Ośmiolatek rozgrywał nas z babcią Martą jak dyplomata: „a babcia Marta pozwala do dziewiątej", „a babcia Aniela daje dwa desery". Spotkałyśmy się z Martą na kawie - pierwszy raz z własnej woli - i ustaliłyśmy „kodeks babć": jeden deser, ekran do ósmej, za kłamstwo o drugiej babci - zmywanie u obu. Mały osłupiał: „wy się ZNACIE?!". Znamy. Dyplomacja upadła, sojusz trwa.

Ale żeby to opowiedzieć porządnie, muszę cofnąć się o kilka lat. Do momentu, kiedy po raz pierwszy usłyszałam imię Marta i poczułam w żołądku coś na kształt kamienia.

Mój syn Darek rozwiódł się z Kasią, kiedy Olek miał trzy lata. Nie będę mówić, kto zawinił - pewnie oboje, jak to zwykle bywa. Ja płakałam. Kasia płakała. Darek milczał. Olek bawił się klockami na dywanie i nie rozumiał, czemu dorośli mają mokre oczy. Rozwód przeszedł jakoś, bo Kasia była rozsądna. Darek widywał Olka co drugi weekend, ja zabierałam go w środy po przedszkolu. Było dobrze. Było przewidywalnie. A potem Kasia poznała Grzegorza.

Grzegorz był w porządku. Spokojny, pracowity elektryk z Woli, wdowiec. Miał dobre oczy i cierpliwość do dziecka, więc nie narzekałam. Ale Grzegorz miał też matkę. Martę.

„Babcia Marta zabrała mnie na lody i powiedziała, że jestem najdzielniejszy chłopak na świecie" - oznajmił mi pięcioletni Olek pewnej środy, kiedy odbierałam go z przedszkola na Bielanach. Stałam na chodniku z jego plecaczkiem w ręce i uśmiechałam się, ale w środku coś drgnęło. Jakaś obca kobieta mówi mojemu wnukowi, że jest najdzielniejszy. Moje słowa. Moje lody. Moje określenie.

Wiem, jak to brzmi. Głupio. Zazdrosna babcia. Sześćdziesiąt dwa lata, całe życie przepracowane w księgowości w szkole podstawowej na Żoliborzu, emerytura od roku - i zamiast cieszyć się spokojem, zaczynam liczyć, ile razy w tygodniu Olek mówi „babcia Marta".

A mówił coraz częściej. Babcia Marta zrobiła mu szarlotkę. Babcia Marta kupiła mu nową grę na tablet. Babcia Marta pozwala oglądać bajki do późna. Przy każdej wizycie dostawałam listę osiągnięć tej kobiety, jakby Olek prowadził dziennik porównawczy babć.

Najpierw się denerwowałam. Potem zaczęłam nadrabiać. Dwa desery po obiedzie? Proszę bardzo. Ekran do dziewiątej? A niech tam, piątek przecież. Nowa zabawka? Zaraz pójdziemy do Smyka.

Darek zauważył pierwszy. Zadzwonił do mnie w niedzielę wieczorem.

„Mamo, Olek wrócił od ciebie na takim haju cukrowym, że Kasia go dwie godziny kładła spać. Co ty mu dajesz?"

„To co zawsze" - skłamałam gładko. „Rosół, kotlet, kompot."

„I trzy pączki?"

„Dwa" - poprawiłam z godnością. Darek westchnął. Ja się rozłączyłam.

Ale problem narastał. Bo Olek - muszę to przyznać z podziwem i przerażeniem jednocześnie - okazał się geniuszem manipulacji. Ośmiolatek z dyplomem Akademii Rozgrywania Dorosłych. Schemat był prosty: u mnie mówił, co pozwala babcia Marta. U Marty mówił, co pozwala babcia Aniela. I obie, nie znając się, nie rozmawiając ze sobą, podbijały stawkę.

Dowiedziałam się o tym przez przypadek. Kasia wpadła po Olka w środę i między drzwiami rzuciła mimochodem: „Pani Anielo, czy mogłaby pani nie dawać mu drugiego deseru? Marta też daje po dwa i on wraca na cukrze jak bąk."

Zamarłam z ręką na klamce. „Marta daje dwa desery?"

„No, Olek tak mówi. Że u babci Marty zawsze są dwa."

Stałam jeszcze chwilę po ich wyjściu, patrząc na puste talerzyki. Dwa po serniczku. Pomyślałam: ta kobieta mnie przelicytowuje. A potem pomyślałam: albo on przelicytowuje nas obie.

Przez trzy dni chodziłam z tym jak z zapaleniem zęba. Nie chciałam dzwonić do Marty, bo nigdy do niej nie dzwoniłam. Nie miałam nawet jej numeru. Znałyśmy się z widzenia - dwa razy spotkałyśmy się przypadkiem na szkolnym przedstawieniu Olka. Pokiwałyśmy sobie głowami uprzejmie, jak obce kobiety, które łączy tylko jedno dziecko i niejasne poczucie rywalizacji. Ale coś mnie gryzło. Więc poprosiłam Kasię o numer.

