
Córka wyjechała do Niemiec sześć lat temu. Ostatni raz zadzwoniła w marcu. Wczoraj znalazłam na Facebooku jej profil - nowe mieszkanie, nowa rodzina, trzysta zdjęć. Na żadnym nie ma mnie.
Trzysta czternaście, jeśli być dokładną. Liczyłam. Siedziałam w kuchni do drugiej w nocy i przewijałam te zdjęcia jedno po drugim, jakbym szukała siebie na jakiejś klasowej fotografii sprzed lat. Jasna kuchnia z wyspą. Ogródek z trampoliną. Mała dziewczynka w różowych kaloszach - moja wnuczka, której nie znam. I mężczyzna, który obejmuje moją córkę na każdym trzecim zdjęciu. Uśmiechnięty, brodaty, w flanelowej koszuli. Patrycja też się uśmiecha. Tak szeroko, jak nie uśmiechała się nigdy przy mnie.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Mieszkam w tym samym bloku na poznańskim Ratajach, w którym Patrycja stawiała pierwsze kroki. Dwa pokoje z kuchnią na czwartym piętrze, winda, która działa co drugi tydzień. Na lodówce wiszą dwa magnesy z Kołobrzegu i zdjęcie Patrycji z matury. Ma na nim osiemnaście lat i ściągnięte brwi, bo słońce jej świeciło w oczy. To jedyne jej zdjęcie, które mam w domu. Reszta jest w albumie, który zabrała, wyjeżdżając.
Herbata mi wystygła trzy razy, zanim zamknęłam laptopa. Ręce mi się trzęsły - nie z zimna, nie ze starości. Z czegoś, na co nie mam dobrego słowa. Bo to nie był zwykły gniew ani zwykły żal. To było takie uczucie, jakby ktoś włamał się do twojego domu, a ty stoisz i patrzysz, i widzisz, że ten ktoś żyje tam lepiej, niż ty kiedykolwiek żyłaś.
Patrycja wyjechała w dwa tygodnie po naszej ostatniej kłótni. Miała wtedy dwadzieścia osiem lat, pracowała w biurze podróży na Jeżycach i mieszkała z chłopakiem w kawalerce na Wildzie. Kłóciliśmy się o pieniądze - a raczej o to, że pożyczyłam jej siedem tysięcy na remont łazienki, a ona kupiła za to bilety do Barcelony.
- Mamo, to było pół roku temu - powiedziała wtedy, stojąc w moim przedpokoju z torebką na ramieniu. - Pół roku. A ty dalej o tym mówisz.
- Bo dalej nie oddałaś.
- Bo dalej nie mam. Ale oddłużę się, jak wrócę na nogi.
- Ty nigdy nie wrócisz na nogi, Patrycja. Ty zawsze będziesz uciekać.
To było ostatnie zdanie, które do niej powiedziałam twarzą w twarz. Dwa tygodnie później dostałam SMS-a: „Jadę do Monachium. Dagmar załatwił mi pracę. Odezwę się". Odezwała się po trzech miesiącach. Potem po pięciu. Potem rozmowy zrobiły się krótsze, rzadsze, chłodniejsze, aż w końcu zostały tylko życzenia na Boże Narodzenie i moje urodziny. W marcu zadzwoniła, bo umarła ciotka Irena i chciała wiedzieć, czy coś jej zapisano w testamencie. Nic jej nie zapisano. Od tamtej rozmowy - cisza.
Przez te sześć lat robiłam różne rzeczy. Pisałam długie wiadomości na Messengerze - wiem, że je czytała, bo widziałam niebieskie ptaszki. Nigdy nie odpisywała. Wysłałam kartkę na adres, który podała mi na początku. Wróciła z adnotacją „adresat nieznany". Próbowałam dzwonić w Wigilię - raz odebrała, powiedziała „mamo, nie mogę teraz, goście" i się rozłączyła. Było to trzy lata temu.
