
Rodzice puszczają małemu audiobooki - „profesjonalny lektor, mamo, lepszy akcent". Może i lepszy. W piątek mały przyniósł mi książkę: „przeczytaj ty. Lektor nie robi przerwy, jak się boję". Czytałam z przerwami: na strach, na pytania, na „jeszcze raz ten kawałek". Lektor ma akcent. Babcia ma pauzy.
Kubuś ma pięć lat i oczy mojego syna - takie same, ciemnoniebieskie, niepokojąco dorosłe. Kiedy przyjeżdża do mnie na weekend, od progu ściąga buty, rzuca plecaczek pod wieszak i mówi: „Babciu, jest cisza?". Nie pyta, czy mam ciastka. Nie pyta, czy włączę telewizor. Pyta o ciszę. Za każdym razem coś we mnie pęka, kiedy to słyszę.
Mój syn Tomek i jego żona Patrycja wychowują Kubusia w Warszawie, na Białołęce, w nowym apartamencie z oknami od podłogi do sufitu. Oboje pracują w korporacjach. Tomek w IT, Patrycja coś z marketingiem - nigdy nie umiałam dokładnie zrozumieć, co robi, bo kiedy tłumaczy, używa co trzeciego słowa po angielsku. Są dobrymi rodzicami. Naprawdę wierzę, że są. Ale mają taki sposób na rodzicielstwo, który mnie czasem budzi w nocy.
Kubuś od rana do wieczora ma „content". Tak to nazywają. Edukacyjne podcasty, audiobooki z lektorem, aplikacje uczące literek, filmiki o dinozaurach po angielsku. Wszystko wyselekcjonowane, wszystko z recenzjami, wszystko - jak mówi Patrycja - „na najwyższym poziomie". Kiedy ostatnio zasugerowałam, że mogłabym mu poczytać bajkę przez telefon przed snem, Patrycja się roześmiała. Miło, ale z takim tonem, jakby pięciolatka uczyła babcię obsługi pilota.
- Mamo, profesjonalny lektor ma lepszy akcent. Bez urazy, ale Kubuś powinien słyszeć poprawną wymowę.
Bez urazy. Te dwa słowa leżały mi w gardle przez trzy dni.
Jestem Grażyna. Mam sześćdziesiąt trzy lata, od dwóch na emeryturze, wcześniej trzydzieści lat w bibliotece szkolnej w Pruszkowie. Trzydzieści lat otoczona książkami, dziećmi i tym szczególnym zapachem - pożółkłego papieru zmieszanego z kanapkami z serem, które dzieciaki przemycały między regałami. Czy mój akcent jest idealny? Nie. Mówię „Pruszkuf" zamiast „Pruszków" i pewnie połykam końcówki. Ale przez trzydzieści lat czytałam dzieciakom na głos. W każdy wtorek i czwartek, na kółku czytelniczym. Robiłam wilka strasznego i świnki roztrzęsione. Robiłam pauzy.
Te pauzy - to jest coś, czego żaden lektor z aplikacji nie ogarnie. Bo pauzę trzeba wyczuć. Trzeba zobaczyć, że dziecko ścisnęło krawędź krzesła. Że wstrzymało oddech. Że ma mokre oczy, bo właśnie się dowiedziało, że piesek się zgubił. I wtedy się czeka. Nie czyta dalej. Czeka, aż to małe serce przepracuje scenę.
Kubuś przyjechał do mnie w piątek po południu. Tomek wniósł jego plecaczek, pogadaliśmy chwilę na korytarzu - o remoncie u sąsiada, o ciśnieniu, o tym, że Kubuś jadł mało na obiedzie. Zwykłe rzeczy. W plecaczku jak zawsze leżał tablet. „Jakby się nudził, to ma tam audiobooki na trzy godziny" - powiedział Tomek, jakby zostawiał instrukcję obsługi dziecka.
Kubuś nie tknął tabletu.
Zamiast tego przyszedł do mnie do kuchni, kiedy robiłam herbatę. Stanął w drzwiach w swoich skarpetkach z dinozaurami i trzymał książkę. Starą, sfatygowaną, z podniszczoną okładką. „Przygody Koziołka Matołka" - to samo wydanie, które miał kiedyś Tomek. Zostawiłam je na najniższej półce w pokoju, specjalnie na wysokości Kubusia.
- Babciu, przeczytaj ty.
