
W czwartek zapłaciłam ostatnią ratę kredytu, który wzięliśmy ze Stefanem na to mieszkanie w dziewięćdziesiątym szóstym. Pani w banku wydrukowała zaświadczenie: „zobowiązanie wygasło". Poprosiłam o dwa egzemplarze. W domu postawiłam herbatę przy jego zdjęciu i przeczytałam na głos. Trzydzieści lat, co do grosza, nasze. Drugi egzemplarz leży przy akcie własności. Komplet.
Jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniła Magda. Moja córka ma taki szósty zmysł - dzwoni zawsze wtedy, kiedy akurat siedzę w ciszy i patrzę na ścianę. „Mamo, co robisz?" - zapytała, a ja usłyszałam w tle głos Konrada, jej męża, i śmiech wnuków. Powiedziałam jej o kredycie.
Że skończyłam. Że jest zaświadczenie. Cisza. A potem: „To super, mamo. Słuchaj, bo właśnie o mieszkaniu chciałam z tobą pogadać."
Wiedziałam, co powie. Czułam to od miesięcy, od kiedy na Wigilii Konrad pytał o metraż, o układ pokoi, o to, czy się nie boję sama na trzecim piętrze bez windy. Uprzejmy, kulturalny - ale ja widziałam, jak patrzył na sufit, przeliczając metry kwadratowe.
Magda powiedziała to delikatnie, okrągłymi zdaniami. Że martwi się o mnie. Że schody są strome. Że dzieci rosną i potrzebują osobnych pokoi. Że mogłabym zamieszkać u nich, w tym małym pokoiku obok kuchni, byłoby mi wygodniej. A mieszkanie - no, mieszkanie można by sprzedać.
Sprzedać. To słowo zawisło między nami jak dym z papierosa, który Stefan wypalał wieczorami na balkonie.
Stefan umarł osiem lat temu. Rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do końca. Miałam wtedy pięćdziesiąt trzy lata, pracowałam w księgowości w firmie budowlanej na Grochowie, a on był elektrykiem - całe życie po cudzych domach, po budowach, po zleceniach. Kredyt wzięliśmy, kiedy Magda miała sześć lat. Dwa pokoje z kuchnią na Pradze-Południe, blok z lat siedemdziesiątych, ale porządny, ceglany. Stefan powiedział wtedy: „Halina, jak spłacimy, to będziemy bogaci. Bo człowiek, co ma swoje cztery ściany, jest bogaty." Miał tę swoją manierę mówienia rzeczy prostych, jakby ogłaszał prawdy objawione.
Przez trzydzieści lat spłacaliśmy. Najpierw razem - on z zleceń, ja z księgowości. Zdarzały się miesiące, kiedy rata zjadała połowę tego, co zarobiliśmy. Magda chodziła w butach po kuzynce Ani, a ja łatałam kurtki zamiast kupować nowe. Stefan nigdy nie narzekał. Mówił: „To nasze, Halinka. Nasze." Potem, kiedy odszedł, zostałam z kredytem sama. Nikt mi nie powiedział, że da się przenieść raty, zmniejszyć, coś wykombinować. Może dałoby się, ale ja nie chciałam. Chciałam spłacić tak, jak zaczęliśmy. Co do grosza. Na emeryturze odcinałam od wszystkiego. Sanatorium? Nie w tym roku. Nowy telewizor? Stary działa. Wycieczka z koleżankami do Zakopanego? Może następnym razem.
I skończyłam. W czwartek, o trzynastej dwadzieścia, w oddziale banku przy Grochowskiej. Pani za okienkiem, młoda, może trzydzieści lat, spojrzała na mnie i powiedziała: „Trzydzieści lat spłaty? Gratuluję pani. To rzadkość, że ktoś doprowadza do końca." Chciałam jej powiedzieć, że to nie rzadkość - to po prostu obietnica złożona mężczyźnie, którego już nie ma. Ale tylko się uśmiechnęłam.
A teraz Magda chciała to sprzedać.