Koleżanka z pracy, Lucyna, mówi, że powinnam jechać do Monachium, stanąć pod drzwiami i powiedzieć: „Jestem twoją matką i nie pozwolę, żebyś mnie wymazała z życia". Lucyna ogląda dużo seriali na Netflixie i wszystko wydaje jej się proste.
Ale ja wiem, że to nie jest proste. Bo kiedy przewijałam te zdjęcia, to nie myślałam tylko o tym, że mnie na nich nie ma. Myślałam też o tym, dlaczego mnie na nich nie ma. I gdzieś tam, w środku, pod tym całym gniewem i żalem, jest odpowiedź, której nie chcę usłyszeć.
Patrycja nie wyjechała przez siedem tysięcy złotych. Wyjechała, bo całe życie słyszała ode mnie, czego nie potrafi. Że źle gotuje. Że źle wybiera facetów. Że za dużo wydaje, za mało oszczędza, za głośno się śmieje, za szybko podejmuje decyzje. Wyjechała, bo kiedy miała szesnaście lat i przyszła do mnie z płaczem, że chłopak ją zostawił, powiedziałam: „Mówiłam ci, że z tym Darkiem to nic dobrego nie będzie". Zamiast ją przytulić - powiedziałam „mówiłam".
Moja matka była taka sama. Twarda, konkretna, zawsze z radą, nigdy z przytuleniem. Tłumaczyłam sobie, że tak wygląda miłość w naszej rodzinie - bez ceregieli, bez mazania się, za to z obiadem na stole o czternastej i wyprasowaną koszulą w szafie. Że to wystarczy. Że dzieci kiedyś zrozumieją.
Patrycja zrozumiała. Tylko na odwrót, niż myślałam.
Na jednym ze zdjęć jest tort urodzinowy z napisem „Alles Gute, Hanna!". Hanna - moja wnuczka musi mieć ze trzy lata, może cztery. Nie wiem, kiedy się urodziła. Nie wiem, jak ma na drugie imię. Nie wiem, czy mówi po polsku. Na zdjęciu dmucha świeczki, a Patrycja stoi za nią i trzyma jej włosy, żeby nie wpadły w ogień. Ten gest - takie delikatne odsunięcie kosmyka za ucho - rozpoznałam od razu. Ja tak robiłam Patrycji, kiedy była mała i jadła zupę.
Więc coś jednak ze mnie w niej zostało. Nie tylko złe rzeczy.
Dziś rano wstałam o szóstej, jak zawsze. Zaparz yłam herbatę, pokroiłam chleb, posmarowałam masłem i dżemem. Usiadłam przy stole naprzeciwko pustego krzesła. Otworzyłam laptopa i znowu weszłam na jej profil. Tym razem nie przeglądałam zdjęć. Kliknęłam „Wyślij wiadomość".
Napisałam: „Patrycja, widziałam zdjęcia. Hanna jest piękna. Przepraszam, że dowiaduję się o niej w ten sposób. Przepraszam też za inne rzeczy, ale nie wiem, czy potrafię je wszystkie wymienić. Chciałabym spróbować. Jeśli chcesz".
Palec mi zawisł nad przyciskiem „Wyślij". Siedziałam tak pięć minut, może dziesięć. Za oknem ktoś na parkingu trzasnął drzwiami samochodu. Z góry dochodziło miarowe stukanie - sąsiad znowu wiercił. Normalny czwartkowy poranek na Ratajach.
Nie wiem, czy kliknęłam. To znaczy - wiem. Ale nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Bo Lucyna mówi, że matka nie powinna przepraszać dziecka, że to dziecko powinno szanować, niezależnie od wszystkiego. A ja patrzę na te trzysta czternaście zdjęć, na których mnie nie ma, i myślę: szacunek to nie jest coś, co ci się należy tylko dlatego, że urodziłaś. Szacunek trzeba jakoś zarobić. Nawet od własnej córki.
Może się odezwie. Może nie. Może zobaczy wiadomość i znowu będą tylko niebieskie ptaszki. Ale przynajmniej nie napisałam „mówiłam".
Tym razem nie napisałam „mówiłam".