
Mąż wrócił po dziewięciu miesiącach i powiedział, że tamta „nie gotuje, nie prasuje i nie słucha". Uśmiechnęłam się - bo ja też przestałam prasować i zaczęłam chodzić na tańce. Tylko że ja nie chciałam z tego powodu wracać.
Stał w progu z tą samą torbą podróżną, z którą wychodził w grudniu. Granatowa, z pękniętym zamkiem po lewej stronie - pamiętam, bo sama ją kupowałam na wyprzedaży w Auchan, jeszcze przed świętami. Wtedy pomyślałam, że pakuje się na delegację. Że wróci za tydzień. Że tak jak zawsze rzuci torbę w przedpokoju i zapyta, co na obiad.
Nie wrócił za tydzień. Nie wrócił na Wigilię, nie wrócił na moje urodziny w lutym. Wrócił we wrześniu, kiedy ja akurat wracałam z zajęć tanecznych i miałam na sobie nową sukienkę - czerwoną, w drobne kwiaty - której nigdy bym nie kupiła, gdyby Ryszard nadal siedział na kanapie i komentował, że wyglądam w czerwieni jak latarnia morska.
- Renata, musimy porozmawiać - powiedział, jakby wychodził pięć minut temu po bułki.
Mam na imię Renata, mam pięćdziesiąt osiem lat i przez trzydzieści dwa lata byłam żoną Ryszarda Kowalczyka - elektryka z własnym warsztatem na obrzeżach Wrocławia. Córka Patrycja dawno dorosła, mieszka w Krakowie z mężem i dwójką dzieci. Syn Bartek studiuje w Warszawie. Przez trzydzieści dwa lata moje życie wyglądało tak samo: pobudka o piątej trzydzieści, śniadanie na stole o szóstej, Ryszard wychodzi o szóstej piętnaście, ja zamykam drzwi i jadę do szkoły, gdzie uczę przyrody w klasach czwartych. Po pracy zakupy, obiad, pranie, prasowanie. W weekendy działka ROD albo teściowa w Oławie.
Kiedy Ryszard odszedł, pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było płakanie. Drugą - zadzwonienie do Patrycji. Trzecią - wyrzucenie deski do prasowania na balkon. Nie dlatego, że byłam silna. Dlatego, że byłam wściekła.
Bo ja wiedziałam o tamtej. Wiedziałam od października, miesiąc przed jego wyjściem. Sąsiadka z trzeciego piętra, Krysia, widziała go pod galerią handlową z jakąś kobietą - młodszą, ciemnowłosą, w skórzanej kurtce. „Renata, może to klientka?" - powiedziała Krysia z taką miną, jakby sama w to nie wierzyła. Nie wierzyłam i ja. Sprawdziłam telefon Ryszarda tej samej nocy. Hasło miał od lat to samo - data urodzin Bartka. Wiadomości do Moniki. Serduszka. Zdjęcia restauracji, w których ja nigdy nie byłam.
Nie powiedziałam mu wtedy ani słowa. Przez miesiąc chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Prasowałam jego koszule, robiłam schabowe, mówiłam „dobranoc". A w środku coś pękało, powoli, jak lód na rzece w marcu. Kiedy wreszcie spakował tę torbę i wymamrotał coś o potrzebowaniu przestrzeni, poczułam - Boże, wstydzę się to pisać - ulgę.
Pierwszy miesiąc był najgorszy. Grudzień, Wigilia we dwie z pustym talerzem na stole - bo Patrycja przyjechała, ale Ryszard nie. Bartek dzwonił z Warszawy, milczał w słuchawkę, w końcu powiedział: „Mamo, jak mogłaś go nie zatrzymać?". Jakbym to ja odeszła.
Ale potem przyszedł styczeń. Koleżanka z pracy, Jolanta, od lat namawiała mnie na kurs tańca towarzyskiego w domu kultury na Krzykach. Zawsze odmawiałam - bo Ryszard, bo obiad, bo po co mi to. W styczniu poszłam. Nie umiałam walca. Deptałam po nogach instruktorowi, panu Andrzejowi - emerytowanemu kolejarzowi z wąsem i łagodnymi oczami. Śmiałam się wtedy pierwszy raz od tygodni. Naprawdę się śmiałam, nie grzecznościowo.
