
Pani psycholog z przychodni poradziła, żebym pisała do męża w zeszycie. Piszę co niedzielę po mszy. Wczoraj napisałam mu, że oddałam jego wędki sąsiadowi, który zawsze mi pomaga - a nie synowi, który nie przyjechał ani do szpitala, ani na rocznicę. Staszku, odpisz, że dobrze zrobiłam.
Zeszyt kupił mi Henryk - ten sąsiad. Zobaczył, że po wizycie u pani psycholog stoję przed kioskiem i gapiom się na półkę z zeszytami, jakbym wybierała trumnę. Podszedł, wziął ten w twardej okładce, zielony, w kratkę, zapłacił i podał mi bez słowa. Dopiero na klatce powiedział: „Bożena, ten w linie byłby lepszy do pisania, ale zielony jest ładniejszy." Miał rację. Piszę w kratkę i litery się krzywią, ale to mój zeszyt i moje litery.
Staszek odszedł w styczniu. Nie nagle - powoli, przez trzy miesiące, na oddziale onkologicznym w szpitalu na Lindleya. Rak trzustki. Kiedy usłyszeliśmy diagnozę, lekarz powiedział, że mamy na to jeszcze trochę czasu. „Trochę" okazało się być od września do stycznia. Cztery pory roku zmieściły się w jednej - tej najcięższej.
Przez czterdzieści dwa lata małżeństwa kłóciliśmy się o wszystko: o pieniądze, o wyjazdy, o to, że Staszek każdy wolny dzień spędza nad wodą z wędkami, a ja zostaję z obiadem na kuchence i cisza w domu. Ale kiedy zachorował, nagle ta cisza stała się czymś, za czym tęskniłam. Bo on już nie wychodził. Siedział w fotelu, chudł, milczał. A ja chciałam go poprosić: idź nad tę swoją Wisłę, wróć mokry i brudny, i powiedz, że szczupak się urwał. Ale on już nie mógł.
Syn Marek mieszka w Poznaniu. Ma czterdzieści lat, żonę Kasię i dwóch synów, których widuję na Wigilię - i to nie każdą. Kiedy zadzwoniłam, że tata jest w szpitalu, Marek powiedział: „Mamo, to poważne? Bo mamy tu remont kuchni i Kasia nie da rady sama pilnować ekipy." Wzięłam oddech, policzyłam do pięciu - tak, jak uczyła pani psycholog - i powiedziałam spokojnie: „Marek, tata umiera." Cisza w słuchawce. Potem: „Przyjadę w weekend."
Nie przyjechał w ten weekend. Ani w następny. Przyjechał raz, na dwie godziny, w środę po południu. Staszek już wtedy słabo reagował. Marek stał przy łóżku, trzymał ojca za rękę i mówił: „Tato, będzie dobrze." A Staszek otworzył oczy i powiedział - jedyne zdanie tego dnia - „Wędki oczyść, bo się przetrzą." Marek pokiwał głową i wyszedł na korytarz zadzwonić do Kasi.
Wędki. Te wędki były dla Staszka jak dla kogoś innego albumy ze zdjęciami albo obrączka. Miał ich sześć, w pokrowcach, w szafie w przedpokoju. Każda miała historię. Jedną kupił z pierwszej wypłaty w zakładzie energetycznym. Drugą dostał od kolegi, który emigrował do Kanady w osiemdziesiątym szóstym. Trzecią - tę najdroższą - zamówił z katalogu i spłacał ratami, a ja się wtedy wściekałam, bo Marek potrzebował aparatu na zęby. Ale Staszek mówił: „Bożenka, ta wędka to inwestycja, jak ja umrę, będzie warta majątek." Żartował. A może nie.
Po pogrzebie - skromnym, na Bródnie, bo tak chciał Staszek - Marek zapytał o wędki. Nie od razu. Najpierw na stypie jedliśmy bigos, który ugotowała Lucyna z parteru, bo ja nie miałam siły. Potem ludzie się rozeszli. Marek siedział przy stole, palił papierosa na balkonie i powiedział: „Mamo, te wędki taty to ja bym zabrał. Chłopaki rosną, może kiedyś zabiorę je nad wodę."
Chłopaki rosną. Jakub ma dwanaście lat i siedzi w telefonie. Olek ma osiem i gra w piłkę. Żaden nie był nad wodą. Marek też nie łowił od lat. Ale pokiwałam głową i powiedziałam: „Dobrze, zabierz." Nie zabrał. Wyjechał następnego dnia rano, bo Kasia dzwoniła, że hydraulik przyszedł dzień wcześniej i ona „nie wie, co mu powiedzieć."
Minęły miesiące. Zima. Wiosna. Pierwsza rocznica śmierci zbliżała się jak pociąg, którego słyszysz, ale nie widzisz. Zadzwoniłam do Marka na dwa tygodnie przed datą. „Marek, dwudziesty czwarty stycznia. Msza o dziesiątej, potem cmentarz." Powiedział: „Zapisuję sobie." W dniu rocznicy zadzwonił o ósmej: „Mamo, Olek ma anginę, Kasia w pracy, nie mogę go zostawić samego." Teściowa Kasi mieszka trzy ulice dalej. Nie powiedziałam tego. Powiedziałam: „Rozumiem."
