
Na ścianie w kuchni wisi kalendarz z ptakami. Przy każdym dniu, w którym ktoś zadzwonił, stawiam małą kreskę - nie wiem po co, po prostu tak wyszło. W marcu są cztery.
Cztery kreski. Jedna od Kasi z ZUS-u, bo się pomyliła w numerze. Jedna od lekarza - potwierdzenie wizyty u endokrynologa. Jedna od telemarketerki, która chciała mi sprzedać ubezpieczenie na życie i którą trzymałam na linii jedenaście minut, bo miała ciepły głos i mówiła „proszę pani" bez pośpiechu. I jedna od Bożeny, mojej córki. Dziewiątego marca, w niedzielę, o czternastej dwadzieścia trzy. Wiem dokładnie, bo spojrzałam na zegar nad lodówką, zanim podniosłam słuchawkę.
Bożena zadzwoniła, żeby mi powiedzieć, że Oliwia - moja wnuczka, dziewięć lat, drugie zęby już stałe, włosy ciemne po ojcu - dostała szóstkę z przyrody. „Mama, pomyślałam, że cię to ucieszy" - powiedziała, a ja powiedziałam, że ucieszyło. Rozmowa trwała cztery minuty. Na koniec Bożena westchnęła i dodała: „Dobra, muszę lecieć, Tomek czeka z obiadem". I się rozłączyła.
Mam na imię Halina. Mam sześćdziesiąt trzy lata, mieszkam sama na Gocławiu w bloku z wielkiej płyty, na trzecim piętrze bez windy. Ryszard, mój mąż, umarł pięć lat temu na trzustkę. Szybko to poszło - od diagnozy do pogrzebu minęło dziewięć tygodni. Mam dwoje dzieci. Bożenę i Grzegorza. I od jakiegoś czasu mam wrażenie, że znikam.
Nie w sensie dosłownym - stoję, oddycham, jem, myję okna, chodzę do Lidla na promocje. Ale znikam z życia ludzi. Jak przedmiot, który się przesunął na brzeg półki i nikt nie zauważył, kiedy spadł za szafkę. Jest? Nie ma go? Kto pamięta.
Zaczęłam prowadzić ten kalendarz w styczniu. Ryszard zawsze kupował mi kalendarze z ptakami - co roku inny gatunek. W tym roku kupiłam sobie sama w Empiku. Sikory, kowaliki, rudziki - na każdy miesiąc inny ptak. I w którymś momencie, chyba trzeciego stycznia, kiedy zadzwoniła Bożena z życzeniami noworocznymi, wzięłam długopis i postawiłam kreskę. Tak weszło mi w nawyk.
W styczniu kresek było siedem. W lutym - pięć. W marcu cztery. Kwiecień właśnie się zaczął i na razie jest pusto.
Grzegorz - mój syn, czterdzieści lat, elektryk, mieszka we Wrocławiu z żoną Renatą i dwoma synami - ostatnio dzwonił pod koniec lutego. Powiedział, że muszą z Renatą wymienić piec, że dużo kosztuje, że chłopaki rosną jak na drożdżach. Zapytał, czy u mnie wszystko dobrze. Powiedziałam, że dobrze. Bo co miałam powiedzieć? Że nie jest dobrze? Że budzę się o piątej rano i leżę w ciszy, słuchając, jak tyka zegar w przedpokoju? Że czasem idę do sklepu tylko po to, żeby ktoś do mnie powiedział „dzień dobry"?
Nie mówię takich rzeczy. Nigdy nie mówiłam. Ryszard mawiał, że jestem jak kaktus - wyglądam twardo, ale w środku same soki. Żartował, ale miał rację.
W zeszłym tygodniu byłam u lekarza. Endokrynolog, pani doktor Majewska, młoda, z kolczykiem w nosie - ale dobra, cierpliwa. Badała mi tarczycę. Kiedy skończyła, zapytała: „A jak pani się czuje ogólnie? Emocjonalnie?". Zaskoczył mnie ten pytanie. Odpowiedziałam, że normalnie. Że nie narzekam. Ona się uśmiechnęła i powiedziała: „Czasem warto ponarzekać".
Wróciłam do domu, zrobiłam sobie herbatę z cytryną i usiadłam przy stole. Patrzyłam na kalendarz. Na te kreski. I wtedy pierwszy raz pomyślałam wyraźnie to, co od miesięcy gdzieś we mnie siedziało: moje dzieci o mnie zapomniały.
