Wnuki są już duże i wpadają do mnie po drodze - wrzucić pranie, zjeść obiad, naładować telefon. Siedzą w słuchawkach przy stole i wychodzą, kiedy pralka skończy. W zeszłym tygodniu byli u mnie trzy razy i nie padło ani jedno pytanie o mnie.

Kasia weszła w poniedziałek koło pierwszej. Rzuciła torbę z praniem na podłogę w łazience, powiedziała „cześć, babciu" i usiadła przy kuchennym stole z telefonem. Postawiłam przed nią talerz z zupą pomidorową i grzankami, bo wiedziałam, że lubi. Pokiwała głową, nie zdejmując słuchawek. Jadła, patrząc w ekran. Po dwudziestu minutach przeniosła mokre rzeczy do suszarki, pocałowała mnie w policzek i powiedziała „dzięki, babciu, lecę na zajęcia". Drzwi się zamknęły. W kuchni zostało ciepło po zupie i cisza.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat żyję sama w mieszkaniu na Gocławiu, w bloku z wielkiej płyty, trzecie piętro. Mąż Rysiek odszedł - nie ode mnie, tylko z tego świata, rak trzustki, szybko i bez pardonu. Córka Magda mieszka dwadzieścia minut stąd, na Pradze, z mężem i dwójką dzieci. Kasia ma dwadzieścia lat, Bartek osiemnaście. Kiedyś to były moje złotka, moje wszystko. Teraz są dorośli ludzie, którzy znają mój adres, kod do domofonu i rozkład jazdy pralki.

W środę przyszedł Bartek. Też bez zapowiedzi. Otworzył drzwi swoim kluczem, bo dawno mu dałam zapasowy - na wszelki wypadek. Wszedł, powiedział „hej", włożył telefon do ładowarki w przedpokoju i zapytał, czy jest coś do jedzenia. Odgrzałam mu kotlety mielone z poprzedniego dnia. Jadł szybko, stojąc przy blacie.

- Bartuś, usiądź chociaż - powiedziałam.

- Nie mogę, babciu, za chwilę muszę lecieć.

- Gdzie lecisz?

- Na siłkę, potem do Kuby na konsolę.

Patrzył na mnie, żując. Uśmiechnął się nawet. Przystojny chłopak, wysoki jak dziadek, te same ciemne brwi. Wziął telefon z ładowarki, powiedział „nara" i wyszedł. Kotlety zrobione z samego rana - bo jakoś czułam, że ktoś wpadnie - zjadł w pięć minut. Nawet nie usiadł.

W piątek była znowu Kasia. Tym razem z torbą brudnych ręczników i pościeli - chyba pół pokoju z akademika. W pralce ledwo się zmieściło. Usiadła przy stole, wyjęła laptopa i zaczęła pisać coś na klawiaturze. Postawiłam herbatę. Podsunęłam sernik, który piekłam od rana - z prawdziwym twarogiem, na kruchym spodzie, taki jak Kasia lubiła w liceum.

- O, dzięki - powiedziała, nie podnosząc wzroku.

Usiadłam naprzeciwko. Piłam swoją herbatę. Patrzyłam na nią - na jej pochyloną głowę, na kosmyk włosów, który wypadał z kucyka, na słuchawki w uszach. Myślałam: zapytaj mnie o coś. O cokolwiek. Jak spałam. Czy byłam u lekarza. Co robiłam w tym tygodniu. Czy jest mi smutno.

Ale Kasia pisała dalej, a ja milczałam, bo nie chciałam być tą babcią. Tą, co narzeka. Tą, co wymusza uwagę. Tą, co mówi „za moich czasów to wnuki szanowały dziadków". Rysiek by powiedział: „Halinka, nie dramatyzuj, dzieciaki mają swoje życie". I miałby rację. I nie miałby racji.

Bo ja też mam swoje życie. Tyle że nikt o nie nie pyta.

We wtorek miałam wizytę u kardiologa. Wyniki nie były złe, ale lekarz powiedział, że ciśnienie się „buntuje" i zmienił mi leki. Trzeba było iść do apteki, kupić nowe, nauczyć się nowego rozkładu tabletek - rano jedna biała, wieczorem pół żółtej, a ta dotychczasowa odpada. Wracałam z apteki przez park na Gocławiu, usiadłam na ławce, bo bolały mnie kolana. Kwitły kasztany. Ludzie spacerowali z psami. Kobieta mniej więcej w moim wieku jadła lody z wnuczką, może ośmioletnią - dziewczynka coś opowiadała z przejęciem, a kobieta się śmiała. Odwróciłam wzrok.

W domu zadzwoniłam do Magdy - powiedzieć o lekach.

- Mamo, to dobrze, że lekarz zmienił - odparła szybko. - Słuchaj, nie mogę teraz, jestem w Biedronce na zakupach, oddzwonię.

Nie oddzwoniła.

Zrozumcie mnie - ja nie chcę pretensji. Nie chcę robić z siebie ofiary. Magda jest dobrą córką. Dzwoni w niedzielę, pyta, czy mi czegoś nie trzeba. W święta przyjeżdżają wszyscy, siadamy do stołu, są pierogi, jest barszcz, są prezenty. Kasia przytula mnie na dzień dobry i na do widzenia. Bartek nosi mi ciężkie zakupy z samochodu. Na zewnątrz wszystko wygląda normalnie.

Ale ja siedzę w tym mieszkaniu i czasem mam wrażenie, że jestem jak ta pralka. Praktyczna. Niezawodna. Zawsze gotowa. Wrzucasz brudne rzeczy, wychodzisz, wracasz po czyste. Nikt nie pyta pralki, jak się czuje.

Wczoraj zrobiłam coś, czego jeszcze nigdy nie zrobiłam. Kasia napisała SMS-a: „Babciu, wpadnę jutro z praniem ok. 13, zrobisz rosół? 😊". Patrzyłam na ten wiadomość długo. Na tę buźkę z uśmiechem. Na słowo „zrobisz" - nie „mogłabyś", nie „czy masz czas", nie „chciałabyś". Zrobisz. Bo babcia zawsze robi.

Odpisałam: „Kasiu, jutro nie mogę. Mam swoje plany".

Nie miałam żadnych planów. Miałam pusty dzień, jak większość moich dni. Ale napisałam to i poczułam dziwną ulgę. I natychmiast potem - wyrzuty sumienia. Bo Kasia odpisała po minucie: „Ok, spoko 👍". Żadnego pytania, jakie plany. Żadnego zdziwienia. Spoko.

I teraz siedzę w kuchni, jest wieczór, na stole stygnie herbata. Myślę o tym, czy jutro naprawdę nie otworzyć drzwi i nie zagotować rosołu. Bo może to ja przesadzam. Może tak wygląda dzisiejszy świat i trzeba się przyzwyczaić. Może wnuki kochają mnie po swojemu - praktycznie, szybko, na biegu. Może ta miłość po prostu inaczej smakuje niż ta, do której się przyzwyczaiłam.

A może powinnam im powiedzieć. Usiąść z Kasią i Bartkiem, wyłączyć im te słuchawki i powiedzieć: „Patrzcie na mnie. Jestem tu. Jestem żywa. Zapytajcie mnie o cokolwiek".

Tylko boję się, że usłyszę w odpowiedzi: „Spoko, babciu. Wyluzuj".

Rosół nadal mam zamrożony w trzech pojemnikach. Wystarczy odgrzać. Wystarczy zawsze.