
Mąż umarł w marcu. W maju przyszedł list z banku - kredyt na czterdzieści tysięcy, wzięty rok temu. Nic mi nie mówił. Zaczęłam sprawdzać wyciągi i znalazłam przelewy na konto, które nie należy do nikogo z rodziny.
List leżał na wycieraczce między gazetką z Biedronki a rachunkiem za gaz. Zwykła koperta, logo banku w rogu. Otworzyłam ją przy kawie, stojąc jeszcze w przedpokoju w butach, bo wracałam od lekarza i bolały mnie kolana. Pierwsza myśl była taka, że to pomyłka. Że bank pomylił adresy, bo Ryszard przecież nie miał żadnych kredytów. Przez trzydzieści osiem lat małżeństwa nie wziął nawet ratalnej pożyczki na pralkę.
A jednak. Czterdzieści tysięcy złotych. Data umowy - marzec poprzedniego roku, czyli dokładnie dwanaście miesięcy przed śmiercią. Harmonogram spłat, zaległe raty, wezwanie do uregulowania należności. Adresowane do Ryszarda Wojciechowskiego. Mojego Ryszarda. Mojego męża, który leży na Bródnie od ośmiu tygodni, pod świeżym jeszcze kamieniem, który wybrałam z katalogu zakładu kamieniarskiego na Grochowskiej.
Usiadłam przy stole w kuchni i czytałam ten list chyba pięć razy. Za oknem kwitły kasztany. Radio u sąsiadki grało Marylę Rodowicz. Świat wyglądał tak samo jak rano, ale ja już wiedziałam, że coś się właśnie zmieniło.
Ryszard był kierowcą. Całe życie jeździł ciężarówkami - najpierw w państwowym przedsiębiorstwie, potem w prywatnej firmie transportowej. Kiedy przeszedł na emeryturę pięć lat temu, mówił, że nareszcie odpocznie. Ja pracowałam w księgowości w szkole podstawowej na Pradze, więc o pieniądzach wiedziałam swoje. Budżet domowy był mój - od zawsze. Ryszard oddawał emeryturę, ja odkładałam co mogłam. Żyliśmy oszczędnie, ale godnie. Trójka dzieci na swoim. Syn Darek w Poznaniu, córka Ania w Warszawie, młodsza Kasia w Anglii. Wszystko ułożone.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Następnego dnia poszłam do banku. Pani w okienku spojrzała na akt zgonu, na mój dowód, na odpis aktu małżeństwa i powiedziała, że muszę złożyć reklamację, ale że dług jest, bo jest. Poprosiłam o wyciągi z konta Ryszarda. Okazało się, że miał osobne konto - takie, o którym nie wiedziałam. Otworzył je dwa lata temu. Z tego konta co miesiąc szły przelewy. Po tysiąc dwieście, tysiąc pięćset złotych. Na konto osoby fizycznej. Nazwisko - Lucyna Majewska.
Nie znam żadnej Lucyny Majewskiej.
Wróciłam do domu i usiadłam w fotelu Ryszarda - tym obciągniętym bordowym pluszem, który kupiliśmy w dziewięćdziesiątym piątym na targu przy Banacha. Siedziałam i myślałam. Przez trzydzieści osiem lat spaliśmy w jednym łóżku. Jedliśmy przy jednym stole. Znałam jego nawyki, jego chrapanie, wiedziałam, kiedy go boli kolano, a kiedy udaje, żeby nie iść na zakupy. Wiedziałam, że lubi rosół z dużą ilością pietruszki, że wściekają go korki na moście Grota, że co niedzielę ogląda Teleexpress, choć twierdził, że telewizja to bzdury.
Ale nie wiedziałam o koncie. Nie wiedziałam o kredycie. I nie wiedziałam, kim jest Lucyna Majewska.
Zadzwoniłam do Darka. Odebrał po piątym sygnale, w tle słyszałam jego żonę i wnuczka. „Mamo, co się stało?" - zapytał od razu, bo rzadko dzwonię wieczorami. Powiedziałam mu o liście. Cisza. Potem: „To jakiś błąd. Tata by czegoś takiego nie zrobił."
„Ja też tak myślałam" - odpowiedziałam.
Darek przyjechał w sobotę. Usiedliśmy razem nad papierami. Mój syn, czterdziestoletni mężczyzna z brodą i poważną miną, patrzył na wyciągi bankowe i milczał. Przelewy szły regularnie, co miesiąc, przez prawie dwa lata. Łącznie - ponad trzydzieści tysięcy. Plus ten kredyt na czterdzieści. Część kredytu też poszła na tamto konto.
„Mamo" - powiedział Darek cicho. - „Musimy się dowiedzieć, kto to jest."
Wiedziałam, że musi. I bałam się tego, co możemy znaleźć.