Nie - to za mocne słowo. Nie zapomniały. Wiedzą, że istnieję. Bożena dzwoni mniej więcej raz w miesiącu. Na Wigilię przyjechała z Tomkiem i Oliwią, były pierogi, był barszcz, był prezent - szalik, ładny, granatowy. Grzegorz wysłał paczkę kurierem: krem do rąk i czekoladki. Na kartce napisał: „Mama, zdrowych i spokojnych. Grześ z rodziną". Ładnie. Normalnie. Tylko że ta normalność jest taka cienka. Jak lód na kałuży w marcu - niby jest, ale wystarczy nacisnąć.
Próbowałam kiedyś porozmawiać z Bożeną. Zadzwoniłam sama - bo ja też dzwonię, to nie jest tak, że czekam jak na stacji i nic nie robię. Zadzwoniłam i powiedziałam: „Bożenka, może byś wpadła w niedzielę? Zrobię sernik, taki jak lubisz, z rodzynkami". Cisza w słuchawce. Potem: „Mamo, niedziele mamy zajęte, Oliwia ma basen, a potem Tomek jedzie do rodziców". Do rodziców. Tych drugich rodziców. Tych, do których się jeździ.
Nie powiedziałam nic. Nie powiedziałam: „A do mnie to nie jeździsz, bo co?". Nie powiedziałam: „Byłaś tu ostatnio w grudniu i od tamtej pory minęły trzy miesiące". Powiedziałam: „Jasne, córeczko, rozumiem. Następnym razem".
Ryszard by się wściekł. Ryszard by powiedział: „Halina, weź ich za ucho i powiedz im wprost, bo sam to zrobię". Ale Ryszarda nie ma. A ja nie umiem tak mówić. Nigdy nie umiałam. Moja matka, Jadwiga, też nie umiała - cicho prała, cicho gotowała, cicho czekała, aż ktoś zauważy. Umarła w osiemdziesiątym szóstym roku. Miała pięćdziesiąt osiem lat. Pamiętam, jak po pogrzebie ojciec znalazł w jej szafce zeszyt - z przepisami, ale między przepisami były notatki. Krótkie: „Ewa nie dzwoniła trzy tygodnie". „Zbyszek był, ale się spieszył". „Nikt nie przyszedł na imieniny".
Przeczytałam ten zeszyt i płakałam. A teraz sama prowadzę kalendarz z ptakami.
Wczoraj wieczorem wzięłam telefon i napisałam do Grzegorza wiadomość. Krótką: „Synku, jak tam u was? Tęsknię". Niebieska strzałka, wysłane. Widziałam, że przeczytał od razu - były te dwa niebieskie ptaszki. Odpowiedział po godzinie: „U nas ok. U Ciebie?". Napisałam: „Dobrze". Bo co miałam napisać?
Ale dziś rano zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej nie robiłam. Usiadłam przy stole z kartką i długopisem i zaczęłam pisać list. Nie SMS, nie wiadomość na tym WhatsAppie - list. Na papierze. Do obojga. Do Bożeny i do Grzegorza. Ten sam tekst, dwa egzemplarze.
Pisałam godzinę. Ręce mi się trzęsły, bo dawno tyle nie pisałam odręcznie. Napisałam im o kalendarzu. O kreskach. O tym, że w marcu były cztery i że jedna z nich to pomyłka z ZUS-u. Napisałam, że ich nie winię, bo wiem, że mają swoje życie, pracę, dzieci, piec do wymiany. Ale napisałam też, że mi brakuje. Że się boję, że pewnego dnia tych kresek będzie zero i że nawet nie będę mogła powiedzieć, kiedy to się stało, bo to nie przychodzi nagle - to przychodzi po cichu, jak kurz na meblościankę.
Napisałam na końcu: „Nie musicie mnie ratować. Nie musicie przyjeżdżać co tydzień. Chcę tylko, żebyście wiedzieli, że tu jestem. Że jeszcze tu jestem".
Koperty leżą na blacie w kuchni. Zaadresowane, z naklejonymi znaczkami. Patrzę na nie od rana. Piję trzecią herbatę i patrzę. Bo nie wiem, czy to wyślę. Nie wiem, czy chcę być matką, która prosi. Która mówi wprost: boli mnie to. Moja matka nigdy nie wysłała tego zeszytu. Może dlatego, że wiedziała, że niektóre prawdy, kiedy się je powie na głos, zmieniają wszystko. Albo nie zmieniają nic - i to jest gorsze.
Na kalendarzu kwiecień jest pusty. Pierwszego kwietnia narysowany jest kos - czarny ptak z pomarańczowym dziobem, głowa lekko przechylona, jakby nasłuchiwał.
Ja też nasłuchuję.