Syn przyjechał w niedzielę z teczką i dwiema sąsiadkami z parteru. Na stole położył gotowy testament - wystarczyło podpisać przy świadkach. „Mamo, to formalność, i tak trzeba to kiedyś uporządkować."

Formalność. To słowo kręciło mi się w głowie, kiedy patrzyłam na pani Krysię i panią Jadwigę, które stały przy drzwiach kuchni z minami, jakby je ktoś siłą wyciągnął z niedzielnego obiadu. Bo pewnie tak właśnie było. Miałam siedemdziesiąt dwa lata, dwa kolana do wymiany, blok na Gocławiu i syna, który wszystko już za mnie zaplanował.

Marek odłożył teczkę na stół, tuż obok filiżanki z herbatą, którą sobie zrobiłam pół godziny wcześniej. Herbata zdążyła wystygnąć. Marek nie zadzwonił, że przyjedzie - po prostu pojawił się pod drzwiami o wpół do drugiej, pachnący tą samą wodą kolońską, którą mu kupiłam na imieniny trzy lata temu. Miał na sobie elegancką koszulę, jakby jechał na spotkanie biznesowe, a nie do matki na Gocław.

- Usiądź, mamo, przeczytaj spokojnie - powiedział tonem, którego używał, kiedy tłumaczył mi obsługę nowego telefonu. Cierpliwy, ale z takim napięciem pod spodem, jakby się bał, że zaraz zacznę pytać o coś niewygodnego.

Więc usiadłam. Wzięłam okulary z parapetu i zaczęłam czytać. Język prawniczy, suche zdania, ale sens był prosty: mieszkanie na Gocławiu po mojej śmierci miało przejść na Marka. Działka ROD pod Otwockiem - też na Marka. Oszczędności z konta - na Marka. Biżuteria po mojej mamie - do podziału między Marka i Basię, moją córkę. Choć o Basi w tym testamencie było tyle co nic.

Podniosłam wzrok znad kartki.

- A Basia wie o tym?

Marek nawet nie mrugnął.

- Mamo, Basia mieszka w Irlandii od dwunastu lat. Ona się tym nie interesuje. Sama mi mówiłaś, że dzwoni raz na miesiąc i to na pięć minut.

Miał rację. Basia dzwoniła rzadko. Ale jedno to dzwonić rzadko, a drugie - wykreślić kogoś z testamentu. Odłożyłam kartkę na stół. Pani Krysia przestąpiła z nogi na nogę i spojrzała na panią Jadwigę. Obie czekały. Marek czekał. Cisza była tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara nad lodówką - tego samego zegara, który powiesił Henryk trzydzieści lat temu, zanim odszedł od nas do tej swojej z Ursusa.

- Markuś - powiedziałam powoli - daj mi chwilę.

- Mamo, panie czekają. One mają swoje sprawy.

- To niech się napiją herbaty. Pani Krysiu, niech pani siada.

Pani Krysia usiadła. Marek zacisnął szczękę. Znałam tę minę - miał ją od dziecka, kiedy coś nie szło po jego myśli. W trzeciej klasie, kiedy nie dostał roweru na gwiazdkę. W liceum, kiedy nie zdał matury z matematyki za pierwszym razem. Na własnym ślubie, kiedy teściowa wygłosiła toast dłuższy niż jego. Marek nie lubił czekać.

Ale ja potrzebowałam czasu. Bo w głowie miałam nie paragraf trzeci tego testamentu, tylko tamten grudniowy wieczór sprzed pięciu lat, kiedy Basia przyjechała na Wigilię. Jedyny raz od wyjazdu do Irlandii. Przyleciała tanimi liniami, sama, bez męża i dzieci, bo na cztery bilety nie było ją stać. Siedziała przy tym samym stole i mówiła mi cicho, żebym nie dawała się Markowi, bo Marek - jak to ujęła - „kombinuje".

- Co kombinuje? - zapytałam wtedy.

- O mieszkanie, mamo. On cię kocha, ale to mieszkanie kocha bardziej.

Pokłóciłyśmy się. Powiedziałam jej, żeby nie mówiła takich rzeczy o bracie. Że Marek mi pomaga - wozi do lekarza, naprawia kran, przywozi zakupy w soboty. Basia wyjechała dwudziestego szóstego rano i od tamtej pory nie wspomniała o tym ani słowem. Ale ja pamiętałam.