Zaczęłam chodzić dwa razy w tygodniu. Potem trzy. Kupiłam buty do tańca - czarne, z paskiem, z małym obcasem. Schowałam je w szafce w przedpokoju, tam gdzie kiedyś stały kalosze Ryszarda. W marcu przestawiłam meble w salonie. Wyniosłam jego fotel - ten obdarty, z którym nie chciał się rozstać od piętnastu lat - do piwnicy. Postawiłam kwiatki na parapecie. Zaczęłam pić kawę rano przy otwartym oknie, bez pośpiechu, bez niczyjego „Renata, zamknij, bo ciągnie".
Patrycja dzwoniła regularnie. Na początku z troską: „Mamo, jedziesz?", „Mamo, nie zamykaj się w domu". Potem z niepokojem innego rodzaju: „Mamo, tata dzwonił. Chce wrócić. Mamo, może porozmawiajcie." Nie odpowiadałam wprost. Zmieniałam temat na wnuczki, na pogodę, na to, że w szkole znowu zmienili program nauczania.
A Ryszard dzwonił. Od maja, regularnie - co tydzień, potem co kilka dni. Krótkie wiadomości: „Jak tam?", „Pogoda ładna, pewnie jesteś na działce", „Bartek mówi, że dobrze wyglądasz". Nie odpisywałam. Nie dlatego, że chciałam go karać. Po prostu nie miałam mu nic do powiedzenia.
We wrześniu zjawił się w progu.
- Ta Monika - zaczął, siadając w kuchni na krześle, które kiedyś było jego - to nie jest kobieta dla mnie. Nie gotuje, nie prasuje, nie słucha. Gadała tylko o sobie. Renata, ja dopiero teraz widzę, co miałem.
Patrzyłam na niego i szukałam w sobie tego bólu z grudnia. Tego pęknięcia, tej ulgi, tej wściekłości. Nic. Widziałam mężczyznę, który przez trzydzieści dwa lata jadł moje schabowe, a teraz tęsknił za prasowinymi koszulami. Nie za mną. Za obsługą.
- Ryszard - powiedziałam spokojnie - ja też przestałam prasować.
Popatrzył na mnie, jakbym mówiła w obcym języku.
- Chodzę na tańce. Przestawiłam meble. Wyrzuciłam twój fotel. Piję kawę przy otwartym oknie. I wiesz co? Nie chcę z tego powodu wracać.
Milczał. Otwierał usta i zamykał, jak ryba. Potem powiedział coś, co mnie zabolało bardziej niż wszystkie te miesiące razem wzięte:
- Ale jak to? Przecież ja wróciłem.
Jakby sam fakt, że przekroczył próg, wystarczył. Jakby dziewięć miesięcy z inną kobietą było przerwą na kawę, po której wraca się do biurka i kontynuuje pracę.
Poprosiłam go, żeby wyszedł. Spokojnie, bez krzyku. Powiedziałam, że porozmawiamy o formalach, że dam mu znać, że niech zadzwoni do Patrycji, bo martwi się. Wziął torbę - tę samą, z pękniętym zamkiem - i wyszedł.
Patrycja zadzwoniła tego samego wieczoru. „Mamo, tata płakał. Mamo, może daj mu jeszcze szansę. Ludzie się zmieniają." Bartek napisał SMS: „Szacunek, mamo". Dwa dzieci, dwie zupełnie różne reakcje. I ja pomiędzy nimi, z telefonem w jednej ręce i kubkiem herbaty w drugiej, w pustym mieszkaniu, które wreszcie pachniało tak, jak chciałam.
Krysia z trzeciego piętra powiedziała mi następnego dnia na klatce: „Renata, ludzie gadają, że wyrzuciłaś Ryśka. Ale ja ci powiem - kto raz odszedł, ten drugi raz też odejdzie." Może miała rację. A może nie. Może Ryszard naprawdę zrozumiał, czego szukał. Może naprawdę by się zmienił.
Ale ja stałam już w innym miejscu. Nie lepszym - innym. W miejscu, gdzie moje poranki są moje, a wieczory pachną kawą i lawendą z balkonu. Gdzie nikt nie komentuje mojej czerwonej sukienki. Gdzie walc nie jest fanaberią, tylko oddechem.
Czasem w nocy budzę się i myślę: a co jeśli żałuję? Ale rano wstaję, otwieram okno i wiem, że to nie żal. To przyzwyczajenie. Trzydzieści dwa lata przyzwyczajenia, które pomału odpada jak stara tapeta ze ściany.
Nie wiem, czy zrobię dobrze. Nikt nie wie. Ale wiem, że w czwartek mam tango, a pan Andrzej obiecał, że w końcu nauczy mnie ochos. I na razie to mi wystarcza.