
W sobotę zostawili mi troje dzieci na cały dzień, bo mieli „ważne wyjście". Wieczorem najmłodszy pokazał mi w telefonie zdjęcia: cała rodzina na weselu, sala, tort, wszyscy w garniturach. Potem zapytał: „Babciu, a czemu ciebie tam nie było?"
Patrzyłam na ekran telefonu małego Kubusia i czułam, jak mi się robi gorąco. Sala weselna udekorowana białymi różami. Mój syn Tomek w granatowym garniturze, jakiego nigdy u niego nie widziałam. Synowa Patrycja w bordowej sukience, uśmiechnięta, z kieliszkiem szampana. A obok nich - moja starsza wnuczka Zuzia w tiulowej sukience, i środkowy Bartek w białej koszuli z muszką. Wszyscy oprócz Kubusia, który siedział ze mną i lepił pierożki z plasteliny.
- Babciu? - powtórzył Kubuś, ciągnąc mnie za rękaw. - Czemu nie byłaś na tym weselu?
- Bo babcia pilnowała ciebie, skarbie - powiedziałam i delikatnie zabrałam mu telefon z rączki. - Chodź, zjemy jeszcze sernik.
Sernik piekłam rano, zanim ich przywieźli. Tomek wpadł o dziewiątej, z trojgiem dzieci i torbą pełną ubrań na zmianę, pampersów i zabawek. „Mamo, dzięki, że się zgodziłaś. Wracamy wieczorem, najpóźniej o dziewiątej" - rzucił w drzwiach i nawet nie wszedł do środka. Patrycja czekała w samochodzie. Widziałam ją przez okno - poprawiała włosy w lusterku. Nawet nie pomachała.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Nazywam się Halina. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam w bibliotece miejskiej w Poznaniu - zaczęłam jako młoda dziewczyna zaraz po technikum, skończyłam jako kierowniczka wypożyczalni. Trzy lata temu przeszłam na emeryturę. Tomek jest moim jedynym dzieckiem. Wychowałam go sama, bo mąż Andrzej odszedł, kiedy syn miał sześć lat. Nie do innej kobiety - po prostu stwierdził, że rodzina go dusi, i wyjechał do Irlandii. Przez kilka lat przychodziły kartki świąteczne, potem przestały.
Z Tomkiem zawsze miałam bliską relację. A przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy poznał Patrycję dziesięć lat temu, ucieszyłam się. Ładna, energiczna dziewczyna, pracowała w biurze rachunkowym. Ślub wzięli szybko, bo Zuzia była już w drodze. Pamiętam, jak na weselu matka Patrycji, pani Krystyna, usiadła obok mnie i powiedziała: „Pani Halino, teraz to my jesteśmy jedna rodzina". Pokiwałam głową i naprawdę w to wierzyłam.
Pierwsze pęknięcia pojawiły się po narodzinach Bartka. Patrycja zaczęła robić uwagi - że za często dzwonię, że za dużo radzę, że moje metody wychowawcze są „przestarzałe". Raz powiedziała mi przy Tomku: „Mamo, proszę nie dawać dzieciom cukru, ile razy mam powtarzać". Mamo. Tak mnie nazywała, ale z taką intonacją, jakby wymawiała słowo „proszę" przed komornikiem.
Tomek milczał. Zawsze milczał. To było najgorsze.
Starałam się dostosować. Przestałam kupować wnukom czekoladki. Dzwoniłam rzadziej. Przyjeżdżałam tylko wtedy, gdy mnie zapraszali, a zapraszali coraz rzadziej. Za to kiedy potrzebowali opieki nad dziećmi - wtedy telefon dzwonił natychmiast. „Mamo, czy mogłabyś w czwartek odebrać Zuzię z przedszkola?". „Mamo, Bartek ma anginę, a my nie możemy wziąć wolnego". „Mamo, w sobotę mamy ważne wyjście".
Nigdy nie odmawiałam. Ani razu. Bo to moje wnuki. Bo kocham je tak mocno, że boli mnie za mostkiem, kiedy Zuzia mówi „babciu, namalowałam ci motyla". Bo Bartek ma takie same oczy jak Tomek, kiedy był mały. Bo Kubuś, który ma dopiero trzy lata, przytula się do mnie całym ciałem i zasypia z kciukiem w buzi.
Tamtej soboty zrobiłam wszystko jak zawsze. Pierożki z plasteliną, bajki, spacer do parku na Wildzie, sernik z rodzynkami, kąpiel wieczorna. Kubuś trochę marudził, bo ząbkuje, ale dałam radę. Zawsze daję radę. O wpół do dziesiątej przyjechał Tomek. Sam. Patrycja została w samochodzie.
