
Porządkując biurko po mężu, znalazłam nieoddaną kliszę. Wywołałam ją w zakładzie przy rynku. Na zdjęciach jezioro, drewniany domek i roześmiana kobieta przy ognisku. Na ostatniej klatce on - młody, z wąsami, obejmuje ją ramieniem.
Tadeusz odszedł w marcu. Cicho, we śnie, jak zawsze obiecywał - „Ja ci kłopotu nie narobię, Bożena". Pięćdziesiąt osiem lat. Wylew. Lekarz powiedział, że nie cierpiał. Ja cierpiałam za nas oboje.
Przez pierwszy miesiąc nie wchodziłam do jego pokoju. Nazywałam to „gabinetem", chociaż to była ta mniejsza sypialnia w naszym mieszkaniu na Jeżycach w Poznaniu, którą Tadeusz zaanektował pod swoje mapy, książki i sterty papierów, kiedy przeszedł na wcześniejszą emeryturę z poczty. Trzydzieści lat listonosza - potem nagle człowiek w domu cały czas, potrzebuje swojego kąta.
Córka Ania przyjechała z Wrocławia na weekend i powiedziała, że muszę to posprzątać. Że tak będzie zdrowiej. Że tata by nie chciał, żebym zamykała te drzwi na klucz i robiła z pokoju muzeum.
- Mamo, weź pudła z piwnicy. Ja ci pomogę, posortujemy, co do wyrzucenia, co zostawić.
Ania miała rację. Zawsze miała rację, zupełnie jak Tadeusz. Więc w sobotę rano zabrałyśmy się do roboty. Książki, zeszyty, rachunki za telefon sprzed dziesięciu lat, atlas samochodowy z osiemdziesiątego dziewiątego roku, stary zegarek Casio bez bransolety. Życie człowieka zmieściło się w czterech kartonach. A potem, z tylnej przegródki biurka, wypadła plastikowa fioletowa puszka.
Klisza. Fuji, dwadzieścia cztery klatki, nienaświetlona - to znaczy naświetlona, ale nigdy niewywołana. Spojrzałam na Anię. Wzruszyła ramionami.
- Pewnie z wakacji - powiedziała. - Tata ciągle zapominał oddawać filmy. Pamiętasz te z komunii Bartka? Pół roku leżały w szufladzie.
W poniedziałek zaniosłam kliszę do tego małego zakładu fotograficznego przy rynku, tego z napisem „Foto-Art" na szybie. Pan Mirosław, który prowadzi go chyba od czasów Jaruzelskiego, powiedział, że da radę, ale żebym się nie spodziewała cudów - klisza mogła przeleżeć lata. Będzie gotowe za tydzień.
Tydzień. Siedem dni, podczas których nie myślałam o niczym innym.
Kiedy odebrałam kopertę, otworzyłam ją dopiero w domu. Usiadłam przy kuchennym stole, nalałam sobie herbaty z cytryną i rozłożyłam zdjęcia jak karty do pasjansa.
Dwadzieścia klatek, z czego pięć nieczytelnych, zamazanych. Ale reszta - wyraźna. Jezioro, duże, otoczone lasem. Drewniany domek z werandą, na której suszą się ręczniki. Ognisko wieczorem, iskry lecące w górę. I kobieta.
Nie znałam jej. Ciemne włosy do ramion, opalona, w kwiecistej sukience. Śmiała się na większości zdjęć - przy ognisku, na pomoście, z kubkiem w ręce. Wyglądała na trzydzieści kilka lat. Była ładna. Bardzo ładna.
Na ostatniej klatce stali razem. Tadeusz - młodszy niż go pamiętam z tamtego okresu, z tymi swoimi wąsami, których pozbył się gdzieś w dziewięćdziesiątym piątym - obejmował ją ramieniem. Oboje patrzyli w obiektyw. Ktoś trzeci musiał robić to zdjęcie. Uśmiechali się tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy dobrze się ze sobą czują. Blisko. Naturalnie.
Obróciłam zdjęcie. Nic. Żadnej daty, żadnego podpisu. Ale po wąsach Tadeusza i po jego skórzanej kurtce - tej brązowej, którą nosił do śmierci - szacowałam, że to mogło być gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych. Byliśmy wtedy razem od pięciu, może sześciu lat. Ania miała ze dwa latka, Bartek jeszcze się nie urodził.