- A lektor? - zapytałam. Nie wiem dlaczego, może chciałam usłyszeć, jak to wytłumaczy pięciolatek.
- Lektor nie robi przerwy, jak się boję.
Usiadłam na kanapie. Kubuś wgramolił się obok, przycisnął się do mojego boku, włożył kciuk do buzi - podobno Patrycja go od tego odzwyczaja, ale u babci inne zasady. I zaczęłam czytać.
Na trzeciej stronie Koziołek się zgubił. Kubuś szarpnął mnie za rękaw. „Babciu, zaczekaj. On się boi?" Zaczekałam. Pogadaliśmy o tym, jak to jest, kiedy się człowiek zgubi. Kubuś powiedział, że raz się zgubił w galerii handlowej i że mama go znalazła, ale że strasznie płakał. Powiedział to spokojnie, bo miał czas. Bo nikt nie czytał dalej, zanim on nie był gotowy.
Na szóstej stronie zaśmiał się tak głośno, że herbata mi zachlupotała w kubku. Na dziewiątej kazał powtórzyć fragment trzy razy, bo uwielbiał, jak robię głos baby Jagi. Na dwunastej zasnął z głową na moim ramieniu, z kciukiem nadal w buzi. Siedziałam bez ruchu dwadzieścia minut, żeby go nie obudzić. Bolało mnie biodro, ale nie poruszyłam się ani o milimetr.
W sobotę rano poprosił o kolejną książkę. I znowu - pauzy, pytania, „jeszcze raz ten kawałek". Czytałam mu chyba cztery godziny łącznie. Przez cały weekend nie włączył tabletu.
W niedzielę wieczorem przyjechał Tomek. Kubuś wyszedł do niego z książką pod pachą. „Tato, babcia czyta lepiej niż lektor." Tomek spojrzał na mnie ponad głową syna - widziałam, że się uśmiecha, ale też że jest zaskoczony. Jakby dziecko powiedziało coś, co nie mieści się w systemie.
Na klatce schodowej, kiedy Kubuś biegał po stopniach, Tomek powiedział cicho:
- Mamo, my naprawdę staramy się dawać mu to, co najlepsze.
- Wiem, synku.
- Patrycja czytała, że dzieci, które słuchają profesjonalnych nagrań, lepiej rozwijają umiejętności językowe.
- Pewnie tak - powiedziałam. I chciałam dodać coś jeszcze, ale się powstrzymałam. Bo widziałam, jak bardzo mu zależy. Jak bardzo oboje się starają. Jak wiele godzin spędzają na wyszukiwaniu idealnych materiałów, aplikacji, podcastów. Robią to z miłości, tylko że ta miłość gdzieś po drodze zgubiła jedną rzecz - bliskość ciała, ciepło głosu, tę chwilę, kiedy dziecko pociąga cię za rękaw i mówi „zaczekaj".
Nie powiedziałam tego. Może powinnam była.
Zamiast tego przytuliłam Tomka, pogłaskałam Kubusia po głowie i zamknęłam drzwi. Wróciłam do pokoju. Na kanapie leżała jeszcze wgnieciona poduszka w kształcie małego ciała. Podniosłam „Koziołka Matołka" z podłogi. Z książki wypadła kartka - Kubuś narysował coś w sobotę rano kredkami, ale mi nie pokazał. Babcia i Kubuś na kanapie. Babcia ma ogromne usta - bo czyta. Kubuś ma ogromne uszy - bo słucha.
Schowałam rysunek do szuflady w komodzie, tam gdzie trzymam ważne rzeczy - akt własności mieszkania, polisę na życie, stare zdjęcia Tomka z pierwszej komunii.
W poniedziałek rano zadzwoniła Patrycja. Uprzejmie, rzeczowo. Powiedziała, że Kubuś nie chce wieczorem słuchać audiobooka. Że płacze i mówi, że chce, żeby ktoś mu czytał „z przerwami". Że to trochę kłopotliwe, bo oni wracają z pracy o dziewiętnastej i nie mają energii na głośne czytanie.
- Czy mogłabyś z nim porozmawiać? - zapytała. - Żeby nie robił problemów z audiobookiem?
Milczałam chwilę. Za oknem sąsiadka z parteru podlewała pelargonie. Normalny poniedziałek. Normalny świat.
- Porozmawiam - powiedziałam w końcu.
Ale nie powiedziałam - o czym.