Na mszę poszłam sama. To znaczy - nie sama. Bo w trzeciej ławce siedział Henryk. Ten sam, który kupił mi zeszyt. Sąsiad z drugiego piętra, emerytowany kolejarz, wdowiec od pięciu lat. Nie pytał, czy potrzebuję towarzystwa. Po prostu tam był, w ciemnym garniturze, z tymi swoimi potężnymi dłońmi złożonymi na kolanach. Na cmentarzu pomógł mi odgarnąć liście z grobu. Potem zaprowadził mnie do domu i zrobił herbatę z cytryną, bo w kuchni wiedział, gdzie stoją szklanki - bo to on naprawiał mi kran w grudniu i szafkę pod zlewem w marcu.
Henryk nie wchodzi tam, gdzie go nie proszą. Ale jest. Zabiera mi siatkę z zakupami na schodach. Wymienił żarówkę w piwnicy. Kiedy w kwietniu zepsuł się telewizor, przyszedł, pokręcił kablami, powiedział: „Bożena, to trzeba nowy kupić" - i pojechał ze mną do Media Markt, bo sama boję się tych wielkich sklepów, gdzie każdy chce ci wcisnąć jakąś gwarancję.
Marek od rocznicy dzwoni raz w miesiącu. Pyta: „Mamo, jak zdrowie?" Mówię: „Dobrze." Pyta: „Potrzebujesz czegoś?" Mówię: „Nie." I oboje wiemy, że kłamię. Ale nie chcę prosić syna, żeby zachowywał się jak syn. To powinno być oczywiste. A jak nie jest - to proszenie niczego nie zmieni.
W maju otworzyłam szafę i zobaczyłam pokrowce z wędkami. Sześć sztuk, ustawionych pionowo jak żołnierze. Staszek zawsze tak je trzymał - mówił, że leżące wędki „tracą charakter." Poczułam ten znajomy zapach - mieszanka kurzu, gumy i rzeki. I pomyślałam: Marek nie przyjechał po ojca. Nie przyjechał po wędki. Nie przyjedzie.
Następnego dnia zapukałam do Henryka. Otworzyłam drzwi i powiedziałam: „Henryk, mąż miał wędki. Sześć sztuk, dobre. Syn nie chce, a ja nie chcę, żeby stały i czekały na kogoś, kto nie przyjdzie. Bierzesz?" Henryk patrzył na mnie przez chwilę. Potem powiedział cicho: „Bożena, to wędki Staszka. Może Marek..." Przerwałam mu. „Marek miał rok. Bierzesz czy nie?"
Wziął. Przyszedł z wnuczką, dziewięcioletnią Olą, i razem zanieśli pokrowce na drugie piętro. Ola spytała: „Babciu Bożena, a pani dziadek nimi łowił ryby?" Powiedziałam: „Tak, kochanie. Duże ryby." Ola powiedziała: „To ja też chcę łowić!" Henryk się uśmiechnął. Ja też. Pierwszy raz od dawna poczułam, że te wędki poszły tam, gdzie ktoś je weźmie w ręce.
W niedzielę po mszy usiadłam do zeszytu i napisałam to Staszkowi. Wszystko - o Marku, o wędkach, o Henryku. O Oli, która chce łowić. I na końcu to zdanie: „Staszku, odpisz, że dobrze zrobiłam."
Zeszyt oczywiście milczy. Staszek nie odpisze. Ale kiedy zamykałam go i chowałam do szuflady, zadzwonił telefon. Marek. „Mamo, Kasia mówi, że fajnie by było na majówkę do ciebie z chłopakami wpaść. Są jeszcze wędki taty? Jakub mówi, że chciałby spróbować." Stałam w przedpokoju, patrzyłam na pustą szafę i czułam, jak coś we mnie twardnieje i mięknie jednocześnie.
„Marek" - powiedziałam - „wędki oddałam sąsiadowi."
Cisza. Długa. Potem: „Jakiemu sąsiadowi? Po co? To miały być moje."
Nie krzyknęłam. Nie tłumaczyłam. Powiedziałam tylko: „Były twoje przez cały rok. Nie przyjechałeś."
Marek się rozłączył. Od wczoraj nie dzwonił. Siedzę przy stole, piję herbatę, patrzę na zielony zeszyt i myślę - czy naprawdę dobrze zrobiłam? Czy ukarałam syna za to, że nie jest taki jak Henryk? Czy oddałam wędki temu, kto je szanuje, czy temu, kto jest wygodnie blisko? I czy Staszek - gdyby mógł - naprawdę by się ze mną zgodził, czy potrząsnąłby głową i powiedział: „Bożenka, to jego wędki, jego syn, co ty wyrabiasz?"
Nie wiem. Odwracam kartkę w zeszycie, żeby mieć czyste miejsce na następną niedzielę. Może wtedy będę mądrzejsza. A może napiszę to samo pytanie jeszcze raz.