Sweterki z drutów synowa odsyła: „obciach, mamo, dzieci noszą gładkie". U mnie mały ma „szafę babciową": renifer, pompon, warkocze przy czapce. Wychodząc, przebiera się w „gładkie" jak szpieg. W piątek zapomniał - poszedł do szkoły w reniferze. Podobno trzy dziewczynki pytały, skąd taki sweter.

Dowiedziałam się o tym nie od wnuka. Nie od synowej. Od syna, który zadzwonił w sobotę rano i mówił takim tonem, jakby relacjonował wypadek drogowy. „Mamo, Kubuś poszedł do szkoły w tym twoim swetrze z reniferem. Agnieszka jest wściekła." Stałam przy kuchennym oknie, patrzyłam na kwitnącą jabłoń na podwórku i myślałam: wściekła. Na sweter z reniferem. Na dziecięcy sweter, w który włożyłam trzydzieści wieczorów i całe serce.

Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu robię na drutach. Zaczęłam, kiedy byłam w ciąży z Tomkiem - moim jedynym synem. Mieszkałam wtedy z mężem Ryszardem w dwupokojowym mieszkaniu na osiedlu Tysiąclecia w Poznaniu, Ryszard jeździł tirem po Niemczech, a ja miałam dużo czasu i mało pieniędzy. Sąsiadka, pani Jadziunia z czwartego piętra, nauczyła mnie wzorów. Norweski, warkocz, ażur. Każdy wieczór to był osobny wzór, osobna rozmowa przy herbacie. Robiłam Tomkowi śpioszki, czapeczki, sweterki. Potem Tomek wyrósł, ale ja nie przestałam.

Kiedy trzy lata temu urodził się Kubuś, zrobiłam mu pierwszy komplet jeszcze w szpitalu - biały, z malutkim misiem na piersi. Agnieszka wtedy się uśmiechnęła, powiedziała „śliczne, dziękuję". Nie wiem, kiedy dokładnie przestała dziękować.

Paczki zaczęły wracać mniej więcej rok temu. Najpierw niebieska kamizelka z warkoczowym wzorem. Potem czapka z pomponem. Potem sweter z bałwankiem. Agnieszka nie odsyłała ich pocztą - oddawała Tomkowi, a Tomek przywoził mi je w reklamówce, zawsze z tym samym zdaniem: „Agnieszka mówi, że dzieci teraz noszą inne rzeczy." Inne. Gładkie. Kupione. Z metką.

Za pierwszym razem pomyślałam: może ma rację. Może przesadzam z tymi wzorami, może dzieci się śmieją. Zrobiłam gładki sweterek, szary, z delikatnym ściągaczem. Wrócił po dwóch tygodniach. „Za gruby." Zrobiłam cieńszy. „Za ciepły na wiosnę." Zrobiłam bawełniany, letni, w kolorze łososiowym, bo Agnieszka raz powiedziała, że lubi ten kolor. Wrócił z karteczką przypiętą agrafką: „Mamo, dzieci noszą gładkie, naprawdę, nie obrażaj się."

Nie obrażaj się. Jakby chodziło o obrazę. Jakby to była kwestia mojego ego.

Ryszard umarł cztery lata temu. Rak płuc, siedem miesięcy od diagnozy do końca. Po pogrzebie zostałam sama w tym mieszkaniu na Tysiąclecia z meblościanką, telewizorem i czterema pudłami włóczki. Druty stały się moim sposobem na wieczory, na ciszę, na tę pustkę po czterdziestu latach wspólnego życia. Każdy sweter, który robiłam dla Kubusia, był rozmową. Z Ryszardem, z samą sobą, z wnukiem, którego widuję dwa razy w miesiącu, bo Agnieszka ma napięty grafik.

Kubuś ma sześć lat i - jak się okazało - swoją własną politykę. Tomek opowiedział mi tę historię po kawałku, bo sam ją złożył z relacji Agnieszki i samego Kubusia. Otóż mój wnuk, przychodząc do mnie na weekendy, zawsze zakłada to, co mu robię. Renifera, czapkę z warkoczami, kamizelkę. A wychodząc od babci, przebiera się w przedpokoju w „normalne" rzeczy, które ma w plecaku. Jak mały szpieg. Jak agent w przebraniu.

Robiłam to wszystko, a on się przebierał.

Nie wiem, co mnie bardziej zabolało - to, że się przebierał, czy to, że wiedział, iż musi. Sześcioletni chłopiec, który rozumie, że babciowe swetry to coś, co trzeba ukryć. Kto go tego nauczył? Agnieszka wprost? Tomek milcząco? Szkoła?

