Całe życie bałam się zimnej wody i powtarzałam, że to nie dla mnie. W lutym weszłam pierwszy raz do jeziora z kobietami z klubu morsów. Krzyczałam jak dziewczynka, a potem piłyśmy herbatę z termosu i śmiałyśmy się do łez.

Ale zacznę od tego, co było przed jeziorem. Bo jezioro to był dopiero skutek. Przyczyna miała imię, nazwisko i trzydzieści pięć lat wspólnego życia.

Ryszard powiedział mi to w niedzielę, po obiedzie. Zbierałam talerze po rosole, a on siedział przy stole i kręcił w palcach serwetkę. Wiedziałam, że coś jest nie tak, bo Ryszard nigdy nie zostawał przy stole po deserze. Zawsze szedł na kanapę, pilot w jednej ręce, druga na brzuchu.

- Bożena, ja się wyprowadzam - powiedział. Tak po prostu. Jakby mówił, że idzie do garażu sprawdzić olej.

Postawiłam talerze na blacie. Pamiętam, że jeden się zachybotał i musiałam go przytrzymać. Stałam tyłem do niego i myślałam, że się przesłyszałam.

- Słucham?

- Wynająłem mieszkanie na Ratajach. Przeprowadzę się w przyszłym tygodniu.

Nie było żadnej innej kobiety. Przynajmniej tak twierdził. Powiedział, że się dusi. Że od emerytury - jego, bo ja swoją z ZUS-u dostawałam od dwóch lat - czuje, jakby siedział w poczekalni. Że chce jeszcze coś przeżyć. Że mnie szanuje, ale nie potrafi już obok mnie oddychać.

Trzydzieści pięć lat. Dwie córki. Sześć rocznic w restauracji Pod Koziołkami. Działka ROD, którą wspólnie przekopywaliśmy każdą wiosnę. I on mi mówi, że się dusi.

Ewa, starsza córka, przyjechała z Warszawy następnego weekendu. Usiadła przy kuchennym stole, dokładnie tam, gdzie on siedział, i powiedziała: - Mamo, tata dzwonił. Mówi, że próbował z tobą rozmawiać od roku, ale ty nie słuchałaś.

Nie słuchałam? Ja nie słuchałam? Gotowałam, prałam, pamiętałam o jego tabletkach na ciśnienie, umawiałam wizyty u kardiologa, kupowałam tę jego wędzoną makrelę w Biedronce, bo w Lidlu była za sucha. I ja nie słuchałam?

Marta, młodsza, zadzwoniła z Wrocławia. Była bardziej ostrożna. - Mamo, jak ty się czujesz? Naprawdę. Nie mów, że dobrze, bo cię znam.

Powiedziałam, że dobrze. Bo co miałam powiedzieć? Że siedzę w tym mieszkaniu na trzecim piętrze przy Piątkowskiej i nie wiem, po co wstaję rano? Że robię herbatę do dwóch kubków i dopiero po chwili odkładam jeden na półkę? Że wieczorem włączam telewizor, żeby nie było ciszy, ale i tak jest cicho, bo nikt nie komentuje meczu z drugiego pokoju?

Grudzień, styczeń - dwa miesiące chodzenia jak po śnie. Byłam u lekarza, przepisał mi coś na uspokojenie. Tabletkę brałam, ale spokoju nie czułam. Chodziłam na spacery nad Maltę, bo koleżanka Lucyna z dawnej pracy powiedziała, że ruch pomaga. Nie pomagał. Ale przynajmniej wychodziłam z domu.

I właśnie tam, nad Maltą, w połowie stycznia, zobaczyłam je po raz pierwszy. Cztery kobiety w szlafrokach, na pomoście. Śmiały się tak głośno, że aż się obejrzałam. Jedna weszła do wody i pisnęła. Druga za nią. Potem stały po kolana w jeziorze i darły się, jakby miały po piętnaście lat.

Stałam na ścieżce z rękami w kieszeniach kurtki i patrzyłam na nie jak na wariatki. A jednocześnie poczułam coś, czego nie czułam od miesięcy. Ciekawość.

Jedna z nich mnie zauważyła. Pomachała. - Chodź, kochana, woda cudowna! - krzyknęła. Druga dodała: - Cudownie lodowata!