Teraz siedziałam z tym testamentem i patrzyłam na syna, który budował dom pod Warszawą. Duży dom, z podwójnym garażem, na kredyt, który - jak mi kiedyś powiedział po dwóch piwach - „zjada go żywcem". Marek miał czterdzieści osiem lat, żonę Anetę i dwójkę nastoletnich dzieci. Pracował jako kierownik w firmie budowlanej. Zarabiał nieźle, ale dom go przerastał. Wiedziałam to, bo Aneta dzwoniła do mnie czasem wieczorami i płakała, że raty rosną, a premii nie ma.

- Mamo - Marek pochylił się do mnie - to naprawdę jest proste. Podpisujesz, panie potwierdzają, i mamy spokój. Ja się potem wszystkim zajmę, kiedy… no, kiedyś.

Kiedyś. Czyli kiedy umrę. Mój syn nie potrafił powiedzieć tego słowa, ale potrafił wydrukować testament.

- A dlaczego nie u notariusza? - zapytałam.

- Bo notariusz kosztuje, mamo. A to jest tak samo ważne prawnie, jak przy dwóch świadkach podpiszesz odręcznie. Sprawdzałem.

Sprawdzał. Mój syn sprawdzał, jak najtaniej załatwić mój testament. Poczułam coś dziwnego - nie złość, nie smutek, raczej takie zimne otrzeźwienie, jakbym nagle zobaczyła pokój, w którym jestem, z zupełnie innej perspektywy. Te same meble, ten sam zegar, ten sam syn - ale wszystko wyglądało inaczej.

- Marek, ja się nie wybieram na tamten świat w tym tygodniu - powiedziałam.

- Nikt nie mówi, że się wybierasz. Ale po co odwlekać?

- Bo chcę pomyśleć.

- O czym tu myśleć?

I wtedy pani Jadwiga - cicha, drobna pani Jadwiga z parteru, która od trzydziestu lat hodowała fiołki na balkonie i nigdy nie wtrącała się w cudze sprawy - odezwała się pierwszy raz:

- Pani Halino, niech pani się nie spieszy. Testament to poważna rzecz.

Marek spojrzał na nią tak, jakby go spoliczkowała. Pani Jadwiga wytrzymała to spojrzenie. Ja byłam jej w tamtej chwili wdzięczna bardziej niż za cokolwiek w życiu.

- Panie, bardzo przepraszam za kłopot - powiedziałam. - Ale chyba jednak dzisiaj nic nie podpiszę. Marek, zostaw mi te papiery, przeczytam jeszcze raz w spokoju.

Marek wstał. Zabrał teczkę ze stołu - jednym ruchem, jakby to był jakiś dowód rzeczowy, którego nie chciał zostawiać bez nadzoru. Uśmiechnął się, ale ten uśmiech nie sięgnął mu do oczu.

- Dobrze, mamo. Ale nie odkładaj tego w nieskończoność, proszę.

Wyszli we trójkę. Pani Krysia pożegnała się ode mnie skinieniem głowy. Pani Jadwiga ścisnęła moją dłoń w progu i nic nie powiedziała, ale patrzyła mi w oczy tak, jakby chciała powiedzieć: rozumiem.

Zamknęłam drzwi. Wróciłam do kuchni. Herbata stała na stole, kompletnie zimna. Usiadłam na krześle i przez dłuższą chwilę nie robiłam nic - patrzyłam na zegar nad lodówką, na krzywy uchwyt szafki, który Marek miał naprawić od dwóch miesięcy, na doniczkę z bazylią, która usychała na parapecie.

Potem wzięłam telefon i wybrałam numer Basi. Sygnał szedł długo. Cztery, pięć, sześć razy. Już miałam się rozłączyć, kiedy usłyszałam jej głos - trochę zdyszany, trochę zaskoczony.

- Mamo? Wszystko w porządku?

Otworzyłam usta i przez sekundę nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo jak powiedzieć córce, że jej brat właśnie przyjechał z gotowym testamentem? Że może miała rację tamtej Wigilii? Że matka siedemdziesięcioletnia nagle nie wie, komu ufa?

- Basiu - powiedziałam - opowiedz mi, co u ciebie. Mam czas.

Tykanie zegara nad lodówką wypełniło ciszę, zanim Basia zaczęła mówić. A ja siedziałam i myślałam, że testament to nie jest kartka papieru. Testament to jest odpowiedź na pytanie, którego wolałabym nigdy nie usłyszeć: które z moich dzieci naprawdę myśli o mnie - a które o mieszkaniu.