Pożyczyłam siostrze 25 tysięcy na remont łazienki. Minął rok. Łazienka wyremontowana, siostra jeździ na wakacje do Chorwacji. Kiedy napomknęłam o długu, powiedziała: „Nie psuj mi urlopu".

Te cztery słowa wbiły mi się w głowę jak gwóźdź i siedzą tam do dziś. Wracam do nich wieczorami, kiedy zmywam naczynia i patrzę na swoją łazienkę - tę z pękniętą kafelką nad wanną, którą zaklejam plastrem od trzech lat, bo ciągle nie mam za co jej naprawić.

Mam na imię Bożena, niedawno skończyłam pięćdziesiąt cztery lata. Pracuję w księgowości w hurtowni budowlanej pod Poznaniem. Mąż Andrzej jest elektrykiem. Mamy dwóch synów - Kubę, który studiuje w Warszawie, i Bartka, który właśnie zdał maturę. Żyjemy normalnie, znaczy się - od wypłaty do wypłaty, z małym buforem na koncie, który budowaliśmy latami. Właśnie z tego buforu wzięłam te dwadzieścia pięć tysięcy dla Renaty.

Renata jest moją młodszą siostrą. Ma czterdzieści osiem lat i zawsze miała talent do tego, żeby świat kręcił się wokół niej. Kiedy byłyśmy małe, mama mówiła: „Bożenka, ty jesteś ta rozsądna, a Renatka - ta wrażliwa". Rozsądna w praktyce oznaczało: ty ustąp. Wrażliwa oznaczało: jej daj.

- Bożena, błagam cię, ja nie mam do kogo się zwrócić - powiedziała mi Renata w tamten grudniowy wieczór, rok i trzy miesiące temu. Siedziałyśmy w mojej kuchni, piłyśmy herbatę z cytryną. Przyjechała specjalnie z Gniezna, co samo w sobie było niezwykłe, bo normalnie to ja do niej jeżdżę. - Rury lecą, kafle odpadają, Dariusz mówi, że jak nie wyremontuję teraz, to za pół roku będziemy mieli grzyba na całą ścianę.

Dariusz to jej mąż. Kierowca TIR-a, zarabia nieźle, ale - jak tłumaczyła Renata - wszystko idzie na raty za samochód i kredyt za kuchnię, którą wymienili dwa lata wcześniej.

- A bank? - spytałam ostrożnie.

- Nie dadzą nam, bo Darek miał kiedyś problemy w BIK-u. Bożena, ja ci oddam do lata. Słowo.

Pamiętam, jak Andrzej patrzył na mnie, kiedy mu powiedziałam. Stał w progu sypialni, w ręku trzymał ładowarkę od telefonu, i po prostu milczał. Długo milczał.

- To nasze oszczędności na wypadek - powiedział w końcu. - Prawie wszystko, co mamy.

- Wiem. Ale to moja siostra.

- Właśnie dlatego się boję.

Przelałam pieniądze następnego dnia. Dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Bez żadnej umowy, bo jak to - umowa z siostrą? Mama by się w grobie przewróciła. Mama, która całe życie powtarzała: „Rodzina to rodzina, nie robi się z tego interesu".

Do lata Renata nie oddała nic. Napisałam jej SMS-a w lipcu, delikatnie: „Renatko, pamiętasz o naszej sprawie? Kuba potrzebuje na akademik". Odpisała po dwóch dniach: „Pamiętam, daj mi do września, teraz jest ciężko".

Wrzesień przyszedł i poszedł. W październiku zadzwoniłam. Renata odebrała na czwartym sygnale.

- Słuchaj, nie mogę teraz rozmawiać, jestem w Castoranie, wybieram płytki do przedpokoju.

Płytki. Do przedpokoju. Ja w tym czasie liczyłam, czy starczy nam na opłaty za mieszkanie i na jedzenie, bo Kuba potrzebował nowego laptopa do studiów, a stary padł bezpowrotnie.

W grudniu, dokładnie rok po pożyczce, zadzwoniłam znowu. Byłam przygotowana. Napisałam sobie na kartce, co chcę powiedzieć, żeby nie zabrzmiało oskarżycielsko. „Renatko, musimy porozmawiać o tych pieniądzach. Nie śpieszy mi się z całością, ale może jakieś raty?"

- Oj, Bożena, teraz to naprawdę nie jest dobry moment. Wylatujemy z Darkiem do Chorwacji dwudziestego. Pogadamy po urlopie, dobrze?

