego męża.
Wieczorem, kiedy Agnieszka zmywała naczynia, a Marcin palił na balkonie, otworzyłam szufladę w komodzie, tę, którą Janek nazywał swoją. Rachunki za prąd, dowód rejestracyjny, książeczka wojskowa, plik starych zdjęć z wędkowania. Nic nadzwyczajnego. Janek nie był człowiekiem, który ukrywa rzeczy - albo tak mi się wydawało. Był cichy, spokojny, przewidywalny jak zmiana pór roku. Wracał z pracy, jadł obiad, oglądał wiadomości, w weekendy jeździł na działkę albo na ryby z Bogdanem z drugiego piętra. Nie pił za dużo, nie kłócił się, nie wychodził wieczorami. Był… Janek.
Ale ktoś napisał „Mojemu Jankowi" i to słowo nie dawało mi spokoju.
Trzy dni po pogrzebie zadzwoniłam do kwiaciarni. Numer znalazłam na odwrocie małej karteczki przypiętej do wieńca - zauważyłam ją dopiero na cmentarzu, kiedy wróciłam tam sama, powiedzieć Jankowi dzień dobry, jak to robiłam co rano przez te pierwsze tygodnie. Kwiaciarnia „Konwalia" na Jeżycach.
- Dzień dobry, chciałam zapytać o wieniec pogrzebowy zamówiony w zeszłym tygodniu, ten z białymi różami - zaczęłam, a głos mi się łamał, więc dodałam szybko: - Jestem żoną zmarłego, muszę podziękować za kwiaty, ale nie mam kontaktu do osoby, która zamawiała.
Kobieta po drugiej stronie milczała chwilę.
- Proszę pani, nie mogę podawać danych klientów. Ale… chwileczkę. Białe róże, wieniec na cmentarz Miłostowo? Tak, pamiętam. Drobna pani, starszawa. Płaciła gotówką. Bardzo płakała przy zamówieniu. Więcej pani nie powiem, przepraszam.
Starszawa. Płaciła gotówką. Płakała.
Przez następne tygodnie szukałam. Przejrzałam telefon Janka - stary, z klapką, ledwo działający. W kontaktach miał może czterdzieści numerów, wszystkie podpisane. Żadnej Basi. Sprawdziłam wyciągi z konta, te za ostatni rok - żadnych dziwnych przelewów, żadnych kwot, które by nie pasowały. Weszłam nawet do piwnicy i przejrzałam kartony z jego rzeczami, stare kalendarze, notes z numerami telefonów sprzed lat. Nic.
Lucyna powiedziała mi, żebym odpuściła.
- Grażyna, zostaw to. Janek cię kochał, wiesz o tym. Może to koleżanka z dawnych lat, ktoś z podstawówki, z technikum. Ludzie mają znajomości, o których nie mówią, bo nie ma o czym mówić.
Ale Lucyna nie słyszała tego „Mojemu". Nie stała przy tym wieńcu. Nie widziała tych róż.
Rozwiązanie przyszło przypadkiem, w maju, prawie dwa miesiące po pogrzebie. Poszłam na działkę - naszą, to znaczy teraz moją, na ROD-ach przy Strzeszyńskiej. Chciałam przesadzić pomidory, które Janek posadził jeszcze w marcu na parapecie. Umarły bez niego, ale odbiły nowe pędy, więc pomyślałam, że spróbuję.
Na sąsiedniej działce pracowała Władzia, osiemdziesięcioletnia wdowa po profesorze, która znała na tych ogrodach wszystkich i wszystko.
- Grażyna, a co tam u ciebie? - zawołała przez siatkę. - Widziałam, że ktoś tu przychodził w kwietniu, taka drobna pani, stała przy waszej altance. Myślałam, że to ktoś od ciebie.Zamarłam z sadzonką w ręce.
- Jak wyglądała?
- Niewysoka, jasne włosy, chyba ze sześćdziesiąt lat. Stała i patrzyła. Pomyślałam, że może ktoś z rodziny, może siostra Janka?
Janek nie miał siostry.
Tydzień później siedziałam na ławce przed altanką i czekałam. Nie wiem, na co właściwie. Może na to, że ta kobieta wróci. Może na to, że przestanę o tym myśleć. Przyszłam trzy razy, zanim ją zobaczyłam - w czwartek po południu, z bukiecikiem fiołków w ręce, stojącą przy furtce i patrzącą na naszą działkę tak, jakby patrzyła na coś, co straciła.
Była drobna, jak mówiła kwiaciarka. Jasne, przerzedzone włosy, twarz zmęczona, oczy podkrążone. Miała na sobie zwykły beżowy płaszcz i buty na niskim obcasie. Wyglądała jak każda z nas - jak kobieta po sześćdziesiątce, która nosi w sobie więcej, niż widać.
- Pani jest Basia? - zapytałam z ławki.
Drgnęła. Fiołki zadrżały w jej dłoni.
- A pani jest Grażyna - odpowiedziała cicho. Nie było w tym pytania.
Siedziałyśmy naprzeciwko siebie w altance, przy stoliku, który Janek zbił z desek piętnaście lat temu. Basia trzymała ręce na kolanach i nie patrzyła mi w oczy.
- Znałam Janka dwanaście lat - powiedziała. - Poznaliśmy się na rehabilitacji, po moim wypadku. On wtedy miał problemy z kręgosłupem. Chodziliśmy na te same zabiegi, w tym samym sanatorium w Inowrocławiu.
Pamiętałam ten wyjazd. Janek dostał skierowanie z NFZ-u, pojechał na trzy tygodnie. Wrócił wypoczęty, mówił, że kręgosłup lepszy, że dobrze mu zrobiło. Nic więcej.
- Spotykaliśmy się potem raz na jakiś czas - ciągnęła Basia. - Głównie tu, na działce. Pili herbatę, rozmawiali. Czasem przynosiłam ciasto. Nie… nie było między nami tego, co pani myśli. A może było, nie wiem. Może tak się nie da rozdzielić - bliskości od reszty.
- Dwanaście lat - powtórzyłam.
- Tak.
- I ani razu o pani nie wspomniał.
Basia podniosła wreszcie oczy. Były mokre, ale spokojne.
- Bo wiedział, że to by pani zraniło. I mnie też prosił, żebym nikomu nie mówiła. Mówił, że pani jest dobra kobieta i że nie zasługuje pani na ból.
Wstałam. Nogi mi się trzęsły, ręce miałam lodowate mimo majowego słońca. Chciałam krzyczeć, ale nie na nią - na Janka, który leżał pod ziemią i nie mógł mi odpowiedzieć na ani jedno pytanie.
- Proszę stąd odejść - powiedziałam. - I proszę tu więcej nie przychodzić.
Basia wstała, położyła fiołki na stoliku i wyszła bez słowa.
Siedzę teraz na tej ławce, przy stoliku zbitym z desek, i patrzę na fiołki, które powoli więdną w słoiku po dżemie. Nie wiem, co czuję. Złość, tak. Żal, tak. Ale jest jeszcze coś, czego nie potrafię nazwać. Janek chroniłmnie dwanaście lat przed prawdą, którą uważał za bolesną. Czy to znaczy, że mnie kochał? Czy to znaczy, że mnie okłamywał? Czy jedno wyklucza drugie?
Fiołki jeszcze trochę postały na stoliku, zanim je wyrzuciłam. A może nie wyrzuciłam. Może stoją tam do dziś.