
Odszedł w maju, wrócił w listopadzie. Stał na klatce z kwiatami i mówił, że popełnił błąd. Otworzyłam drzwi - ale nie jemu, tylko wnuczce, która akurat przybiegła na naleśniki. On patrzył z korytarza. Wnuczka nawet na niego nie spojrzała.
Chryzantemy. Ze wszystkich kwiatów na świecie przyniósł chryzantemy. Dzień po Wszystkich Świętych, z cmentarnym bukietem, w rozchełstanym płaszczu. Stał i się uśmiechał tym swoim uśmiechem, który przez trzydzieści osiem lat małżeństwa rozbrajał mnie za każdym razem. Ale tamtego wieczoru zobaczyłam tylko zmęczonego, sześćdziesięcioletniego mężczyznę, który pachniał obcymi papierosami i nie wiedział, co zrobić z rękami.
- Babciu, babciu, zrobiłaś już naleśniki? - Zuzia wpadła między nas jak mały huragan w różowej kurtce, z plecaczkiem w kształcie jednorożca, i natychmiast wszystko stało się prostsze. Bo przy dziecku nie trzeba podejmować decyzji. Przy dziecku wystarczy powiedzieć: wchodź, zdejmuj buty, umyj ręce.
Ryszard stał jeszcze chwilę. Słyszałam, jak przestępuje z nogi na nogę. Potem cicho zamknął drzwi klatki schodowej i zszedł na dół. Dopiero wtedy wzięłam głęboki oddech.
Poznaliśmy się na zabawie w remizie strażackiej pod Poznaniem, w osiemdziesiątym piątym roku. Miałam dwadzieścia trzy lata, pracowałam jako księgowa w spółdzielni mleczarskiej, a on był kierowcą ciężarówki i miał takie szerokie barki, że koleżanki szeptały mi do ucha: „Grażyna, ten to cię na rękach przeniesie przez życie". Przeniosła nas raczej pożyczka na kawalerkę w bloku na Ratajach. Potem M-3, potem córka Kasia, potem syn Darek. Zwykłe życie, takie jak u wszystkich na osiedlu. Ryszard jeździł w trasy, ja liczyła faktury, dzieci rosły.
Przez trzydzieści osiem lat nie było źle. Znaczy - nie było tak źle, żeby odejść. Były kryzysy, jasne. Był okres, kiedy Ryszard pił za dużo i wracał z tras coraz bardziej milczący. Był moment, kiedy ja zamknęłam się w sobie po śmierci mamy i przez pół roku nie potrafiłam go dotknąć. Ale jakoś to sklejaliśmy. Sąsiadki mówiły: „Grażyna i Ryszard, to jest dopiero para". I chyba obie strony w to wierzyły - aż do maja.
Pamiętam ten dzień do ostatniego szczegółu. Sobota, siedemnasty maja. Robiłam sernik na Dzień Matki - Kasia obiecała wpaść z Zuzią. Ryszard siedział w kuchni i pił kawę. Patrzył na mnie w taki dziwny sposób, jakby chciał coś powiedzieć i jednocześnie modlił się, żebym nie pytała.
- Grażyna, ja muszę ci coś powiedzieć.
Postawiłam miskę z masą serową na blacie. Ręce miałam w mące. Patrzyłam na niego i wiedziałam. Po prostu wiedziałam.
- Mów - powiedziałam.
- Ja się wyprowadzam.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Wytarłam ręce w ścierkę, tę w niebieskie paski, którą kupiliśmy razem w Ikei, i zapytałam tylko: „Do kogo?".
Nie chciał powiedzieć. Powiedział, że to nie tak, że to nie o kobietę, że on po prostu musi coś zmienić w życiu, bo czuje, że się dusi. Sześćdziesiąt lat, emerytura za rogiem, i nagle się dusi. Spakowałam mu torbę, bo sam nie umiałby znaleźć swoich skarpet w szafie, w której leżały od trzydziestu ośmiu lat. To chyba mówi wszystko o naszym małżeństwie.
Kasia dowiedziała się tego samego dnia. Zadzwoniła do ojca i powiedziała mu rzeczy, których wolałabym nie słyszeć. Darek, nasz syn w Gdańsku, odebrał telefon dopiero po trzech dniach i stwierdził krótko: „To wasza sprawa". Ale potem przestał odbierać telefony od Ryszarda. Od maja do listopada - ani jeden odebrany telefon.
W czerwcu dowiedziałam się od sąsiadki Teresy z czwartego piętra, że Ryszard mieszka u jakiejś Marty z Jeżyc. Teresa pracowała w aptece na Jeżycach i widziała ich razem w kolejce po leki. Marta. Pięćdziesiąt parę lat, fryzjerka, rozwiedziona. Nie była ani ładniejsza, ani młodsza. Po prostu była kimś innym niż ja.