A potem przyszedł ten piątek. Kubuś nocował u mnie w czwartek, bo Agnieszka miała nocny dyżur w aptece, a Tomek wracał późno z pracy na uczelni. Rano obudziłam wnuka, dałam mu kakao i kanapkę z serem. Miał na sobie sweterek z reniferem - ciemnozielony, z brązowym reniferem na piersi i płatkami śniegu na rękawach. Zrobiłam go specjalnie na ten sezon, z miękkiej wełny merino, bo Agnieszka kiedyś wspomniała, że syntetyki drażnią Kubusia. Widocznie rano zapomniał o „operacji przebierania" - albo po prostu się spieszył. Zawiozłam go pod szkołę, pocałował mnie w policzek i pobiegł.

Wieczorem Tomek zadzwonił z raportem. Kubuś wszedł do klasy w reniferze. Nauczycielka nic nie powiedziała. Ale trzy dziewczynki z jego grupy podeszły do niego na przerwie i pytały, skąd ma taki sweter. Ponoć jedna powiedziała, że chciałaby taki sam. Kubuś odpowiedział: „Babcia mi zrobiła na drutach."

I teraz to zdanie krąży mi po głowie jak melodia, której nie mogę wyłączyć. „Babcia mi zrobiła na drutach." Powiedział to. W szkole. Przy dziewczynkach. Nie schował się, nie skłamał, nie powiedział „kupiony w sklepie".

Agnieszka zareagowała inaczej niż ja. Tomek relacjonował ostrożnie, dobierając słowa, ale wyłapałam: „Agnieszka uważa, że to ją stawia w dziwnym świetle. Że inne matki pomyślą, iż ona nie ubiera dziecka porządnie." Porządnie. Sweter z merino, robiony ręcznie przez trzydzieści wieczorów - nieporządny. Bluza za sto dziesięć złotych z sieciówki z nadrukiem dinozaura - porządna.

Nie powiedziałam Tomkowi tego, co myślałam. Powiedziałam: „Dobrze, synku. Rozumiem." Bo co miałam powiedzieć? Że jego żona odrzuca jedyną rzecz, którą umiem dać wnukowi? Że każdy odesłany sweter to jak odesłana ja sama - za gruba, za ciepła, nie na sezon?

W niedzielę wieczorem Kubuś miał wrócić do domu. Pakowałam mu plecak, a on stał w przedpokoju w swetrze z reniferem i patrzył na mnie swoimi dużymi, brązowymi oczami - oczami Ryszarda. „Babciu, a mogę iść w reniferze? Do domu?" Normalnie bym powiedziała: „Przebierz się, kotku, mama woli gładkie." Tak robiłam od roku. Pomagałam mu w tej szpiegowskiej grze, bo nie chciałam robić problemów synowej, synowi, nikomu.

Ale tym razem stanęłam i przez chwilę nic nie mówiłam. Myślałam o trzech dziewczynkach, które pytały o renifera. O Kubusiu, który powiedział „babcia mi zrobiła". O Agnieszce, dla której to był wstyd. O Ryszardzie, który nosił moje swetry z dumą, nawet ten okropny pierwszy, z krzywo zrobionymi warkoczami.

„Idź w reniferze, Kubusiu" - powiedziałam.

Uśmiechnął się tak, że zobaczyłam w nim dziecko, które naprawdę jest. Nie szpiega. Nie dyplomatę między babcią a mamą. Dziecko, które lubi renifera.

Tomek odebrał go sprzed bloku. Widziałam przez okno, jak Kubuś wsiada do samochodu. W ciemnozielonym swetrze z brązowym reniferem. Tomek spojrzał na sweter, potem podniósł wzrok na moje okno na trzecim piętrze. Nie umiałam odczytać jego miny. Może się uśmiechał. Może nie.

Agnieszka do dziś nie zadzwoniła. Minął tydzień. Nie wiem, czy jest wściekła, czy urażona, czy po prostu czeka, aż ja zadzwonię pierwsza i powiem: „Przepraszam, nie powinnam była." A może powinnam? Może naprawdę robię wnukowi kłopot? Może te swetry to moje przywiązanie do świata, którego już nie ma, i to ja nie umiem puścić?

Siedzę wieczorem w fotelu Ryszarda, w rękach druty i nowy kłębek - butelkowa zieleń, alpaka. Zaczęłam nowy sweterek. Mniejszy wzór tym razem, delikatniejszy. Lisek zamiast renifera. Nie wiem jeszcze, czy go wyślę.

Ale robię.