Pokręciłam głową i poszłam dalej. Ale następnego dnia wróciłam o tej samej porze. I następnego. Za trzecim razem podeszłam bliżej. Kobieta, która machała - Grażyna, pięćdziesiąt osiem lat, była pielęgniarka - podała mi kubek herbaty z termosu.

- Ja jestem Bożena - powiedziałam. - Ale ja nie wchodzę do wody. Ja się boję zimna od zawsze.

- A kto ci każe? - odpowiedziała Grażyna. - Stój i pij herbatę. Jak będziesz chciała, wejdziesz. Jak nie, to nie.

Stałam tak trzy tygodnie. Przychodziłam, piłam herbatę, słuchałam ich rozmów. Halina, sześćdziesiąt dwa lata, po rozwodzie - zaczęła morsować, żeby, jak mówiła, "poczuć cokolwiek oprócz złości". Celina, pięćdziesiąt pięć, nauczycielka z Jeżyc, która po śmierci matki nie mogła spać i przychodzenie nad jezioro o szóstej rano było jedynym sposobem na przerwanie bezsennych nocy. I Krysia, siedemdziesiąt jeden lat, która morsowała od dekady i twierdziła, że zimna woda leczy wszystko, "nawet głupotę mężczyzn".

Nikt mnie nie pytał, dlaczego przychodzę. Nikt nie mówił, że powinnam się jakoś pozbierać, że życie idzie dalej, że Ryszard jeszcze wróci. Nikt nie dawał rad. Stały po szyję w lodowatej wodzie i chichotały jak dziewczynki, a ja stałam na pomoście w kurtce i czułam, że coś się we mnie powoli odmraża. Paradoks.

W lutym, trzeciego dnia po moich sześćdziesiątych urodzinach, które spędziłam sama z ciastem kupionym w cukierni na Grunwaldzkiej, wstałam rano i spakowałam torbę. Kostium kąpielowy, stary, jeszcze z wakacji w Kołobrzegu sprzed pięciu lat. Ręcznik. Ciepłe skarpety. Kubek.

Na pomoście Grażyna spojrzała na moją torbę i nic nie powiedziała. Tylko się uśmiechnęła.

Woda była tak zimna, że odebrało mi oddech. Dosłownie - stanęłam po kostki i nie mogłam nabrać powietrza. Halina złapała mnie za rękę. - Oddychaj, Bożena. Powoli. Jest dobrze.

Zrobiłam krok. Woda po kolana. Krzyczałam. Naprawdę krzyczałam, głośno, bezwstydnie, jak dziewczynka na karuzeli. Celina zaczęła się śmiać. Krysia klaskała. A ja stałam w lodowatym jeziorze w lutowy poranek i czułam każdy centymetr swojego ciała. Pierwszy raz od tygodni czułam, że w ogóle mam ciało.

Potem siedziałyśmy na ławce, owinięte w szlafroki i koce, z kubkami herbaty, i śmiałyśmy się do łez. Nie wiem nawet z czego. Z wszystkiego. Z niczego. Halina powiedziała, że moja mina, kiedy woda dotknęła moich kolan, to najlepsza rzecz, jaką widziała w tym roku. Było trzeciego lutego.

Teraz chodzę nad jezioro trzy razy w tygodniu. Ryszard dzwoni czasem w niedziele. Mówi, że mieszkanie na Ratajach jest za małe, że tęskni za garażem i za bluszczem na balkonie. Nie tęskni za mną - tęskni za garażem. Albo może tęskni za mną, ale nie umie tego powiedzieć. Albo już nie ma znaczenia, za czym tęskni.

Córki pytają, czy się pogodzimy. Ewa uważa, że powinnam z nim porozmawiać. Marta uważa, że powinnam robić to, co chcę. A ja nie wiem, czego chcę. Wiem, że w czwartek o szóstej rano będę stała na pomoście nad Maltą. Że Grażyna poda mi kubek, a Krysia powie coś o głupocie mężczyzn. Że woda będzie tak zimna, że znowu krzyknę.

I że to będzie jedyna chwila w ciągu dnia, kiedy nie będę się zastanawiać, czy powinnam otworzyć drzwi, gdy Ryszard w końcu zapuka.