- Jak było? - zapytałam, pomagając mu załadować śpiącego Kubusia do fotelika.
- Dobrze. Dzięki, mamo - odpowiedział krótko.
Dopiero potem, kiedy zamknęłam drzwi i usiadłam w kuchni z herbatą, dotarło do mnie to, co zobaczyłam w telefonie. Kubuś zdążył mi wcześniej pokazać te zdjęcia, zanim Tomek przyjechał. I zobaczyłam coś jeszcze, czego wcześniej nie przetworzyłam - na jednym ze zdjęć, w tle, przy stole z gośćmi, siedziała pani Krystyna. Matka Patrycji. W eleganckim kostiumie, z broszką, z lampką wina.
Ona była zaproszona. Ja nie.
Nie spałam do trzeciej w nocy. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie kręciło mi się jedno pytanie: czyje to było wesele? Kto się żenił? I dlaczego mój syn, mój jedyny syn, zamiast mnie zaprosić - poprosił, żebym pilnowała dziecka?
W niedzielę zadzwoniłam do Tomka. Odebrał po piątym sygnale.
- Mamo, co jest? Wszystko w porządku?
- Tomek, byliście wczoraj na weselu?
Cisza. Długa, ciężka cisza, w której słyszałam, jak w tle Patrycja mówi coś do dzieci.
- Kubuś ci pokazał zdjęcia - stwierdził, nie zapytał.
- Tak. Czyj to był ślub?
- Kuzynki Patrycji, Oli. Mamo, posłuchaj, to nie było tak...
- A pani Krystyna była zaproszona - przerwałam mu.
Znów cisza.
- Mamo, to rodzina Patrycji. Patrycja ustalała listę gości z Olą. Ja nie miałem na to wpływu.
- Ale miałeś wpływ na to, żeby mi powiedzieć prawdę. Zamiast kłamać, że macie „ważne wyjście".
Usłyszałam, jak bierze głęboki oddech. Znałam ten oddech. Tak robił jako nastolatek, kiedy przyłapałam go na kłamstwie.
- Nie chciałem, żebyś się czuła źle - powiedział cicho.
- To nie zadziałało, Tomek.
Rozmowa skończyła się grzecznie, ale sucho. Żadnych przeprosin. Żadnego „masz rację, mamo". Po prostu: „pogadamy o tym przy okazji".
Minął tydzień. Nie dzwonili. Ja też nie dzwoniłam. W środę rano, stojąc w kolejce w Biedronce z koszykiem, w którym leżało mleko, chleb i jeden jogurt truskawkowy - bo dla kogo miałam kupować więcej - pomyślałam sobie, że może Patrycja ma rację. Może rzeczywiście jestem za dużo. Za blisko. Za bardzo chcę być częścią czegoś, co nie jest już do końca moje.
A potem pomyślałam o pani Krystynie w tym eleganckim kostiumie z broszką i poczułam coś, czego się wstydzę - czystą, gorzką zazdrość.
W piątek zadzwonił Tomek. Normalnym głosem, jakby nic się nie stało.
- Mamo, mogłabyś w sobotę wziąć dzieci? Mamy z Patrycją wizytę u notariusza, sprawa z mieszkaniem.
Stałam w przedpokoju, z kluczami w ręce, bo właśnie wracałam ze spaceru. Za oknem kwitły kasztany. W mieszkaniu pachniało sernikiem, który upiekłam z samego rana, z przyzwyczajenia, choć nikt nie miał przyjść.
- Dobrze - powiedziałam. - Przywiozę sernik.
Odłożyłam telefon i długo stałam tak w przedpokoju. Wiedziałam, że powinnam powiedzieć coś innego. Że powinnam postawić granicę, jak radzą w tych programach, które oglądam wieczorami. Że powinnam powiedzieć: „Nie, dopóki nie porozmawiamy". Ale wiedziałam też, że jeśli powiem „nie" - Kubuś nie zje mojego sernika. Zuzia nie pokaże mi nowego rysunku. Bartek nie opowie mi o dinozaurach.
Zdjęłam buty. Włożyłam kapcie. Poszłam do kuchni sprawdzić, czy sernik dobrze wystygł.
I cały czas myślałam: czy miłość do wnuków wystarczy, żeby znieść to, co robi mi ich ojciec? I czy on w ogóle wie, że coś mi robi?