
Po śmierci mamy porządkowałam jej szafę i w pudełku po butach znalazłam plik listów przewiązanych wstążką. Wszystkie zaadresowane do niej, wszystkie podpisane tym samym nazwiskiem - nie nazwiskiem mojego ojca. Najstarszy był z roku, w którym się urodziłam.
Ręce mi się trzęsły tak, że pierwszą kopertę rozdarłam nierówno, prawie na pół. Pismo było drobne, pochyłe, z tymi starymi ozdobnymi ogonkami przy literach, których dziś nikt już nie robi. „Kochana Bożenko" - zaczynał się każdy list. I każdy kończył się tak samo: „Twój na zawsze, Tadeusz Walczak".
Mój ojciec miał na imię Andrzej. Andrzej Kosiński. Umarł siedem lat przed mamą, na raka płuc, po czterdziestu dwóch latach małżeństwa. Na pogrzebie mama płakała cicho, z godnością, jak to ona. Trzymała mnie za rękę i szeptała: „Dobry człowiek odszedł". Nie powiedziała „kochany". Nie powiedziała „mój jedyny". Wtedy nie zwróciłam na to uwagi.
Teraz siedziałam na podłodze jej sypialni w bloku na Ochocie, otoczona stertami swetrów pachnących lawendą i kurzem, i czytałam list za listem. Było ich dwadzieścia trzy. Dwadzieścia trzy lata korespondencji - od 1979 do 2002 roku. Potem cisza. Jakby ktoś zakręcił kran.
Mama umarła w styczniu, po krótkiej, gwałtownej chorobie. Trzustka. Dwa miesiące od diagnozy do końca. Nie zdążyłam jej o nic zapytać - a właściwie nie wiedziałam jeszcze, o co pytać. Miałam pięćdziesiąt cztery lata, pracowałam jako księgowa w firmie budowlanej w Warszawie, a moje życie właśnie przewróciło się do góry nogami na podłodze między butami zimowymi a pudełkiem z rajstopami.
Czytałam te listy do trzeciej w nocy. Herbata stygła, potem robiłam nową i znów zapominałam o niej. Tadeusz Walczak pisał o sprawach codziennych - o pogodzie w Kielcach, o psie sąsiada, który szczekał po nocach, o awarii samochodu. Ale między tymi codziennościami były zdania, które bolały jak oparzenie. „Myślę o Tobie każdego ranka, kiedy otwieram oczy". „Czy mała jest podobna do mnie, czy raczej do Ciebie?". „Wiem, że nie mogę prosić o więcej niż te listy, ale proszę".
Mała. Pisał o mnie. Musiał pisać o mnie, bo mama nie miała innych dzieci.
W liście z maja 1983 było zdanie, które przeczytałam chyba dwadzieścia razy: „Widziałem ją na zdjęciu, które mi przysłałaś. Ma moje oczy i Twój uśmiech. Nie wiesz, co to dla mnie znaczy". Odruchowo podniosłam głowę i spojrzałam w lustro mamy, stare, w drewnianej ramie, wiszące nad komodą. Ciemne oczy. Ojciec - Andrzej - miał jasne, niebieskie. Ja mam brązowe, prawie czarne. Mama powtarzała: „Po babci Helenie". Babcia Helena umarła, zanim się urodziłam. Nigdy nie widziałam jej zdjęcia.
Następnego dnia zadzwoniłam do brata. Marek jest ode mnie młodszy o sześć lat, mieszka pod Poznaniem, prowadzi warsztat samochodowy. Odebrał po piątym sygnale, jak zwykle zabiegany.
- Marek, muszę ci coś powiedzieć.
- Jeśli chodzi o mieszkanie mamy, to pogadamy w weekend, teraz mam klienta na podnośniku.
- Nie chodzi o mieszkanie. Znalazłam listy.
Cisza. Słyszałam w tle radio i brzęczenie jakiegoś narzędzia.
- Jakie listy?
Powiedziałam mu wszystko. Każde słowo spadało jak kamień w studnię. Na końcu Marek milczał tak długo, że myślałam, że się rozłączył.
- To bzdury, Renata - powiedział wreszcie. - Mama nie była taka.
- Mam dwadzieścia trzy listy, Marek. Dwadzieścia trzy.
- To nie znaczy, że... Słuchaj, mama kochała tatę. Byliśmy normalną rodziną.
- A moje oczy? - zapytałam cicho.
- Jakie znowu oczy? Renata, błagam, nie rób z siebie bohaterki serialu.
