
Córka powiedziała, że bierze mnie do siebie, „bo szkoda płacić za opiekunkę". Dopiero u notariusza zrozumiałam, że podpisuję nie umowę dożywocia, tylko darowiznę mieszkania.
Notariusz odchrząknął, poprawił okulary i przeczytał na głos: „Darczyńca przenosi na rzecz obdarowanej prawo własności do lokalu mieszkalnego…". Poczułam, jak robi mi się zimno w ręce. Spojrzałam na Renatę. Siedziała obok, prosta jak struna, z torebką na kolanach, i nie patrzyła na mnie. Patrzyła na notariusza z takim spokojem, jakby kupowała ziemniaki na targu.
- Przepraszam - powiedziałam. - Miała być umowa dożywocia. Tak się umawiałyśmy.
Renata odwróciła się do mnie i uśmiechnęła. Tym swoim uśmiechem, który znałam od trzydziestu lat - cierpliwym, trochę protekcjonalnym, jakby tłumaczyła dziecku, że deszcz pada z chmur.
- Mamo, to jest to samo, tylko prościej. Po co komplikować? Darowizna jest szybsza, tańsza, bez zbędnych formalności. A ja i tak się tobą zajmuję, więc jaka różnica?
Różnica. Jaka różnica. Siedemdziesiąt dwa lata życia, trzydzieści osiem lat w tym mieszkaniu na Grochowie, dwa pokoje z kuchnią na trzecim piętrze, widok na kasztanowce i przystanek autobusu 125. To była różnica. To był cały mój świat.
Nazywam się Halina. Mąż Tadeusz umarł sześć lat temu na raka trzustki - szybko, w trzy miesiące. Zostałam sama z emeryturą tysiąc osiemset złotych i mieszkaniem, które dostaliśmy jako przydział zakładowy w osiemdziesiątym czwartym roku. Wykupiłam je za grosze w dziewięćdziesiątym drugim. Tadeusz mówił wtedy: „Halinka, to nasza polisa na starość". Miał rację. Tylko że polisa zaczęła interesować nie tylko mnie.
Mam dwie córki. Renata, starsza, czterdzieści osiem lat, księgowa w firmie budowlanej w Warszawie, mieszka z mężem Dariuszem i synem Kubą na Białołęce. Młodsza, Ewa, czterdzieści dwa lata, wyjechała do Wrocławia piętnaście lat temu za mężem Grzegorzem, który dostał pracę w zajezdni tramwajowej. Ewa dzwoni co niedzielę. Renata przyjeżdża co drugi tydzień, przywozi sernik albo jabłka z Biedronki, robi herbatę, siada na kanapie i mówi, że martwi się o mnie.
I to właśnie Renata zaczęła rok temu mówić o „planie na przyszłość".
- Mamo, ty już nie dasz rady sama. Schody na trzecie piętro, zakupy, leki, rachunki. A gdyby ci się coś stało w nocy? Kto przyjdzie?
Nie kłamała. Kolana bolały mnie coraz bardziej, szczególnie lewe. Po upadku na lodzie dwa lata temu bałam się wychodzić zimą. Raz zapomniałam wyłączyć gaz. Sąsiadka z dołu, pani Krystyna, zapukała, bo czuła. Nic się nie stało, ale Renata się o tym dowiedziała i powtarzała to przy każdej rozmowie jak litanię.
W marcu powiedziała wprost: „Biorę cię do siebie, mamo. U nas jest miejsce, Kuba i tak idzie na studia do Krakowa, jego pokój będzie twój. Bo szkoda płacić za opiekunkę - widziałaś, ile to kosztuje? Dwa tysiące miesięcznie minimum. A tak będziemy razem i ja cię dopilnuję".
Brzmiało rozsądnie. Brzmiało nawet ciepło. Pomyślałam: córka mnie chce. Nie oddaje do DPS-u, nie szuka obcej kobiety, tylko bierze do siebie. Wzruszyłam się. Ewa z Wrocławia powiedziała przez telefon: „Dobrze, że Renata się tobą zajmie, ja bym chciała, ale wiesz, jak to jest z odległością".
A potem Renata powiedziała o notariuszu.
- Trzeba załatwić papiery, mamo. Żebyś miała spokój, żebym ja miała spokój, żeby nie było potem problemów. Zapiszesz mi mieszkanie w zamian za opiekę. To się nazywa umowa dożywocia. Ja się zobowiązuję cię utrzymywać i opiekować się tobą do końca życia, a ty mi dajesz mieszkanie. Proste.
Proste. Poszłam do pani Krystyny z dołu, która kiedyś pracowała w sądzie jako sekretarka, i zapytałam, co o tym myśli. Pani Krystyna pokiwała głową. „Dożywocie to dobre rozwiązanie, Halina. Masz gwarancję opieki, a jakby córka nie wywiązała się z obowiązków, to możesz żądać rozwiązania umowy. Jesteś chroniona". Kupiłam nawet „Gazetę Prawną" w kiosku i przeczytałam artykuł o dożywociu. Wszystko się zgadzało. Poczułam ulgę.
