
W zeszłym tygodniu wnuk przyszedł do mnie wieczorem ze spakowanym plecakiem i zapytał, czy może zostać na zawsze. Odprowadziłam go do domu i wszystko wytłumaczyłam. Synowa powiedziała tylko: „Jeszcze raz i skończą się te wizyty u babci."
Stał w drzwiach z tym swoim plecaczkiem z dinozaurem, w kurtce zapiętej krzywo, jeden guzik wyżej, drugi niżej. Siedem lat, a w oczach takie zmęczenie, jakby miał czterdzieści. „Babciu, spakuj mi jeszcze poduszkę, bo zabrałem tylko piżamę i misia" - powiedział to tak spokojnie, jakby planował wyjazd na kolonie. A ja stałam w przedpokoju bosa, bo dopiero co zdjęłam kapcie, żeby się położyć, i poczułam, jak nogi mi ciężkieją.
Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata. Trzydzieści przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze, a od dwóch lat jestem na emeryturze. Mąż, Zbyszek, odszedł pięć lat temu - rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Został mi syn Tomek, trzydzieści osiem lat, inżynier w firmie budowlanej, i właśnie ten wnuk - Kubuś. Jedyny.
Kiedy Tomek ożenił się z Patrycją osiem lat temu, cieszyłam się jak głupia. Ładna, wykształcona, pracowała w banku. Na weselu tańczyłyśmy razem do „Wszystko, czego dziś chcę". Pamiętam, jak szepnęła mi do ucha: „Pani Halino, będzie pani najlepszą babcią na świecie". Zbyszek żył jeszcze wtedy. Klepnął mnie w kolano pod stołem i powiedział cicho: „No widzisz, Halinka, dobrze wychowałaś syna".
Dobre czasy. Krótkie czasy.
Problemy zaczęły się po śmierci Zbyszka. A może zaczęły się wcześniej, tylko ja byłam za bardzo zajęta szpitalem, chemią, umieraniem, żeby to zauważyć. Patrycja przestała mnie zapraszać na niedzielne obiady. Tomek dzwonił rzadziej. A kiedy dzwonił, mówił szybko, ściszonym głosem, jakby ktoś go podsłuchiwał.
Pierwsze pytanie zadałam wprost, przy wigilijnym stole, rok po pogrzebie. „Tomku, u was wszystko dobrze?". Patrycja podniosła wzrok znad karpia i odpowiedziała za niego: „Oczywiście, mamo. Czemu pani pyta?". To „pani" zawsze mnie kłuło. Osiem lat znajomości i wciąż „pani". Ale nie o to chodziło. Chodziło o twarz syna. O jego oczy, które patrzyły na talerz, nie na mnie.
Kubuś zaczął przychodzić do mnie sam dwa lata temu. Patrycja pracowała do późna, Tomek wyjeżdżał na budowy, a ja mieszkam trzy przystanki autobusem. Chłopak nauczył się trasy. Dzwonił domofonem, wchodził, siadał przy kuchennym stole i mówił: „Babciu, zrób mi kakao i opowiedz o dziadku". Robiłam kakao, wyjmowałam album ze zdjęciami, opowiadałam o tym, jak Zbyszek łowił ryby na działce i jak zawsze wracał z pustym wiadrem, ale za to z historią o „tej wielkiej, co uciekła".
Kubuś śmiał się tak głośno, że sąsiadka z dołu pukała w sufit. I ja się śmiałam. Po raz pierwszy od lat - naprawdę.
Ale potem zaczęłam zauważać rzeczy. Kubuś przychodził coraz częściej. Czasem w tygodniu, po szkole. Czasem z zadrapaniem na ręce, które tłumaczył: „Przewróciłem się na WF-ie". Raz przyszedł z oczami tak czerwonymi, że zapytałam, czy płakał. „Nie, babciu. Alergia" - powiedział i odwrócił się do okna.
Alergia w lutym. Na co? Na kłótnie rodziców, które słyszał przez ścianę? Na trzaskanie drzwiami? Na ciszę, która potem następowała i była gorsza od krzyku?
Nie pytałam Tomka wprost. Bałam się. Bałam się, że usłyszę coś, z czym nie będę umiała żyć. Albo gorzej - że usłyszę, że wszystko jest „normalnie", i będę musiała udawać, że wierzę.
