W niedzielę u syna byli rodzice synowej i znajomi z jej pracy. Synowa zapukała do mnie z herbatą i poprosiła, żebym „posiedziała u siebie, bo w salonie i tak tłoczno".

Wzięłam ten kubek, podziękowałam i zamknęłam drzwi. Herbata była letnia, ze sklepową cytryną w plasterkach. Nawet się nie uśmiechnęłam, bo wiedziałam, że jeśli się uśmiechnę, to zaraz się rozpłaczę. A nie chciałam płakać w domu, w którym kiedyś byłam gospodynią.

Śmiech dochodził zza ściany. Czyjeś głosy, brzęk kieliszków, muzyka z głośnika. Siedzenie po drugiej stronie drzwi we własnym pokoju - to było tak, jakby ktoś postawił szklany mur między mną a resztą życia.

Nazywam się Halina i mam sześćdziesiąt cztery lata. Dwa lata temu, kiedy odszedł mój mąż Ryszard - zawał na działce ROD, szybko i bez pożegnania - syn Tomek zaproponował, żebym się do nich przeprowadziła. „Mamo, po co ci to całe mieszkanie na Targówku? Będziesz z nami, z Olkiem" - mówił, a ja patrzyłam na jego twarz i widziałam w niej Ryszarda. To samo zmarszczenie brwi, ten sam sposób kładzenia dłoni na moim ramieniu.

Zgodziłam się. Sprzedałam kawalerkę na Targówku, pieniądze oddałam Tomkowi na spłatę kredytu za dom pod Wrocławiem. Trzysta dwadzieścia tysięcy. Wszystko, co miałam. „Mamo, tu jest twój pokój, tutaj łazienka, czuj się jak u siebie" - powiedział Tomek, a Agnieszka, synowa, stała z tyłu i kiwała głową. Uśmiechała się wtedy. Pamiętam ten uśmiech, bo teraz go już nie widuję.

Przez pierwszy rok było dobrze. Robiłam obiady, odbierałam Olka ze szkoły, podlewałam ogród. Agnieszka pracowała w biurze księgowym na drugą zmianę, więc wieczorami bywałyśmy same - ja i wnuczek nad lekcjami, potem bajka i mleko z miodem. Olek mówił na mnie „babciu Halinka" i to było najpiękniejsze słowo, jakie ktokolwiek wymyślił.

Zaczęło się zmieniać po cichu, tak jak rdza zjada blachę - nie widzisz, a potem nagle jest dziura. Agnieszka awansowała, wracała później. Tomek dostał zlecenia na weekendy, bo prowadził mały warsztat elektyczny i nie mógł odmówić klientom. A ja zostałam z domem.

Nie narzekałam. Gotowałam, sprzątałam, prałam. Ale zaczęłam zauważać drobne rzeczy. Agnieszka przestawiała garnki po mnie, jakby moje ułożenie było nie dość dobre. Zamieniała firanki, które uprałam, na nowe, bo „te stare źle wiszą". Kiedy upiekłam sernik na imieniny Olka, powiedziała: „Następnym razem kupię gotowy, bo ten jest za ciężki na żołądek".

Nie powiedziałam nic. Pomyślałam: młoda kobieta, jej dom, jej zasady. Ryszard by powiedział: „Halina, nie szukaj dziury w całym". Więc nie szukałam.

Ale dziury same się znajdowały.

Na Wigilię Agnieszka posadziła mnie na końcu stołu, między Olkiem a pustym krzesłem. Jej rodzice siedzieli po obu stronach nakrycia. Jej matka, pani Krystyna, kobieta o głośnym śmiechu i jeszcze głośniejszych opiniach, zagadywała Tomka, jakby to był jej syn, nie mój. A ja siedziałam z opłatkiem w ręku i czekałam, aż ktoś podejdzie pierwszy. Podszedł Olek. Tylko Olek.

„Babciu, czemu jesteś smutna?" - szepnął, a ja powiedziałam: „Nie jestem, kochanie, po prostu wzruszona". I to była pierwsza świadoma nieprawda, którą powiedziałam w tym domu.

