
Do piwnicy schodzę rzadko przez kolano. W sobotę zeszłam po słoiki - półki puste, zamiecione. Syn wzruszył ramionami: „Zrobiłem porządek, i tak by się zmarnowało". Narzędzia po ojcu sprzedał na giełdzie za trzysta złotych.
Stałam tam, w tej piwnicy, i czułam, jak mi się nogi uginają - nie od schodów, nie od kolana. Od pustki. Bo te półki jeszcze miesiąc temu uginały się pod ciężarem słoików z dżemem truskawkowym, ogórkami korniszonami, buraczkami, kompotami z jabłek. Robiłam je każdego lata, odkąd pamiętam. Moja matka mnie nauczyła, a ja robiłam to dalej, choć Zbyszek się śmiał, że mamy XXI wiek i jest Biedronka.
Zbyszek. Mój mąż. Umarł półtora roku temu. Wylew na działce, przy grządce z pomidorami. Przyjechało pogotowie, ale za późno. Miał sześćdziesiąt cztery lata i tyle planów, że starczyłoby na dwa życia. Narzędzia, które Damian sprzedał za trzysta złotych, były jego skarbem. Wiertarka Bosch, którą kupił za pierwszą zachodnią wypłatę, kiedy jeździł na budowy do Niemiec. Zestaw dłut, które dostał od swojego ojca. Piła tarczowa, o którą się targował na giełdzie w Poznaniu przez godzinę, żeby zbić cenę o dwadzieścia złotych.
Trzysta złotych. Za całe życie majsterkowicza, który potrafił naprawić wszystko - od cieknącego kranu po silnik w starym Fiacie.
- Damian, jak mogłeś? - zapytałam, kiedy wróciłam na górę.
Stał w kuchni, jadł kanapkę z szynką, nawet na mnie nie spojrzał.
- Mamo, no co się denerwujesz. Kurzyło się tam, nikt tego nie używał. A słoiki? Połowa była po terminie. Wyrzuciłem, zanim by nas coś zatruło.
Po terminie. Jakby domowe przetwory miały termin ważności jak jogurt z marketu. Jakby kompot z wiśni mógł się zepsuć, skoro robiłam go według receptury mojej matki, która przetrwała wojnę i nigdy nikogo nie zatruła.
Chciałam krzyczeć, ale nie krzyknęłam. Usiadłam przy stole, na krześle, na którym Zbyszek zawsze siadał, i patrzyłam na syna. Damian ma trzydzieści cztery lata. Pracuje jako kierowca w firmie kurierskiej, zarabia nieźle, ale wydaje jeszcze lepiej. Po śmierci ojca wprowadził się do mnie - niby żeby mi pomóc, bo kolano, bo sama w bloku na trzecim piętrze, bo schody. Zgodziłam się, bo byłam wtedy w takim stanie, że nawet herbatę parzyłam mechanicznie, bez sensu, zapominając o cukrze.
Ale teraz, po półtora roku, zaczęłam dostrzegać pewne rzeczy. Najpierw zniknęła kryształowa misa ze stołowego pokoju. „Mamo, stała w szafie, zbierała kurz, komu to potrzebne?" Potem serwis obiadowy po babci Zofii - ten z niebieskim wzorkiem, pamiętam, jak babcia stawiała go na stół na każdą Wigilię. „Oddałem do second handu, i tak nikt na nim nie je". Teraz piwnica.
Zadzwoniłam do Krysi, mojej siostry. Mieszka we Wrocławiu, widzimy się rzadko, ale gadamy co tydzień.
- Krysiu, powiedz mi, czy ja przesadzam?
Opowiedziałam jej wszystko. O słoikach, o narzędziach, o misie kryształowej.
Krysia milczała chwilę. Potem powiedziała cicho:
- Bożena, a czy Damian płaci ci za mieszkanie u ciebie?
Nie płaci. Nigdy o to nie prosiłam. Jest moim synem, jakie opłaty? Ale Krysia drążyła: a czy dokłada się do rachunków? Do jedzenia? Zrobiłam w głowie szybkie podsumowanie i zrobiło mi się gorąco. Prąd płacę ja. Gaz płacę ja. Jedzenie - kupuję ja, poza tymi kanapkami z szynką, którą Damian przynosi sam, bo „mamo, ty kupujesz tę tanią, a ja lubię krakusową".
