Ciocia Wanda zapisała mi mieszkanie - jedynej, która jeździła do niej przez dziewięć lat. Kuzyni chcą podważyć testament w sądzie: „ciocia nie była w pełni świadoma". Przez dziewięć lat żaden z nich nie sprawdził, czy jest.

Koperta przyszła w poniedziałek, zwykłą pocztą, między rachunkiem za gaz a ulotką z Biedronki. Rozpoznałam logo kancelarii prawnej i od razu poczułam, jak coś mi ściska w żołądku. Wezwanie na rozprawę. Powódki: Beata Majewska-Grzesiak i Agnieszka Majewska.

Moje kuzynki. Córki wujka Jerzego, brata cioci Wandy. Tego samego wujka Jerzego, który na pogrzebie cioci powiedział mi: „Dobrze, że się nią zajęłaś, Renatko. Nikt inny by tego nie udźwignął".

Usiadłam przy kuchennym stole i czytałam pozew trzy razy. W piśmie stało, że ciocia Wanda „w chwili sporządzania testamentu mogła nie być w pełni świadoma podejmowanych decyzji".

Że „istnieją przesłanki wskazujące na postępujące zaburzenia poznawcze". Że testament z 2021 roku powinien zostać unieważniony, a spadek podzielony ustawowo - czyli po równo, między mnie, Beatę i Agnieszkę.

Odłożyłam papiery, oparłam się o krzesło i powiedziałam do pustego mieszkania: „Wandziu, słyszysz to?"

Do cioci Wandy zaczęłam jeździć w 2015 roku, kiedy miałam czterdzieści lat i mnóstwo powodów, żeby tego nie robić. Dwoje dzieci w podstawówce, praca na pełen etat w księgowości w firmie budowlanej pod Poznaniem, mąż Dariusz na kontrakcie w Niemczech - dwa tygodnie tam, dwa tygodnie w domu. Ciocia mieszkała na Wildzie, w dwupokojowym mieszkaniu na trzecim piętrze bez windy. Miała wtedy osiemdziesiąt jeden lat, złamany biodro się zrosło krzywo i na schody mogła już tylko w jedną stronę - w dół, z pomocą sąsiadki.

Zaczęło się od telefonu. Ciocia zadzwoniła do mnie w środę wieczorem, co było dziwne, bo ciocia Wanda nigdy nie dzwoniła. Zawsze czekała, aż ktoś zadzwoni do niej. „Renatka, mogłabyś mi kupić te krople do oczu? Bo ja już trzeci dzień nie widzę na lewe oko porządnie". Zapytałam, czy dzwoniła do Beaty albo Agnieszki - przecież one mieszkają w Poznaniu, bliżej. Cisza. Potem: „Dzwoniłam. Beata ma remont, Agnieszka powiedziała, że wpadnie w weekend". Weekend był za pięć dni.

Pojechałam następnego dnia. Kupiłam krople, jogurty, chleb, masło. Weszłam na te trzy piętra, zastałam ciocię w swetrze zapiętym na dwa różne guziki i z telewizorem ustawionym na kanał, którego nie oglądała - bo nie mogła znaleźć pilota. Pilot leżał pod poduszką. Mieszkanie pachniało zamkniętym powietrzem i starą herbatą.

I wtedy podjęłam decyzję, o której wtedy nie myślałam jako o decyzji. Po prostu zaczęłam jeździć. Co tydzień, potem dwa razy w tygodniu. Później, kiedy ciocia miała gorsze dni - prawie codziennie.

Przez dziewięć lat nauczyłam się tras autobusowych na pamięć. Piątką do Wildy, potem kawałek piechotą. Dariusz mówił: „Renata, ty się wykończysz". Dzieci narzekały, że mamy nigdy nie ma. Szefowa w pracy pytała, czy wszystko w porządku, bo wybieram za dużo urlopów na żądanie. A ja jechałam do cioci z obiadem w słoiku, z lekami z apteki, z nową pościelą, z listą rzeczy do załatwienia w ZUS-ie albo na NFZ-ecie.

Ciocia Wanda była trudna. Nie chciała do domu opieki - „tam ludzie umierają". Nie chciała opiekunki - „obca baba będzie mi grzebać w szufladach". Nie chciała jeść tego, co przywoziłam - „za słone", „za miękkie", „za dużo marchewki". Ale kiedy wychodziłam, zawsze łapała mnie za rękę i mówiła: „Dobrze, że jesteś, dziecko".

I byłam. Kiedy w 2018 roku ciocia trafiła do szpitala z zapaleniem płuc, to ja siedziałam na korytarzu pięć godzin. Kiedy w 2020 był lockdown, to ja stałam pod jej balkonem z siatkami i podawałam je na linie zrobionej ze starych prześcieradeł - bo windy nie było, a ja miałam zakaz wchodzenia na oddział. Kiedy w 2022 ciocia zaczęła zapominać, który jest dzień tygodnia, to ja umówiłam ją do neurologa, zawiozłam, siedziałam przy badaniu i słuchałam diagnozy.