Rozłączyłam się. Marek nie chciał wiedzieć. Może miał rację - może lepiej nie wiedzieć. Ale ja już wiedziałam za dużo i za mało jednocześnie.
Przez tydzień szukałam Tadeusza Walczaka. To nie jest rzadkie nazwisko, ale Kielce to nie Warszawa. Trzecia próba w internetowej książce telefonicznej dała mi numer stacjonarny. Odebrała kobieta, głos starszy, zmęczony.
- Dzień dobry, szukam pana Tadeusza Walczaka - powiedziałam, a serce waliło mi jak przy pierwszej randce, choć randek nie miałam od piętnastu lat, od rozwodu z Leszkiem.
- Tadeusz nie żyje. Umarł w dwa tysiące trzecim. A kto mówi?
Dwa tysiące trzeci. Rok po ostatnim liście.
- Przepraszam, ja... Dzwonię w sprawie starej korespondencji. Znalazłam listy podpisane jego nazwiskiem.
- Listy do kogo?
- Do Bożeny Kosińskiej.
Cisza trwała tak długo, że słyszałam zegar na ścianie po tamtej stronie.
- Niech pani tu nie dzwoni - powiedziała kobieta. I odłożyła słuchawkę.
Więc ona wiedziała. Żona Tadeusza wiedziała o mamie. A może wiedziała więcej - może wiedziała o mnie.
Przez następne tygodnie chodziłam do pracy, robiłam bilanse, piłam kawę z koleżankami, śmiałam się nawet z żartów Halinki z kadr. Ale w środku coś się przesunęło. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze łazienki i nie wiedziałam, czyją twarz widzę. Andrzej Kosiński uczył mnie jeździć na rowerze, zabierał na lody na Marszałkowską, trzymał za rękę, kiedy bałam się burzy. Czy wiedział? Czy żył ze świadomością, że wychowuje cudze dziecko - i nigdy nie dał mi tego odczuć?
A może nie wiedział. Może mama zabrała tę tajemnicę do grobu - a raczej próbowała zabrać, gdyby nie pudełko po butach, rozmiar trzydzieści osiem, czarne kozaki.
W maju pojechałam do Kielc. Nie wiem, po co. Może chciałam zobaczyć ulicę, na której mieszkał. Może chciałam stanąć przed jego domem i poczuć coś - rozpoznanie, bliskość, cokolwiek. Znalazłam adres z kopert: ulica Jagodowa 14. Mały dom z ogródkiem, forsycja pod płotem, już przekwitnięta. Na ganku stała doniczka z pelargonią i leżała gazeta.
Nie zapukałam. Stałam na chodniku może pięć minut, może dziesięć. Sąsiadka z naprzeciwka podlewała bratki i patrzyła na mnie podejrzliwie.
Wróciłam do samochodu. Na fotelu pasażera leżał ostatni list Tadeusza, ten z 2002 roku. Znałam go na pamięć: „Bożenko, lekarz mówi, że to poważne. Nie chcę Cię straszyć, ale gdyby coś się stało - powiedz jej. Zasługuje na prawdę. Ja nie miałem odwagi, Ty jesteś odważniejsza ode mnie. Twój na zawsze, Tadeusz".
Mama nie powiedziała. Nie była odważniejsza. A może uznała, że odwagą jest właśnie milczenie - że chroni mnie przed czymś, czego nie potrafiłabym unieść. Może miała rację. Bo teraz, siedząc w samochodzie na cichej kieleckiej ulicy, nie umiałam płakać i nie umiałam ruszyć do przodu.
Marek dalej nie chce o tym rozmawiać. „Tata był naszym tatą i koniec" - powiedział ostatnim razem. Zauważyłam, że powiedział „naszym", choć to dotyczy tylko mnie. Jakby bał się, że ta historia rozdziela nas - że jeśli Andrzej nie był moim ojcem, to Marek nie jest do końca moim bratem. Powiedziałam mu, że to nieprawda. Ale widziałam, jak odwraca wzrok.
Mogłabym zrobić test DNA. Wystarczy próbka z rzeczy ojca - Andrzeja - których kilka jeszcze zostało. Stara szczotka do włosów, golarka w etui. Mogłabym wiedzieć na pewno.
Pudełko po butach stoi teraz na mojej szafie. Czasem je otwieram. Czasem nie. Formularz z laboratorium genetycznego leży w szufladzie biurka, wypełniony do połowy, od trzech miesięcy.
Nie wiem, czy chcę znać odpowiedź. Nie wiem, czy odpowiedź zmieni cokolwiek, czy zmieni wszystko.