Termin u notariusza Renata umówiła na wtorek, dwunastego maja. Przyjechała po mnie samochodem, kupiła mi po drodze pączka z lukrem. W kancelarii było chłodno, pachniało kawą i papierem. Notariusz był młody, trzydzieści parę lat, uprzejmy. Wyłożył dokumenty na biurku.
I zaczął czytać.
„Darczyńca przenosi na rzecz obdarowanej…"
Nie „dożywocie". Nie „w zamian za opiekę". Darowizna. Czysta, bezwarunkowa darowizna. Renata daje mi pokój u siebie, bo chce, nie dlatego, że musi. Żadnego zobowiązania prawnego. Żadnej gwarancji. Jeśli jutro się rozmyśli, wyrzuci mnie, pokłóci się ze mną o byle co - nie mam nic. Ani mieszkania, ani umowy, ani prawa do opieki.
- Renata - powiedziałam. Głos mi się trząsł. - To nie jest to, o czym rozmawiałyśmy.
Zobaczyłam, jak jej twarz twardnieje. Tylko na sekundę, potem znowu uśmiech.
- Mamo, nie rób sceny u notariusza. Tłumaczyłam ci. Darowizna jest prostsza. Dożywocie to mnóstwo komplikacji podatkowych, Dariusz sprawdzał. Przecież ja jestem twoją córką, nie obcą osobą. Naprawdę potrzebujesz ode mnie umowy na papierze, że się tobą zaopiekuję?
Notariusz milczał. Patrzył w dokumenty. Myślę, że widział takie sceny nie raz.
- Tak - powiedziałam. - Potrzebuję.
Renata wstała. Nie gwałtownie, nie teatralnie. Wstała spokojnie, wzięła torebkę, wygładziła spódnicę i powiedziała:
- To może Ewa się tobą zajmie. Z Wrocławia.
Wyszła z kancelarii. Notariusz zaproponował mi szklankę wody. Wypiłam. Ręce mi drżały tak, że musiałam trzymać szklankę obiema dłońmi.
Wróciłam do domu autobusem. Trzy przesiadki. Na klatce schodowej musiałam usiąść na stopniu między drugim a trzecim piętrem, bo kolano odmówiło posłuszeństwa. Siedziałam tam może dziesięć minut. Z mieszkania obok wyszedł pan Bogdan, emerytowany kolejarz, zapytał, czy pomóc. Pomógł mi wstać.
Wieczorem zadzwoniła Ewa.
- Mamo, Renata dzwoniła. Mówi, że ją upokorzyłaś u notariusza. Że nie ufasz własnej córce. Że zrobiłaś awanturę.
- Ewa, ona chciała darowiznę. Nie dożywocie. Rozumiesz różnicę?
Długa cisza. Potem Ewa powiedziała cicho:
- Może… może ona naprawdę chciała tylko uprościć formalności?
Może. A może nie. Leżałam potem w ciemności na tej samej kanapie, na której Tadeusz oglądał mecze i na której umarł, i myślałam o tym, jak Renata w dzieciństwie przynosiła mi laurki na Dzień Matki. Rysowała dom z czerwonym dachem i pisała: „Kocham Cię Mamusiu". Czy ta Renata i ta Renata z kancelarii notarialnej to ta sama osoba? Czy gdzieś po drodze coś się zepsuło, a ja nie zauważyłam kiedy?
Minął miesiąc. Renata nie dzwoni. Ewa dzwoni co niedzielę, jak zawsze, ale w głosie ma coś nowego - ostrożność, jakby ważyła każde słowo. Pani Krystyna z dołu przynosi mi czasem zakupy. Kolano boli. Rachunki przychodzą.
Mieszkanie jest moje. Na razie.
Wczoraj znalazłam w skrzynce list od Renaty. Nie dzwoniła, nie pisała SMS-ów - napisała list, odręcznie, na papierze w kratkę wyrwanym z zeszytu. „Mamo, przepraszam, że wyszłam. Nie przepraszam za resztę. Zadzwoń, jeśli chcesz porozmawiać. Jeśli nie zadzwonisz, zrozumiem. R."
Leży na kuchennym stole od wczoraj, obok kubka z niedopitą herbatą. Patrzę na niego za każdym razem, gdy wchodzę do kuchni. Podnoszę, odkładam. Podnoszę, odkładam.
Nie wiem, czy zadzwonię. Nie wiem, czy to, co zrobiła, było próbą oszustwa, czy po prostu głupotą. Nie wiem, czy moja córka mnie kocha, czy kocha moje czterdzieści metrów kwadratowych na Grochowie. A może jedno i drugie - i to jest najgorsze, bo z takim nie wiadomo, co zrobić.
Tadeusz by powiedział: „Halinka, nie bądź taka twarda". Ale Tadeusz nie żyje, a ja muszę być twarda za nas oboje.