
Zięć od roku jeździ moim autem - „żeby nie stało, mamo". Na pogrzeb siostry pojechałam PKS-em, zięć miał „nadgodziny". Po miesiącu przyszło wezwanie z fotoradaru: Zakopane, dzień pogrzebu. Kierującego mam wskazać w ciągu siedmiu dni.
Siedem dni. Trzymałam tę kopertę nad zlewem, jakby mogła mnie poparzyć. Czcionka urzędowa, sucha, obojętna. Zdjęcie z fotoradaru niewyraźne, ale numer rejestracyjny mój. Data - szesnasty marca. Godzina trzynasta dwadzieścia siedem.
Szesnastego marca o trzynastej dwadzieścia siedem stałam na cmentarzu w Radomsku i patrzyłam, jak spuszczają trumnę mojej siostry Teresy do grobu. A mój samochód jechał przez Zakopane.
Odłożyłam pismo na blat kuchenny, zdjęłam okulary i usiadłam na taborecie. Cisza w mieszkaniu była tak gęsta, że słyszałam zegar w pokoju. Tik, tik, tik.
Szesnaście lat emerytury nauczycielskiej, trzydzieści osiem lat pracy w podstawówce na Woli, dwie córki wychowane samotnie po śmierci Staszka - i teraz siedzę w kuchni na trzecim piętrze na Bielanach z wezwaniem, na którym ktoś kazał mi wskazać kierowcę mojego własnego auta.
Wiedziałam, kto nim jechał. Wiedziałam to, zanim jeszcze odwróciłam kopertę napisem do góry.
Darek, mąż mojej młodszej córki Agnieszki, zaczął jeździć moim autem rok temu. Ich opel się zepsuł - coś ze skrzynią biegów, naprawa kosztowała więcej niż auto było warte. „Mamo, niech pani nam pożyczy na miesiąc, dwa. Silnik musi chodzić, a pani i tak nigdzie nie jeździ" - powiedział wtedy, opierając się o framugę drzwi z tą swoją miną sympatycznego chłopaka, który prosi o drobiazg. Agnieszka stała za nim i kiwała głową. A ja? Ja oddałam kluczyki, bo co miałam zrobić? Córka prosiła. A dla córki to ja zawsze.
Miesiąc zamienił się w rok. Auto stało pod ich blokiem na Bemowie. Darek jeździł do pracy, na zakupy, Agnieszka woziła dzieci do szkoły. Ja, kiedy potrzebowałam gdzieś dojechać, wsiadałam w autobus albo dzwoniłam po taksówkę. „Mamo, po co ci ten samochód? I tak masz problem z parkowaniem" - mówiła Agnieszka, kiedy nieśmiało napomknęłam, że chciałabym pojechać do lekarza. Może miała rację. Może rzeczywiście nie potrzebowałam.
A potem zachorowała Teresa. Rak trzustki, szybki i bezlitosny. Trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Jeździłam do niej do Radomska pociągiem, potem PKS-em, bo bezpośredniego połączenia kolejowego nie było. Cztery godziny w jedną stronę. Darek raz zaproponował, że mnie zawiezie. Raz. W grudniu. Potem „nie mógł" - praca, dzieci, zmęczony, coś mu wypadło. Agnieszka tłumaczyła: „Mamo, Darek naprawdę nie może, on teraz ma tyle na głowie".
Szesnastego marca pojechałam na pogrzeb Teresy PKS-em, bo Darek miał nadgodziny. Tak powiedział: „Przepraszam, mamo, szef kazał zostać, nic nie poradzę". Agnieszka nie mogła jechać, bo Kuba miał anginę i gorączkę trzydzieści dziewięć. Rozumiałam. Naprawdę. Dziecko z gorączką to dziecko z gorączką. Ale Darek? Te nadgodziny?
Wstałam o czwartej rano, autobus o piątej trzydzieści z Dworca Zachodniego. Przesiadka w Piotrkowie. Do Radomska dotarłam na dziewiątą, z bolącymi plecami i oczami opuchniętymi od płaczu w autobusie, bo w nocy nie zmrużyłam oka. Na pogrzebie stałam obok bratowej Heleny, która szeptała mi: „Jak ty tu dojechałaś, Bożenko? Przecież masz auto". Powiedziałam, że auto jest w naprawie. Nie chciałam tłumaczyć. Wstydziłam się.
Wróciłam wieczorem, ledwo żywa. Agnieszka zadzwoniła o dwudziestej drugiej. „Mamo, jak było? Bardzo ci współczuję. Darek dopiero co wrócił z tych nadgodzin, jest wykończony". Podziękowałam i się rozłączyłam.