I wtedy powiedziałam to, co powinnam była powiedzieć sześć miesięcy wcześniej.

- Renata, minął rok.

Cisza. A potem:

- Nie psuj mi urlopu.

Rozłączyła się. Siedziałam w kuchni z telefonem w ręce i nie wiedziałam, czy jestem bardziej wściekła, czy bardziej smutna. Andrzej wszedł, zobaczył moją minę i nawet nie zapytał. Postawił przede mną herbatę i powiedział cicho:

- A nie mówiłem.

Nie wytrzymałam i się rozpłakałam. Nie z powodu pieniędzy - choć to też. Płakałam, bo nagle zobaczyłam coś, czego nie chciałam widzieć przez pięćdziesiąt lat. Że ta nasza siostrzana miłość zawsze miała jeden kierunek. Że to ja dzwoniłam, ja odwiedzałam, ja pamiętałam o imieninach, ja pożyczałam - pięćset tu, tysiąc tam, teraz dwadzieścia pięć. I że Renata nie jest niewdzięczna czy złośliwa. Ona po prostu uważa, że tak powinno być. Bo ja jestem „ta rozsądna".

Po Nowym Roku Renata wrzuciła na Facebooka zdjęcia z Chorwacji. Piękna lazurowa woda, Dariusz z piwem na tarasie, Renata w nowej sukience na tle kamiennych uliczek Dubrownika. Komentarze: „Cudownie!", „Ale macie życie!", „Zazdroszczę!". Pod jednym ze zdjęć nasza kuzynka Jola napisała: „Renatko, jak zwykle szyk i klasa!". Zamknęłam laptopa tak mocno, że Andrzej spojrzał na mnie znad gazety.

W lutym Renata zadzwoniła. Nie w sprawie pieniędzy - w sprawie urodzin mamy. To znaczy rocznicy śmierci mamy. Trzeciej.

- Trzeba by pojechać na cmentarz, zamówić mszę. Podzielimy się? Ty zamówisz mszę, ja kupię kwiaty.

Msza - sto pięćdziesiąt złotych. Kwiaty z marketowego straganu - czterdzieści. Nie powiedziałam nic. Zamówiłam mszę.

Po mszy stałyśmy przed kościołem. Wiał zimny lutowy wiatr, Renata poprawiała szalik i narzekała na mróz. Zbierałam się w sobie. Czułam, jak serce mi wali.

- Renata, muszę cię zapytać wprost. Kiedy oddasz mi pieniądze?

Spojrzała na mnie tak, jakbym ją spoliczkowała. Przed kościołem. Przy mamie. Przy Bogu.

- Ty naprawdę nie możesz się powstrzymać? Nawet dzisiaj?

- A kiedy mogę? Kiedy jest dobry moment? Bo na urlop dobry moment jest, na płytki do przedpokoju dobry moment jest. Tylko na oddanie długu nigdy nie ma dobrego momentu.

Renata zacisnęła usta. Widziałam, że się trzęsie - nie wiem, czy z zimna, czy ze złości.

- Nie mam teraz tych pieniędzy - powiedziała wreszcie. - Nie mam i już. Co chcesz, żebym zrobiła? Wzięła kredyt?

- Chcę, żebyś choć raz powiedziała: „Bożena, przepraszam, że to trwa tak długo. Oddawanie zacznę od przyszłego miesiąca, po tysiąc". Tyle chcę.

Renata milczała. Potem powiedziała coś, co chyba bolało najbardziej:

- Myślałam, że siostry tak nie robią.

Wróciłam do domu i usiadłam przed komputerem. Otworzyłam przeglądarkę. W wyszukiwarkę wpisałam: „wezwanie do zapłaty wzór". Palce mi drżały na klawiaturze. Potem zamknęłam kartę. Otworzyłam. Zamknęłam znowu.

Pismo leży wydrukowane w szufladzie, pod rachunkami za prąd. Niezaadresowane, niewysłane. Od dwóch miesięcy je tam trzymam. Codziennie otwieram tę szufladę, szukając czegoś innego - długopisu, taśmy klejącej, paragonu - i widzę ten biały prostokąt papieru. I codziennie ją zamykam.

Andrzej mówi: wyślij. Bartek mówi: daj spokój, mamo, nie warto się przez to kłócić. Kuba nie wie o niczym, bo nie chcę, żeby patrzył na ciocię inaczej. A ja nie wiem. Po prostu nie wiem.

Bo jeśli wyślę to pismo, stracę siostrę. A jeśli nie wyślę - to chyba już dawno ją straciłam.