Mieszkam w domu, który budowaliśmy z mężem czterdzieści lat. Po jego śmierci połowa przypadła dzieciom. W czwartek listonosz przyniósł pozew: syn żąda zniesienia współwłasności i sprzedaży domu, w którym mieszkam. Rozprawę wyznaczono na marzec.

Stałam na ganku z tą kopertą i patrzyłam, jak listonosz wraca do żółtego samochodu. Normalny czwartek, kwiecień, forsycje już kwitły przy płocie, który Zbyszek stawiał w osiemdziesiątym trzecim roku. Rozerwałam kopertę palcami, bo nóż do listów leżał gdzieś w szufladzie w kredensie, a ręce same się spieszyły. Przeczytałam raz, drugi, trzeci. „Powód: Dariusz Marek Witkowski. Pozwana: Halina Teresa Witkowska." Mój syn pozwał swoją matkę.

Weszłam do kuchni, położyłam papiery na stole, obok niedojedzonej kanapki z twarożkiem. Czajnik stygł. Usiadłam i siedziałam tak może kwadrans, może godzinę - nie wiem. Myślałam, że to pomyłka. Że ktoś źle wpisał nazwisko. Ale adres się zgadzał, numer księgi wieczystej się zgadzał, i podpis adwokata na dole był wyraźny, czarny, obcy.

Z mężem Zbyszkiem budowaliśmy ten dom od zera. On był elektrykiem, ja prowadziłam sklep papierniczy na osiedlu przy Kościuszki - mały, ciasny, ale nasz. Poznań, Antoninek - wtedy same pola i kilka domów. Zbyszek wracał z roboty o trzeciej i od razu szedł murować. Ja po zamknięciu sklepu woziłam piach taczką. Pieniędzy nie było nigdy dość. Pierwsze trzy lata mieszkaliśmy na parterze bez tynku, z folią w oknach zamiast szyb. Dzieci bawiły się na kupie piachu przed wejściem - Darek i młodsza o cztery lata Kasia.

Zbyszek umarł dwa lata temu. Rak płuc - od diagnozy do pogrzebu minęło jedenaście tygodni. Nie zdążył spisać testamentu. Nie zdążyliśmy porozmawiać o wielu rzeczach. Po jego śmierci okazało się, że dom, choć budowany wspólnie, w księdze wieczystej był wpisany na nas oboje - połowa moja, połowa Zbyszka. Jego połowę odziedziczyli po równo: ja, Darek i Kasia. Każde po jednej szóstej. Czyli ja miałam łącznie dwie trzecie, a dzieci po jednej szóstej. Tak powiedział notariusz.

Myślałam, że to formalność. Że żyjemy dalej jak dotąd - ja w domu, dzieci przyjeżdżają na Wigilię, na imieniny, na pierwszego listopada.

Darek zadzwonił po raz pierwszy w sprawie domu w styczniu, dwa miesiące po akcie poświadczenia dziedziczenia. Powiedział krótko: - Mamo, muszę pogadać o czymś ważnym.

Przyjechał w niedzielę. Usiadł w kuchni, tam gdzie zawsze - przy oknie, plecami do kaloryfera. Miał na sobie tę samą szarą kurtkę, którą nosił od lat. Czterdzieści dwa lata, dwoje dzieci, żona Patrycja, kredyt na mieszkanie we Wrocławiu. Pracował jako kierownik zmiany w fabryce opakowań.

- Mamo, ja nie chcę cię straszyć - zaczął, kręcąc łyżeczką w herbacie. - Ale z Patrycją jest ciężko. Finansowo. Rata nam skoczyła, a Patrycja od września nie pracuje, bo Zosia choruje co trzy tygodnie.

- To może wam pożyczę - powiedziałam od razu. - Mam trochę odłożone, tata zostawił na koncie...

- Nie, mamo. Nie o pożyczkę chodzi. - Patrzył w okno, nie na mnie. - Chciałem zapytać, czy nie myślałaś o sprzedaży domu. Jest za duży dla jednej osoby. Mogłabyś kupić mniejsze mieszkanie, a resztę...

Nie dokończył. Nie musiał.

Odpowiedziałam spokojnie, że nie zamierzam sprzedawać domu. Że to mój dom, że tu jest ogród, który Zbyszek zakładał, i grusza, którą sadziliśmy, gdy Kasia poszła do szkoły. Darek kiwnął głową, wypił herbatę, przytulił mnie przy drzwiach i pojechał.

Potem dzwonił jeszcze trzy razy. Za każdym razem rozmowa schodziła na to samo - w coraz mniej spokojny sposób. W lutym usłyszałam w słuchawce głos Patrycji w tle: „Powiedz jej wprost, Darek, bo tak to nigdy się nie skończy."

Zadzwoniłam do Kasi. Ona mieszka w Poznaniu, dwadzieścia minut samochodem ode mnie. Jest bibliotekarką, mąż Grzegorz pracuje na poczcie. Żyją skromnie, ale spokojnie.