Minął miesiąc. Kwiecień pachniał mokrą ziemią i bzem, kiedy listonosz przyniósł kopertę. Otworzyłam ją machinalnie, bo byłam pewna, że to rachunek za prąd. A tam zdjęcie mojego fiata punto na drodze, data szesnasty marca, godzina trzynasta dwadzieścia siedem, Zakopane, przekroczenie prędkości o dwadzieścia trzy kilometry na godzinę.
Zakopane. Nie jakaś trasa przelotowa, nie droga do żadnej fabryki ani magazynu, tylko Zakopane. W dzień, kiedy chowałam siostrę.
Nogi mi zmiękły. Usiadłam na taborecie i trzymałam to pismo, a w głowie mi pulsowało jedno zdanie: „Mamo, szef kazał zostać". Zakopane. Nadgodziny. W Zakopanem.
Zadzwoniłam do Agnieszki dopiero następnego dnia. Potrzebowałam nocy, żeby się uspokoić, żeby nie powiedzieć czegoś, czego nie da się cofnąć. Nie spałam. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, jak Darek uśmiecha się przy niedzielnym obiedzie, jak podaje mi talerz z pierogami, jak mówi „mamo" tym swoim ciepłym tonem, a ja się rozpływam, bo od śmierci Staszka żaden mężczyzna nie powiedział do mnie „mamo".
- Agnieszka, muszę z tobą porozmawiać - powiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młotem.
- O co chodzi, mamo? Wszystko dobrze?
- Przyszło wezwanie z fotoradaru. Moje auto. Zakopane. Szesnasty marca.
Cisza. Długa, nieznośna cisza. Słyszałam, jak Agnieszka oddycha.
- To pewnie jakiś błąd - powiedziała w końcu, ale głos jej się zmienił. Stwardniał.
- Agnieszko.
- Mamo, porozmawiam z Darkiem.
- Ja też chcę z nim porozmawiać.
- Mamo, nie rób afery, proszę. Na pewno jest jakieś wytłumaczenie.
Afera. Ja miałam nie robić afery. Moja siostra leżała w trumnie, a mój zięć jechał moim autem w Tatry i ja mam nie robić afery.
Darek zadzwonił wieczorem. Był spokojny, rzeczowy. Powiedział, że tak, pojechał do Zakopanego, bo kolega z pracy miał tam odbiór domku letniskowego i potrzebował pomocy przy transporcie mebli. „Nie chciałem mamy martwić, bo i tak miała pani ciężki dzień. Myślałem, że zdążę wrócić i nikt się nie dowie. Przepraszam."
Przepraszam. Takie proste słowo. Jakby wystarczyło.
- Darku, a dlaczego nie mogłeś mnie zawieźć do Radomska na pogrzeb siostry, skoro nie byłeś w pracy?
Znowu cisza. Krótsza niż u Agnieszki, ale ciężka.
- Mamo, przepraszam. Głupio wyszło. Tamten termin był ustalony wcześniej i nie mogłem odwołać.
Meble dla kolegi nie mogły poczekać jednego dnia. Pogrzeb mojej siostry - mógł.
Przez tydzień nie odzywałam się do nikogo. Agnieszka dzwoniła codziennie, krótko, nerwowo: „Mamo, jak się czujesz? Mamo, nie gniewaj się. Mamo, Darek naprawdę żałuje". Nie gniewałam się. Czułam coś gorszego niż gniew. Czułam, że jestem na samym dole listy.
Teraz siedzę przy kuchennym stole z formularzem, który każe mi wskazać kierującego pojazdem. Mam siedem dni. Właściwie zostały cztery. Jeśli wpiszę Darka - dostanie mandat, punkty karne, i Agnieszka mi tego nie daruje. Jeśli nic nie wpiszę - mandat będzie mój, podwójny, i punkty na mnie, emerytce, która tego dnia stała na cmentarzu dwieście kilometrów dalej. Mogę powiedzieć, że nie wiem, kto prowadził. Ale wiem. I oni wiedzą, że wiem.
Darek nie zadzwonił ani razu, żeby zaproponować, że weźmie to na siebie. Agnieszka nie zaproponowała. Jakby czekali, aż ja to połknę, jak połykałam wszystko - kluczyki, dojazdy PKS-em, niedzielne obiady, na które przyjeżdżałam autobusem, podczas gdy moje auto stało pod ich blokiem.
Długopis leży obok formularza. Za oknem kwitnie kasztan, powietrze pachnie majem, a ja myślę o Teresie, która by powiedziała: „Bożena, nie bądź głupia. Wpisz prawdę". Ale Teresa nie żyje. A ja mam córkę, wnuki, i zięcia, który mówi do mnie „mamo".
Podniosłam długopis. Położyłam. Podniosłam znowu.