Darek ma znajomego, który pracuje gdzieś w urzędzie. Nie pytałam, jak to załatwił. Po tygodniu miałam informację. Lucyna Majewska, pięćdziesiąt trzy lata, zameldowana w Legionowie. Rozwódka, jedno dziecko.
Przez dwa dni nie mogłam spać. Leżałam w naszej sypialni i patrzyłam na pustą połowę łóżka. Myślałam: kochanka. Mój Ryszard, sześćdziesiąt cztery lata, emerytura, podwyższone ciśnienie, Ryszard, który ostatnio ledwo wchodził na trzecie piętro - miał kochankę. I jej płacił. Naszymi pieniędzmi. Pieniędzmi, które pożyczył w banku, nie mówiąc mi słowa.
W czwartek Ania przyszła po pracy. Darek jej powiedział. Córka usiadła naprzeciwko mnie i powiedziała: „Mamo, może to nie to, co myślisz. Może tata jej pomagał z jakiegoś innego powodu."
„Z jakiego, Aniu?"
Nie umiała odpowiedzieć.
To Kasia, ta z Anglii, pierwsza wpadła na pomysł, żeby po prostu zadzwonić. „Mamo, masz numer konta, pewnie da się dotrzeć do telefonu. Zadzwoń i zapytaj" - napisała na WhatsAppie. Jak to młodzi - prosto i bez ogródek. Ja się wzbraniałam. Bo co, jeśli usłyszę coś, co mnie złamie? Co, jeśli ta Lucyna powie mi, że Ryszard ją kochał, że planował odejść, że żałował tych trzydziestu ośmiu lat ze mną?
Ale w końcu zadzwoniłam. W piątek rano, po kawie, z telefonem w trzęsącej się ręce.
Lucyna Majewska odebrała po trzecim sygnale. Głos miała zmęczony, trochę zachrypnięty. Powiedziałam, kim jestem. Że jestem żoną Ryszarda. Że Ryszard nie żyje. Na drugim końcu - cisza. Potem usłyszałam płacz.
„Proszę pani" - powiedziała Lucyna przez łzy. - „Ryszard był dobrym człowiekiem. On mi pomagał, bo nikt inny nie chciał. Mój syn... mój Tomek ma problemy. Z głową. Nie pracuje, potrzebuje leków, terapii. ZUS odmówił renty, odwołanie trwało rok. Ryszard... znał Tomka. Pracowali razem krótko, w tej firmie transportowej. Tomek potem zachorował. Ryszard dzwonił, pytał, jak sobie radzimy. A potem zaczął pomagać."
Siedziałam na krześle w kuchni i słuchałam tej kobiety. Opowiadała o lekach po sześćset złotych miesięcznie, o prywatnych wizytach u psychiatry, o tym, jak Ryszard przywiózł im raz pełny bagażnik jedzenia na święta. Nigdy nie chciał nic w zamian. Prosił tylko, żeby nikomu nie mówić.
„Dlaczego?" - zapytałam.
„Bo mówił, że żona by nie zrozumiała" - odpowiedziała Lucyna cicho. - „Że pani jest oszczędna i że pieniądze są na trudne czasy, nie na rozdawanie."
Odłożyłam telefon i długo siedziałam w ciszy.
Ryszard mnie znał. Wiedział, że bym nie pozwoliła. Czterdzieści tysięcy kredytu, trzydzieści przelewami - to ponad siedemdziesiąt tysięcy. Nasze oszczędności na starość, na leki, na remont łazienki, który planowaliśmy od lat. Wydane na obcego człowieka.
Ale ten obcy człowiek był chory i nie miał nikogo.
Darek mówi, że to niedopuszczalne. Że ojciec nie miał prawa podejmować takich decyzji sam, za nasze wspólne pieniądze, za kredyt, który teraz spadł na mnie. Ania milczy i unika mojego wzroku. Kasia napisała z Anglii: „Tata był dobry. Może za dobry."
A ja? Ja nie wiem. Są noce, kiedy go za to podziwiam. I są noce, kiedy go za to nienawidzę. Bo to nie było jego siedemdziesiąt tysięcy - to były nasze. A on mnie z tej decyzji wyłączył. Nie dał mi szansy powiedzieć tak albo nie. Zdecydował za mnie, bo - jak powiedział Lucynie - „żona by nie zrozumiała".
Może miał rację. A może właśnie nie miał. Może zrozumiałabym. Może bym się zgodziła na mniejszą kwotę. Może razem byśmy coś wymyślili. Nigdy się nie dowiem.
Kredyt trzeba spłacać. Co miesiąc patrzę na harmonogram i myślę o Ryszardzie, który w sekrecie nosił komuś pieniądze jak chleb pod płaszczem. Bohater czy egoista - wciąż nie umiem tego rozstrzygnąć. I chyba najbardziej boli mnie nie te czterdzieści tysięcy, tylko jedno zdanie: „żona by nie zrozumiała".