A Beata? Agnieszka? Beata wpadła na imieniny cioci raz, w 2017 roku, z orchideą w doniczce, która uschła po tygodniu. Agnieszka dzwoniła na święta - dwa razy w roku, Boże Narodzenie i Wielkanoc. „Ciociu, jak zdrowie? To dobrze. Buziaki!". Wujek Jerzy umarł w 2019 roku i po jego pogrzebie dziewczyny odcięły się od cioci kompletnie. Jakby ze śmiercią ojca zniknął ostatni powód, żeby udawać, że ciocia Wanda istnieje.

Ciocia zmarła w lutym tego roku. Cicho, we śnie, w swoim łóżku, tak jak chciała. Byłam u niej poprzedniego dnia. Zrobiłam jej herbatę z cytryną, poprawiłam koc, włączyłam radio na Dwójkę. Kiedy wychodziłam, powiedziała: „Renatka, zamknij dobrze drzwi, bo przeciąg". To było jej ostatnie zdanie do mnie.

Testament otworzyliśmy u notariusza tydzień po pogrzebie. Ciocia sporządziła go w 2021 roku, w formie aktu notarialnego, przy pełnej świadomości potwierdzonej przez notariusza. Zapisała mi mieszkanie na Wildzie. Całe. Bez warunków.

Beata zadzwoniła tego samego wieczoru. Pamiętam, bo kroiłam cebulę do bigosu i musiałam odłożyć nóż.

- Renata, to chyba jakiś żart - zaczęła bez „cześć". - Całe mieszkanie? A my?

- A wy co, Beata? - zapytałam spokojnie, chociaż ręce mi się trzęsły.

- Jesteśmy rodziną! To mieszkanie po dziadkach, ono powinno zostać w rodzinie, podzielone sprawiedliwie.

- Ono zostało w rodzinie - powiedziałam. - U tej osoby z rodziny, która przez dziewięć lat do cioci jeździła.

Beata się rozłączyła. Tydzień później dostałam pozew.

Teraz siedzę z tymi papierami i myślę o sprawiedliwości. Bo Beata i Agnieszka mają prawnika, a prawnik napisał, że ciocia „mogła nie być świadoma". Ta sama ciocia, która do ostatnich tygodni pamiętała, jakie kwiaty rosły w ogródku jej matki w Kórniku. Która potrafiła wyliczyć, ile kosztował chleb w 1974 roku. Która przed notariuszem odpowiedziała na wszystkie pytania kontrolne jasno i precyzyjnie - bo mam na to dokument.

Ale mam też coś innego. Mam dziewięć lat rachunków za taksówki na Wildę. Mam kalendarz z zaznaczonymi wizytami lekarskimi cioci - każda umówiona przeze mnie. Mam zdjęcia, na których siedzę z ciocią na balkonie i obieramy jabłka na szarlotkę. I mam jedno zdjęcie z imienin cioci w 2022 roku - ciocia na fotelu, ja obok, a na stole tort z jedną świeczką, bo ciocia nie chciała więcej. Na tym zdjęciu jest nas dwie. Tylko dwie.

Dariusz mówi: „Walcz. Masz prawo". Córka mówi: „Mamo, nie daj się". A syn, ten bardziej spokojny, powiedział coś, co nie daje mi spać: „Mamo, a gdyby ciocia nie miała tego mieszkania - też byś jeździła?"

Oczywiście, że tak. Ale to pytanie, które teraz zadadzą mi też w sądzie. I kuzynki. I ich prawnik. I może nawet ja sama sobie, w te bezsenne noce, kiedy patrzę w sufit i słyszę głos cioci Wandy: „Zamknij dobrze drzwi, bo przeciąg".

Pierwsza rozprawa za trzy tygodnie. Mam teczkę z dokumentami grubą na pięć centymetrów. Mam notarialne potwierdzenie świadomości cioci. Mam prawo po swojej stronie - tak przynajmniej mówi moja prawniczka. Ale mam też tę myśl, która wraca i wraca: czy wygrana w sądzie z własną rodziną jest w ogóle wygraną? I drugą myśl, gorszą - czy przegrana byłaby sprawiedliwa?

Jutro jadę na Wildę. Chcę wejść na te trzy piętra jeszcze raz, otworzyć drzwi kluczem, który ciocia dała mi w 2016 roku i który od tamtej pory noszę przy swoich. Usiądę w jej fotelu, zrobię herbatę z cytryną w jej kubku z nadbitym uchem. I spróbuję poczuć, czego ciocia Wanda by chciała. Chociaż boję się, że to pytanie, na które też nie ma jednoznacznej odpowiedzi.