- Wiem, mamo - westchnęła Kasia. - Darek do mnie też dzwonił. Chciał, żebym się z nim zgodziła. Powiedziałam mu, że nie ma mowy, że dopóki ty żyjesz, dom jest twój.

- I co on na to?

- Że to nie kwestia uczuć, tylko prawa.

I miał rację. To było prawo. Jego prawo - jedna szósta. Ale ta jedna szósta wystarczyła, żeby złożyć pozew o zniesienie współwłasności.

Pojechałam do prawniczki, pani Teresy, którą poleciła mi sąsiadka. Pani Teresa obejrzała dokumenty, zdjęła okulary i powiedziała wprost: - Pani Halino, syn ma prawo to zrobić. Sąd może zarządzić sprzedaż. Ale może też przyznać dom pani z obowiązkiem spłaty udziału syna. Pytanie brzmi - ma pani z czego spłacić?

Przeliczyłam wieczorem. Emerytura po Zbyszku, moja emerytura, oszczędności. Razem nie wystarczało nawet na jedną trzecią rynkowej wartości domu. A dom na Antoninku, w miejscu, które przez czterdzieści lat zamieniło się z pola w jedną z lepszych dzielnic - był wart dużo. Rzeczoznawca powiedziałby: siedemset, może osiemset tysięcy.

Nie spałam do trzeciej w nocy. Chodziłam po pokojach, dotykałam ścian. W salonie tapeta, którą Zbyszek kładł w dziewięćdziesiątym piątym - brzydka, beżowa w prążki, ale on był z niej taki dumny. W łazience kafelki, które sam układał krzywo, bo oszczędzaliśmy na glazurniku. Na parapecie w kuchni doniczka z bazylią - w tym samym miejscu co zawsze, bo tam jest najwięcej słońca po południu.

Zadzwoniłam do Darka następnego dnia. Odebrał po piątym sygnale.

- Synu, dlaczego przez adwokata? Dlaczego nie porozmawiałeś ze mną normalnie?

Cisza. Potem cicho: - Bo rozmawiałem, mamo. Trzy razy. I za każdym razem słyszałem, że nie. Że dom, że ogród, że grusza. A ja mam rodzinę, która nie wyrabia z ratami. Mam córkę, która potrzebuje logopedy, a nas na to nie stać. Myślisz, że mi łatwo? Myślisz, że chcę cię wyrzucać z domu?

- A co robisz, Darek?

- Korzystam z prawa, które mi przysługuje. Tata nie zostawił testamentu. Mogę zapytać - dlaczego nie zostawił? Czterdzieści lat budował ten dom, a nie pomyślał, co będzie potem?

To bolało najbardziej. Bo Darek miał rację. Zbyszek nie pomyślał. Albo pomyślał i uznał, że rodzina się dogada. Że nie trzeba spisywać na papierze tego, co oczywiste. A oczywiste okazało się nieoczywiste.

Kasia zaproponowała, że pożyczy mi pieniądze na spłatę Darka - weźmie kredyt z Grzegorzem. Odmówiłam. Nie chcę, żeby jedno dziecko zadłużało się, żeby drugie dostało swoje. Nie tak to powinno wyglądać.

Jest luty. Rozprawę wyznaczono na dwudziestego marca. Mam miesiąc.

Pani Teresa mówi, że mogę wnioskować o przyznanie domu mi z rozłożeniem spłaty na raty. Że sąd weźmie pod uwagę mój wiek, sytuację, fakt zamieszkiwania. Ale niczego nie gwarantuje.

Patrzę na fotografię na komodzie. Zbyszek, ja, Darek, Kasia - Wigilia, chyba dwutysięczny piąty rok. Darek ma na sobie sweter, który mu robiłam na drutach. Śmieje się. Kasia trzyma opłatek. Zbyszek obejmuje mnie ramieniem.

Sąsiadka Jola powiedziała wczoraj przy płocie: - Halinka, jak syn tak robi matce, to już nie ma o czym gadać. Wydziedzicz go i koniec.

Ale wydziedziczenie jest po śmierci, Jola. A ja żyję. I on żyje. I gdzieś tam, pod tym pozwem i paragrafami, żyje jeszcze coś, czego boję się nazwać - bo jeśli nazwę, to będę musiała zdecydować, czy można to jeszcze uratować.

Wczoraj wieczorem wzięłam telefon i wybrałam numer Darka. Nie żeby rozmawiać o domu. Chciałam zapytać, jak Zosia, czy dalej choruje. Odebrała Patrycja. Usłyszałam: „Darek jest pod prysznicem, oddzwoni." Nie oddzwonił.

Rozprawę wyznaczono na marzec. Wyjmę wtedy z szafy ten granatowy żakiet, w którym byłam na pogrzebie Zbyszka. Usiądę na ławce w sądzie naprzeciwko własnego syna. I nie wiem, co będzie bolało bardziej - to, że mogę stracić dom, czy to, że już go straciłam, tylko jeszcze tego nie zauważyłam.