Po Nowym Roku zaczęłam spędzać więcej czasu w swoim pokoju. Dwanaście metrów kwadratowych z widokiem na trawnik sąsiadów. Łóżko, szafa, mały stolik. Zdjęcie Ryszarda na komodzie. Czytałam książki z biblioteki, które przywoził mi Olek, bo sam uwielbiał tam chodzić. Czasem wieczorami słyszałam, jak Agnieszka mówi do Tomka: „Twoja matka znowu cały dzień siedzi w pokoju, mogłaby chociaż z Olkiem wyjść na podwórko". A kiedy wychodziłam z Olkiem na podwórko, słyszałam: „Nie ubieraj go tak ciepło, nie jest chory".

Próbowałam porozmawiać z Tomkiem. Wybrałam sobotni poranek, kiedy Agnieszka pojechała na zakupy do galerii. Usiadłam naprzeciwko syna przy kuchennym stole i powiedziałam: „Tomek, czuję się tu czasem nieswojo. Jakby mi brakowało własnego kąta".

Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Potem powiedział: „Mamo, przecież masz pokój. Agnieszka się stara. Nie dramatyzuj".

Nie dramatyzuj. Ryszard też tak mówił, kiedy płakałam po śmierci mojej matki. Nie dramatyzuj, Halina, życie idzie dalej. Może mieli rację. Może zawsze za dużo czuję.

Ale ta niedziela. Ta niedziela była inna.

Widziałam przez okno, jak zajeżdżały samochody. Rodzice Agnieszki, potem jakaś para - chyba ludzie z jej biura. Piękna pogoda, maj, bzy kwitły przy furtce. Ubrałam się ładnie, włożyłam bluzkę, którą Olek kupił mi na Dzień Matki. Myślałam, że wyjdę, przywitam się, usiądę gdzieś z boku, popiję kawę. Normalne rzeczy, które robią normalni ludzie w normalnych rodzinach.

I wtedy zapukała Agnieszka. Z tym kubkiem letniej herbaty.

„Halina, poproszę, żeby pani posiedziała u siebie, bo w salonie i tak tłoczno. Przyniosłam herbatę."

Pani. Powiedziała „pani". Nie „mamo", nie „Halino" - choć nawet do tego nigdy się nie przyzwyczaiłam. Pani. Jakbym była lokatorką. Sublokatorką we własnym - nie, w cudzym domu, za który zapłaciłam wszystkim, co miałam.

Siedziałam potem godzinę, dwie, trzy. Śmiech narastał, gasł, znowu narastał. Olek przybiegł raz, przyniósł mi kawałek ciasta na talerzyku. „Babciu, tata mówi, żebyś odpoczywała." Tata mówi. Nie mama, nie Agnieszka. Tata.

Wieczorem, kiedy goście się rozjechali, weszłam do kuchni po wodę. Agnieszka zmywała kieliszki, Tomek wynosił śmieci. Stanęłam w drzwiach i powiedziałam cicho, ale wyraźnie:

- Tomek, chcę porozmawiać. Jutro. Na spokojnie. O moim miejscu w tym domu.

Agnieszka odwróciła się od zlewu. Tomek postawił worek ze śmieciami na podłodze. Nikt nic nie powiedział. Cisza była tak gęsta, że słyszałam kapanie kranu.

- Mamo, późno jest - odezwał się w końcu Tomek. - Pogadamy jutro.

- Tak - powiedziałam. - Jutro.

Wróciłam do pokoju. Usiadłam na łóżku, wzięłam zdjęcie Ryszarda z komody. Patrzyłam na jego twarz i myślałam o tych trzystu dwudziestu tysiącach. O sprzedanym mieszkaniu. O swoim nazwisku, którego nie ma na żadnym dokumencie tego domu. O tym, że mam sześćdziesiąt cztery lata i nie mam dokąd wrócić.

A potem pomyślałam o czymś jeszcze. Że mogę jutro usiąść przy tym stole i powiedzieć synowi prawdę. Całą prawdę. Że jego żona traktuje mnie jak meble, które można przesunąć do mniejszego pokoju. Że oddałam pieniądze i godność, i że jedno z nich chcę odzyskać.

Tylko nie wiem, które z nich jest jeszcze możliwe.