W zeszły czwartek Kubuś przyszedł o dziewiętnastej. Bez zapowiedzi. Z tym plecaczkiem, z piżamą w rakiety kosmiczne i pluszowym misiem, którego dostał ode mnie na trzecie urodziny. Stanął w drzwiach i powiedział te słowa, od których coś we mnie pękło: „Babciu, czy mogę zostać na zawsze?".
Usiadłam na stołku w przedpokoju. Przyciągnęłam go do siebie. Pachniał tym dziecięcym szamponem o zapachu gumy balonowej i czymś jeszcze - strachem. Dzieci pachną strachem inaczej niż dorośli. Ostrzej. „Kubusiu, co się stało?" - zapytałam, starając się, żeby głos mi nie drżał.
„Mama z tatą znowu się kłócili. Mama powiedziała, że się wyprowadza. Tata rzucił kubkiem o ścianę. Kubek się rozbił i mama zaczęła płakać, a potem tata też płakał. Ja nie chcę tam być, babciu. Ja chcę być tutaj, gdzie jest cicho."
Siedziałam z nim na tym stołku w przedpokoju może pięć minut, może godzinę. Głaskałam go po głowie i myślałam gorączkowo. Mogłam go zostać. Mam pokój, mam łóżko, mam kakao i albumy ze zdjęciami. Mogłam zadzwonić do Tomka i powiedzieć: „Synu, ogarnij się albo ja zabieram dziecko". Mogłam. Ale co by to zmieniło? Że Patrycja uznałaby mnie za tę złą teściową, która wtrąca się w ich życie? Że Tomek stanąłby między matką a żoną i pękł na pół?
Więc zrobiłam to, co wydawało mi się jedynym rozsądnym wyjściem. Ubrałam go z powrotem, wzięłam za rękę i poszłam z nim do domu. Trzy przystanki autobusem. Kubuś milczał całą drogę, tylko mocniej ściskał mi dłoń na każdym przystanku.
Otworzyła Patrycja. Oczy podpuchnięte, ale twarz spokojna, opanowana. Za nią, w głębi korytarza, stał Tomek z rękami w kieszeniach i patrzył w podłogę. Powiedziałam im, co Kubuś mi przekazał. Spokojnie. Bez oskarżeń. Powiedziałam, że dziecko się boi, że dziecko ucieka, że to jest sygnał, którego nie wolno zignorować.
Tomek zaczął mówić: „Mamo, to nie jest tak, jak myślisz...". Ale Patrycja mu przerwała. Wyprostowała się, odgarnęła włosy z czoła i powiedziała tym swoim bankowym głosem, lodowato spokojnym: „Jeszcze raz i skończą się te wizyty u babci."
Nie powiedziała „dziękuję, że pani go przyprowdziła". Nie powiedziała „przepraszam, że tak wyszło". Powiedziała, że zabierze mi wnuka. Bo ja, widocznie, byłam problemem.
Wróciłam do siebie. Usiadłam w kuchni. Herbata ostygła w kubku, zanim pierwszy raz podniosłam go do ust. Na stole leżał rysunek Kubusia - dom z czerwonym dachem, ogródek, dwa patyczaki trzymające się za ręce. Podpisany drukowanymi literami: „JA I BABCIA".
Minął tydzień. Tomek nie dzwonił. Kubuś nie przyszedł. Staram się nie dzwonić pierwsza, bo boję się tego, co usłyszę. Albo gorzej - tego, czego nie usłyszę.
Mam sześćdziesiąt trzy lata i całe życie robiłam to, co trzeba. Byłam dobrą żoną, dobrą matką, dobrą pracownicą. Nie kłóciłam się, nie podnosiłam głosu, nie wtrącałam się. I może właśnie to jest problem. Może przez te sześćdziesiąt trzy lata powinnam się była nauczyć, że „robić, co trzeba" i „robić, co słuszne" to nie zawsze to samo.
Wczoraj wieczorem wyjęłam telefon i wybrałam numer Tomka. Trzy sygnały. Cztery. Pięć. Odłożyłam słuchawkę. A potem wzięłam ją z powrotem i wybrałam inny numer - do poradni rodzinnej przy ulicy Grochowskiej. Umówiłam się na wizytę. Sama, na razie.
Nie wiem, czy to cokolwiek zmieni. Nie wiem, czy Patrycja spełni groźbę. Nie wiem, czy Tomek kiedykolwiek podniesie głowę i spojrzy mi w oczy. Wiem tylko jedno - ten plecaczek z dinozaurem stoi u mnie w przedpokoju. Kubuś go zapomniał. Albo zostawił specjalnie.