„Dzień dobry, tu Aniela, babcia Olka. Znaczy… druga babcia" - powiedziałam do słuchawki, czując się jak idiotka.

Cisza. A potem Marta się roześmiała. Ciepło, bez złośliwości.

„Też druga. Ja tu zawsze jestem ta druga. Wie pani co, może na kawę? Bo ja chyba muszę panią o coś zapytać."

Spotkałyśmy się w sobotę w kawiarni na Marszałkowskiej. Marta okazała się drobną kobietą z krótkimi siwymi włosami i energią, której pozazdrościłaby jej niejedna czterdziestolatka. Sześćdziesiąt pięć lat, emerytowana położna. Przez dwadzieścia osiem lat przyjmowała dzieci na świat w szpitalu na Madalińskiego. Zamówiła czarną kawę i sernik. Ja zamówiłam to samo, bo jakoś nie wypadało zamawiać inaczej.

Przez pierwszą godzinę rozmawiałyśmy ostrożnie, jak dwa kraje nawiązujące stosunki dyplomatyczne. A potem Marta powiedziała wprost:

„Olek mi mówi, że u pani może grać do dziewiątej. To prawda?"

„Absolutnie nie. U mnie ekran do ósmej, jak Kasia prosiła. A u pani naprawdę dwa desery?"

Marta postawiła filiżankę. „Jeden. Zawsze jeden. Ten łobuziak…"

I wtedy obie zaczęłyśmy się śmiać. Głośno, do łez, jak dwie kobiety, które nagle zrozumiały, że przez ostatnie dwa lata prowadziły wojnę, w której jedynym zwycięzcą był ośmiolatek z dołeczkami w policzkach.

Tamtego popołudnia powstał „kodeks babć". Spisałyśmy go na serwetce. Jeden deser. Ekran do ósmej. Żadnych nowych zabawek bez uzgodnienia. I kluczowy punkt: za kłamstwo o drugiej babci - zmywanie u obu.

Marta dopisała na dole: „Obowiązuje od zaraz. Podpisano: Sojusz Babć."

W poniedziałek Olek przyszedł do mnie po szkole. Usiadł przy stole, zjadł rosół i zaczął standardowy manewr: „Babciu, a babcia Marta powiedziała, że mogę…"

„Wiem, co powiedziała babcia Marta" - przerwałam spokojnie. „Rozmawiałam z nią w sobotę."

Patrzył na mnie z miną człowieka, któremu właśnie zawalił się cały porządek świata. „Wy się ZNACIE?!"

„Znamy. I piłyśmy razem kawę. I będziemy pić znowu."

Olek milczał dobre trzydzieści sekund. To dużo jak na ośmiolatka. A potem powiedział cicho: „To niefajnie."

Nie kłóciłam się z nim. Bo z jego perspektywy - faktycznie nie było fajnie. Stracił swoją przewagę, swoją władzę, swój mały geniusz dyplomacji. Ale zyskał coś innego, czego jeszcze nie rozumiał.

Marta zaczęła do mnie dzwonić. Najpierw w sprawie Olka - co jadł, czy odrobił lekcje, czy kaszlał. Potem w sprawie przepisów na ciasto. Potem po prostu tak, wieczorem, bo „coś mnie w krzyżu łupie i nie mogę zasnąć, to pogadajmy." Okazało się, że obie lubimy krzyżówki z „Przyjaciółki", obie nie znosimy korków na Wisłostradzie i obie mamy ten sam lęk - że Olek dorośnie i przestanie nas potrzebować.

Kasia patrzyła na nas z rosnącym zdumieniem. „Pani Anielo, pani się z Martą zaprzyjaźniła?" - zapytała kiedyś, odbierając Olka. Powiedziałam, że to za duże słowo. Że to raczej sojusz.

Ale czasem, kiedy siedzę z Martą na jej balkonie na Pradze, pijąc herbatę z cytryną i patrząc na kwitnące lipy, myślę, że to może jednak jest przyjaźń. Dziwna, późna, zbudowana na fundamencie, którego żadna z nas by sobie nie wybrała. Łączy nas wnuk, który nie jest wnukiem nas obu - a jednak jest.

Olek ostatnio przestał nas rozgrywać. Ale za to wymyślił coś nowego: „Babciu Anielo, babcia Marta powiedziała, że mnie bardzo kocha. A ty?" Patrzę na niego i nie wiem, czy to manipulacja nowej generacji, czy po prostu dziecko, które chce usłyszeć to samo od każdej z nas.

A może jedno i drugie. I może to nie ma znaczenia.