Lato przeżyłam na autopilocie. Rano wstawałam, robiłam kawę, szłam na działkę podlewać pomidory. Zuzia przychodziła we wtorki i czwartki, bo Kasia pracowała na zmiany w szpitalu jako położna. Naleśniki, bajki, spacer na plac zabaw. Zuzia raz zapytała: „Babciu, a dlaczego dziadek nie przychodzi?". Powiedziałam: „Bo jest na delegacji". Sześciolatka przyjęła to bez mrugnięcia okiem. Dzieci są mądrzejsze niż myślimy - i miłosierniejsze.
We wrześniu zadzwonił Ryszard. Pierwszy raz od trzech miesięcy. Głos miał taki, jakby go ktoś powoli wypuszczał z balonu.
- Grażyna, jak się czujesz?
- Dobrze - powiedziałam, chociaż tego dnia płakałam nad jego starą kurtką, którą znalazłam w szafie w przedpokoju.
- Moglibyśmy porozmawiać?
- Rozmawiamy.
Cisza. Oddech w słuchawce. Potem: „Przepraszam, Grażyna". I się rozłączył.
W październiku Teresa powiedziała mi, że Marta wyrzuciła Ryszarda z mieszkania. Że się kłócili, że on nie umiał się odnaleźć, że wracał późno i siedział w milczeniu przed telewizorem - dokładnie tak jak u mnie. Można było uciec z jednego domu, ale nie można uciec od siebie. To ja wymyśliłam takie mądre zdanie. Nad kieliszkiem wina u Teresy, z nogami na pufie i z uczuciem, że jestem jednocześnie triumfatorką i przegraną.
I przyszedł listopad. Drugi dzień po Wszystkich Świętych. Zuzia miała przyjść na naleśniki, bo Kasia miała nocną zmianę. Usłyszałam dzwonek, otworzyłam - a tam on. Z tymi chryzantemami. Z tymi oczami, które znałam lepiej niż własne odbicie w lustrze.
- Grażyna, ja popełniłem błąd.
I wtedy, za jego plecami, na schodach - tupot małych nóg. „Babciu!". Zuzia przeskoczyła dwa stopnie naraz, wcisnęła się pod moją rękę i wpadła do mieszkania. Ryszard stał z kwiatami i patrzył, jak wnuczka go mija, jakby był słupkiem na klatce schodowej. Ona nawet nie zwolniła.
- Babciu, dzisiaj z dżemem truskawkowym!
Zamknęłam drzwi. Nie przed nim - nie tak dosłownie. Po prostu zamknęłam drzwi, bo w mieszkaniu było dziecko, które czekało na naleśniki, a na korytarzu stał mężczyzna, który chciał wrócić do życia, z którego sam wyszedł.
Robiłam naleśniki. Zuzia siedziała na swoim krześle, tym z podkładką, i opowiadała o dinozaurach. Ręce mi się trzęsły, ale Zuzia tego nie zauważyła. Dzieci nigdy nie zauważają trzęsących się rąk babć - mają za dużo dinozaurów w głowie.
Wieczorem, kiedy Kasia zabrała Zuzię, usiadłam w kuchni. Herbata stygła. Chryzantemy leżały pod drzwiami na wycieraczce - zostawił je, zanim odszedł. Podniosłam je, włożyłam do wazonu. Tego kryształowego, co dostaliśmy na ślub od jego matki. Potem siedziałam i patrzyłam na nie długo.
Ryszard napisał SMS-a o jedenastej w nocy: „Rozumiem. Ale ja poczekam".
Nie odpisałam. Leżałam w ciemności, w naszym łóżku, które od maja było tylko moje, i myślałam o jednej rzeczy. Nie o tym, czy go kocham - bo go kochałam, to akurat wiedziałam z bolesną pewnością. Myślałam o tym, że Zuzia przeszła obok niego jak obok mebla. Że sześcioletnie dziecko potrafi zrobić coś, czego ja nie umiałam przez trzydzieści osiem lat - po prostu przejść obok i nie zatrzymać się.
Może to był znak. A może to były tylko naleśniki z dżemem truskawkowym.
Jest grudzień. Za dwa tygodnie Wigilia. Ryszard dzwoni co trzy dni. Nie odbieram, ale widzę te nieodebrane połączenia - ustawiają się jedno pod drugim jak paciorki różańca. Kasia mówi: „Mamo, nie waż się go wpuścić". Darek mówi: „To wasza sprawa". Teresa mówi: „A ja bym dała mu szansę, bo emerytura samej to nie życie".
Wszyscy wiedzą, co powinnam zrobić. Wszyscy oprócz mnie.
Wczoraj znalazłam w szufladzie jego okulary do czytania. Te stare, z naprawianą taśmą zausznicą. Mogłam je wyrzucić. Zamiast tego odłożyłam na miejsce i zamknęłam szufladę.