Siedziałam nad tymi zdjęciami do wieczora. Herbata wystygła dwa razy.
Pomyślałam, że może to koleżanka z pracy. Może kuzynka, której nie poznałam. Może sąsiadka z jakiegoś wczasowego ośrodka, fotka jak to fotka, nic nie musi znaczyć. Ale ludzie nie chowają niewinnych zdjęć w tylnej przegródce biurka. I nie trzymają ich przez trzydzieści lat w nieoddanej kliszy.
Zadzwoniłam do Jerzego, brata Tadeusza. Jerzy odebrał po siódmym sygnale, jak zawsze.
- Jezioro? Domek? - zamyślił się. - No, Tadek jeździł kiedyś na ryby nad Drawsko. Pamiętam, bo pożyczał ode mnie namiot. Ale to chyba z kolegami z poczty jeździł, nie?
- A kobieta? Ciemne włosy, kwiecista sukienka?
Cisza. Długa, niewygodna cisza.
- Bożena - powiedział wreszcie Jerzy - ja nie wiem. Naprawdę nie wiem. Tadek to był zamknięty człowiek, sam wiesz. To znaczy - sama wiesz.
Wiedziałam. Przez trzydzieści trzy lata małżeństwa Tadeusz był dobry, spokojny, obecny. Nigdy nie podniósł głosu. Nigdy nie wrócił pijany. Nigdy nie dał mi powodu do podejrzeń - ani jednego SMS-a, ani jednego telefonu o dziwnej porze, ani jednego zapachu perfum na koszuli. Był jak stary zegar w przedpokoju - niezawodny, cichy, trochę nudny. I nagle okazuje się, że ten zegar mógł mieć drugą tarczę, której nigdy nie widziałam.
Ania dzwoniła codziennie. W czwartek nie wytrzymałam.
- Mamo, to pewnie nic takiego - powiedziała, ale głos jej lekko zadrżał. - Tata cię kochał. To było widać.
- Kochał - potwierdziłam. - Ale czy to wszystko wyklucza?
Nie odpowiedziała. Obie wiedziałyśmy, że nie.
Mogłam szukać dalej. Drawsko to nie koniec świata, domki do wynajęcia pewnie gdzieś są w rejestrach, kobieta pewnie żyje, pewnie ma imię i nazwisko, może nawet mieszka niedaleko. Mogłam zapytać starych kolegów Tadeusza z poczty - dwóch jeszcze żyje, jeden nawet mieszka tu, na Jeżycach, trzy przystanki tramwajem. Mogłam przekopać resztę biurka, szafy, piwnicę.
Albo mogłam schować zdjęcia do koperty i kopertę do szuflady.
Przez trzy dni chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. W nocy leżałam bez snu i patrzyłam na jego poduszkę - wciąż leżała po lewej stronie, wciąż pachniała jego szamponem z rumiankiem, bo nie potrafiłam jej wyprać. Kim byłeś, Tadek? Tym samym człowiekiem co zawsze? Czy ktoś, na kogo spojrzałabym inaczej, gdybym tę kliszę znalazła trzydzieści lat temu?
W sobotę rano wstałam wcześnie. Zrobiłam kawę, usiadłam przy stole i rozłożyłam zdjęcia jeszcze raz. Patrzyłam na jego twarz - młodą, roześmianą, taką, jakiej prawie nie pamiętałam, bo Tadeusz z biegiem lat śmiał się coraz rzadziej. I na jej twarz - tę obcą kobietę, która na jednym zdjęciu poprawiała mu kołnierz kurtki gestem tak intymnym, że bolało.
Wzięłam telefon. Wybrałam numer Ćwiąkalskiego - Henryk Ćwiąkalski, kolega Tadeusza z poczty, ten z Jeżyc. Trzy sygnały. Cztery.
Odłożyłam telefon.
Zebrałam zdjęcia, wyrównałam je jak talię kart i wsunęłam z powrotem do koperty. Wstałam, otworzyłam szufladę w kuchennej komodzie - tę, gdzie trzymam metki z pralni i paragony - i położyłam kopertę na samym dnie.
A potem stałam tak przez chwilę, z ręką na szufladzie, i nie wiedziałam, czy ją zamykam, czy otwieram.