Na obiedzie padło: „sprzedajemy działkę, mamo, nikt nie jeździ". Nikt? Położyłam na stole zeszyt działkowy: Stefanówka - trzydzieści dwa krzaki, nasze trzy dęby, jabłka na przetwory dla czterech rodzin z bloku. Obok leżała ich „oferta od pośrednika". Syn kartkował długo. „To może chociaż altankę wyremontujemy". Remontujemy w maju. Zeszyty wygrywają z pośrednikami.
Ale zanim do tego doszło, były trzy miesiące, podczas których ledwo z Grzesiem rozmawiałam. Trzy miesiące, w których moja synowa Magda unikała mojego wzroku, a wnuczka Zuzia przestała pytać, czy „babciu, pójdziemy podlewać truskawki".
Muszę opowiedzieć od początku, bo inaczej to nie będzie miało sensu.
Działkę na ROD-zie „Kolejarz" pod Wrocławiem dostaliśmy z mężem Stefanem w osiemdziesiątym trzecim roku. Stefan był elektrykiem w zajezdni tramwajowej, ja pracowałam na poczcie - sortowałam listy na nocnej zmianie, żeby w dzień pilnować dzieci. Grzesiek miał wtedy cztery lata, Kasia osiem. Działka była zarośnięta do kolan, ziemia gliniasta, ani jednego drzewa. Stefan powiedział: „Halina, daj mi dwa lata". Dałam mu trzydzieści dwa. W tych trzydziestu dwóch latach wyrósł tam mały świat.
Stefan prowadził zeszyt. Zwykły zeszyt w kratkę, kupiony w „Społem" za grosze. Zapisywał wszystko: kiedy posadził pierwszy krzak porzeczki, kiedy dęby przyjęły się po przesadzeniu z lasu, ile słoików wyszło z jabłek antonówek w dziewięćdziesiątym szóstym. Kiedy Stefan zachorował - trzustka, trzy miesiące od diagnozy do końca - poprosił mnie tylko o jedno. Żebym nie sprzedawała działki i żebym dalej prowadziła zeszyt. „Tam jest całe nasze życie, Halinka" - powiedział, a ja obiecałam. To było jedenaście lat temu.
Od tamtej pory jeżdżę na Stefanówkę - bo tak ją nazywaliśmy - sama. Autobus 127 do pętli, potem piętnaście minut piechotą. Znam każdy kamień na tej drodze. Prowadzę zeszyt. Stefan miał jeden, ja zapisałam już trzy.
Kasia mieszka w Poznaniu, ma swoje życie, dwójkę dzieci, pracę w aptece. Przyjeżdża raz na rok, na Wszystkich Świętych. Na działkę nie jeździ od lat i ja to rozumiem - każdy ma swoje. Grzesiek został we Wrocławiu. Mieszka z Magdą i Zuzią na Psim Polu, dziesięć minut ode mnie. To na niego liczyłam.
I rzeczywiście, przez lata Grzesiek pomagał. Koszenie, naprawy altanki, wywożenie gałęzi. Nie powiem, że z wielkim entuzjazmem, ale przyjeżdżał. Zuzia biegała między krzakami, jadła porzeczki prosto z gałęzi, mazała się sokiem od stóp do głów. To były dobre dni.
A potem coś się zmieniło. Nie umiem powiedzieć kiedy dokładnie. Może gdy Zuzia poszła do szkoły i zaczęła mieć „zajęcia" w każdy weekend. Może gdy Magda dostała awans w korporacji i zaczęła pracować też w soboty. Grzesiek przyjeżdżał rzadziej. Raz w miesiącu, raz na dwa miesiące, potem - wcale.
Dzwoniłam. „Grzesiu, przyjedziesz w sobotę? Trzeba dach na altance uszczelnić". „Mamo, nie dam rady, Zuzia ma angielski, a Magda jest w delegacji". Rozumiałam. Za pierwszym, za drugim, za piątym razem. Za dziesiątym zaczęłam rozumieć coś innego - że mój syn nie chce mi tego powiedzieć wprost, ale działka go nie obchodzi.
Jednak to ja prosiłam sąsiada, pana Bogdana, żeby pomógł mi obciąć suche gałęzie. To ja w zeszłym roku o mało nie wywróciłam się z drabiną, kiedy zbierałam jabłka z najwyższej antonówki. Sześćdziesiąt trzy lata, kolano po artroskopii i drabina. Pan Bogdan widział przez płot, przybiegł, nakrzyczał na mnie. Powiedział: „pani Halino, niech pani tego syna w końcu postawi do pionu". Ale ja nie umiałam.
Aż do tego obiadu.