- On cię zjada - powiedziała Krysia twardo. - Mieszka za darmo, je za darmo, a do tego sprzedaje twoje rzeczy. Bożena, obudź się.
Nie spałam tej nocy. Leżałam w sypialni i słyszałam, jak Damian w pokoju obok gra na komputerze. Zbyszek ten pokój malował na niebiesko, kiedy Damian miał dwanaście lat i chciał mieć „pokój jak niebo". Teraz na ścianach wiszą jakieś plakaty, na biurku stoi monitor za dwa tysiące - widziałam paragon - a na podłodze leżą ubrania, które ja zbieram i piorę, bo inaczej mieszkanie pachniałoby jak szatnia na basenie.
Rano zeszłam do kuchni wcześniej niż zwykle. Damian jeszcze spał. Otworzyłam szufladę w przedpokoju - tę, w której Zbyszek trzymał dokumenty. Akt własności mieszkania, polisę, dowód rejestracyjny Fiata, którego Damian już zdążył sprzedać „bo i tak nie jeździłaś, mamo". Szuflada była pusta.
Serce mi stanęło.
Poszłam do pokoju Damiana. Zapukałam, nie czekając na odpowiedź, otworzyłam drzwi. Spał, oczywiście.
- Damian. Gdzie są dokumenty z szuflady taty?
Otworzył jedno oko.
- Jakie dokumenty?
- Akt notarialny. Polisa. Wszystko.
Usiadł na łóżku, przetarł twarz.
- A, to. Zabrałem do siebie, żebyś nie zgubiła. Wiesz, jak jest, mamo - szukasz okularów, a masz je na głowie.
Wyciągnął rękę pod łóżko, wyjął teczkę. Podał mi ją z takim uśmiechem, jakby to on mi robił przysługę. Przeglądnęłam. Wszystko było, ale akt notarialny miał na sobie żółtą kartkę samoprzylepną z adnotacją pisaną ręką Damiana: „zapytać o przepisanie".
Przepisanie.
Patrzyłam na niego, a on patrzył na mnie. I w jego oczach zobaczyłam coś, czego nie chciałam widzieć - niecierpliwość. Nie wstyd, nie zakłopotanie. Niecierpliwość, jakbym mu przeszkadzała w czymś ważniejszym.
- Damian - powiedziałam spokojnie, chociaż w środku się trzęsłam. - Masz tydzień. Znajdź sobie mieszkanie.
Roześmiał się. Tak po prostu, roześmiał się.
- Mamo, no co ty. Gdzie ja pójdę? Wynajmy po trzy tysiące, a ja mam kredyt na samochód.
- Tydzień - powtórzyłam.
Wyszłam z jego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Usiadłam w kuchni, nastawiłam czajnik. Ręce mi drżały tak, że ledwo trafiłam wodą do kubka. Zadzwoniłam do Krysi.
- Zrobiłam to. Kazałam mu się wyprowadzić.
Krysia powiedziała: „Nareszcie". Ale ja nie czułam ulgi. Czułam coś zupełnie innego - strach. Nie przed samotnością, nie przed schodami, nie przed kolanem. Strach, że właśnie straciłam syna. Że ten chłopak, którego uczyłam jeździć na rowerze na podwórku, który płakał na pierwszym dniu szkoły i trzymał mnie za palec - że tego chłopaka dawno już nie ma, a ja udawałam, że jest, bo tak było łatwiej.
Minęły trzy dni. Damian zachowuje się, jakby nic się nie stało. Rano je kanapki, wieczorem gra na komputerze. O wyprowadzce ani słowa. Żółtej karteczki na akcie notarialnym już nie ma - odkleiłam ją i schowałam do torebki, nie wiem po co. Może jako dowód. A może jako przypomnienie.
Zostały cztery dni. Nie wiem, co zrobię, jeśli nie wyjdzie. Nie wiem, czy starczy mi sił. Krysia mówi, żebym zmieniła zamki. Sąsiadka z drugiego piętra, pani Halina, poradziła, żebym „nie robiła z igły widły, bo to przecież syn". A ja siedzę w kuchni, piję herbatę z cytryną i patrzę na puste miejsce po kryształowej misie na półce.
Zbyszek by wiedział, co zrobić. Zbyszek zawsze wiedział.