Nie powiedziałam jej wtedy „nie". Nie powiedziałam też „tak". Powiedziałam: „Daj mi pomyśleć, dziecko." I myślałam. Przez weekend, przez poniedziałek i wtorek, przez środowe poranne zakupy na bazarku, gdzie kupuję pomidory od tej samej pani Krystyny od piętnastu lat. Myślałam, chodząc po mieszkaniu, dotykając ścian, patrząc na ślad po obrazku w przedpokoju, na szafkę w łazience, którą Stefan zamontował krzywo i która do dziś się nie zamyka do końca.
W środę wieczorem przyszła Magda. Sama, bez Konrada, bez dzieci. Przyniosła sernik - taki, jaki piekłam jej na urodziny, gdy była mała. Wiedziałam, że to nie jest zwykła wizyta.
Usiadłyśmy w kuchni. Herbata, sernik, cisza. Magda kręciła łyżeczką w szklance i nie patrzyła mi w oczy.
- Mamo, ja wiem, co to mieszkanie dla ciebie znaczy - zaczęła.
- Nie wiesz - odpowiedziałam. Nie złośliwie. Po prostu szczerze.
Podniosła głowę. Miała oczy Stefana - jasne, trochę za duże, z tym samym wyrazem, kiedy czegoś nie rozumiał.
- To powiedz mi.
I powiedziałam. O tym, jak w dziewięćdziesiątym szóstym Stefan wrócił z banku z papierami i ręce mu się trzęsły. O tym, jak przez pierwsze dwa lata spaliśmy na materacu na podłodze, bo nie było nas stać na łóżko i ratę jednocześnie. O tym, jak malowaliśmy ściany w niedziele, ona siedziała w wanience pośrodku pokoju i rysowała kredkami po gazecie. O tym, jak po pogrzebie Stefana wróciłam tu, zamknęłam drzwi i przez dwie godziny stałam w przedpokoju, bo nie miałam siły wejść dalej. I o tym, jak potem, każdego miesiąca, szłam do banku i płaciłam. Bo to było jedyne, co mogłam jeszcze dla niego zrobić.
Magda płakała. Ja nie. Ja już się wypłakałam - dawno, lata temu, nad rachunkami i wyciągami bankowymi.
- Mamo, ja nie chcę ci tego zabierać - powiedziała w końcu, wycierając nos serwetką. - Ale Konrad mówi, że rynek jest dobry, że metr na Pradze poszedł w górę, i że to jedyna szansa, żeby dzieci miały normalnie...
- A ja mam mieć pokoik obok kuchni - dokończyłam za nią.
Zapadła cisza, z której obydwie słyszałyśmy to samo: zegarek Stefana w szufladzie sypialni, który nadal tyka, bo wymieniam baterię co dwa lata.
- Magda - powiedziałam. - Ja nie powiem ci, że nie. Ale nie powiem ci dzisiaj, że tak. To mieszkanie to nie jest metraż i cena za metr kwadratowy. To jest trzydzieści lat życia. Mojego i twojego ojca. Nie można tego sprzedać w tydzień, bo rynek jest dobry.
Skinęła głową. Zabrała talerz po serniku, umyła go, wytarła, postawiła na suszarce. Jak zawsze - od dziecka moja córka nie zostawiała po sobie brudnych naczyń. W drzwiach odwróciła się.
- Mamo, a gdyby tata żył? Co by powiedział?
Zamknęłam drzwi i stałam w przedpokoju. Długo. Przez okno w kuchni wpadało ostatnie światło dnia. Na lodówce wisiał magnes z Kołobrzegu - z jedynych naszych wakacji nad morzem, dwa tysiące trzeci, Magda miała wtedy trzynaście lat.
Co by powiedział Stefan?
Znałam odpowiedź. On by powiedział: „Halinka, to tylko ściany. Ważne, żeby dziecku było dobrze." I miałby rację. Stefan zawsze miał rację w takich prostych sprawach.
Ale też wiem, co by zrobił. Usiadłby na tym balkonie, wypalił papierosa i przez godzinę patrzył przed siebie, zanim by cokolwiek podpisał. Bo nawet dla niego - to nie były tylko ściany.
Jest piątek. Zaświadczenie leży przy akcie własności. Herbata stygnie przy zdjęciu Stefana. Magda nie dzwoniła od środy. Czeka. Ja też czekam. Tylko nie wiem, na co.