Był marzec, niedziela, Grzesiek zaprosił mnie na rosół. Magda ugotowała, był nawet sernik - kupiony, ale dobry. Zuzia rysowała przy stole coś na tablecie. Normalny, spokojny dzień. I wtedy Grzesiek odchrząknął i powiedział:
- Mamo, rozmawialiśmy z Kasią. Uważamy, że powinniśmy sprzedać działkę. Nikt tam nie jeździ, koszty rosną, a pośrednik mówi, że teraz dobra cena.
Magda patrzyła w talerz. Zuzia nie podniosła głowy znad tabletu. Grzesiek mówił dalej, coś o opłatach, o podatku, o tym, że „ROD-y teraz idą za niezłe pieniądze".
Siedziałam i słuchałam, i czułam, jak mi się zaciskają ręce na kolanach pod stołem. Nie dlatego, że mówił o pieniądzach. Pieniądze mnie nie obchodzą. Dlatego, że powiedział „nikt nie jeździ". Nikt. Jakby moje trzy autobusy tygodniowo, moje dwadzieścia lat prowadzenia zeszytu, moje rany na rękach od cięcia róż i odmrożone palce od marcowego grabienia - jakby to było nic. Jakby mnie tam nie było.
Ale nie krzyknęłam. Nauczyłam się tego po Stefanie - Stefan nigdy nie krzyczał, Stefan działał.
Wstałam od stołu. Poszłam do przedpokoju, gdzie stała moja torba. Wyjęłam zeszyt - ten aktualny, czwarty już z kolei. Wróciłam i położyłam go obok telefonu Grześka, na którym widniała wydrukowana oferta od pośrednika. „Atrakcyjna działka ROD, 320 m², altanka, drzewa owocowe".
- Przeczytaj - powiedziałam.
Grzesiek otworzył zeszyt. Na pierwszej stronie, pismem Stefana, było: „Stefanówka. Zeszyt działkowy. Zaczęty 14 marca 1983". Niżej moja dopiska: „Kontynuacja - Halina, od 2013".
Kartkował. Daty sadzenia każdego krzaka porzeczki - trzydzieści dwa, każdy z imieniem. Tak, Stefan dawał im imiona. „Basia" najlepiej rodziła, „Józek" zawsze przemarznął pierwszy. Rysunki rozmieszczenia grządek. Lista jabłek oddanych sąsiadom z bloku - pani Krysia z trzeciego piętra, pan Wiesław z parteru, Nowakowie z piątki, rodzina Zięba z dwójki. Notatki o trzech dębach, które Stefan posadził, gdy Grzesiek poszedł do pierwszej klasy. „Żeby chłopak miał co wspominać" - napisał Stefan. Grzesiek to przeczytał na głos i umilkł.
Magda zabrała Zuzię do pokoju. Zostaliśmy sami.
- Nie wiedziałem, że tata to wszystko zapisywał - powiedział cicho Grzesiek.
- Nie wiedziałeś, bo nie pytałeś - odpowiedziałam. Nie ze złością. Z czymś gorszym - ze zmęczeniem.
Siedzieliśmy tak może dziesięć minut. Grzesiek kartkował dalej. Trafił na wpis z zeszłego lata: „15 sierpnia. Jabłka z największej antonówki. Zbierałam sama, drabina się omsknęła, uratował pan Bogdan. Dwanaście słoików na kompot. Cztery dla Grzesia, ale nie odebrał, bo był na wakacjach w Grecji".
Zamknął zeszyt. Potarł twarz rękami.
- To może chociaż altankę wyremontujemy - powiedział.
Nie powiedziałam „dziękuję". Nie powiedziałam „wreszcie". Skinęłam głową.
W maju zaczęliśmy remont. Grzesiek przyjechał z kolegą, zdjęli stary papę, położyli nową blachę. Zuzia pomagała mi sadzić pomidory i przez pół godziny nie dotknęła tabletu. Magda siedziała na ławce pod dębem z kawą i czytała książkę. Nie pomagała, ale była. To coś.
Zeszyt leży teraz u Grześka na półce w salonie. Oddałam mu trzeci - ten, w którym są zapiski Stefana o chorobie i o tym, co zrobić z różami na zimę, gdyby „tata już nie mógł". Czwarty prowadzę dalej.
Czy Grzesiek będzie jeździł? Nie wiem. Przyjechał trzy razy od tego obiadu. To więcej niż przez cały zeszły rok, ale to wciąż nie jest regularność, na którą liczyłam. Magda wciąż pracuje w soboty. Zuzia wciąż ma angielski. Oferta od pośrednika pewnie nadal jest gdzieś w telefonie.
Piąty zeszyt zaczynam we wrześniu. Na pierwszej stronie napiszę to, co Stefan napisał na swoim pierwszym: datę i jedno zdanie. Tylko nie wiem jeszcze, czy dopiszę „kontynuacja - Halina" czy „kontynuacja - Halina i Grzegorz". To zależy nie ode mnie.