
Na siedemdziesiątkę zaprosiłam dzieci na niedzielny obiad. Nakryłam na sześć osób, upiekłam sernik. Do szesnastej - jeden SMS, od wnuczki. Wieczorem zadzwoniła córka: „mamo, sorry, zeszło nam. A jutro weźmiesz małych od siódmej?".
Siedziałam przy nakrytym stole i patrzyłam na te sześć talerzy. Białe, z niebieskim paskiem - kupowałam je jeszcze z Andrzejem, w Cepelii na Marszałkowskiej, chyba w osiemdziesiątym ósmym. Jeden miał odbitą krawędź. Zawsze stawiałam go sobie, żeby nikt nie zauważył. Tym razem też stał przede mną. Sernik pachniał wanilią i cytrynową skórką, dokładnie tak, jak lubił go Kamil, mój syn.
SMS od wnuczki przyszedł o czternastej dwadzieścia trzy. „Babciu, sto lat!!! Kocham Cię mega! Sorki że nie będziemy, tata mówi że korki na trasie" - i serduszko. Zosia ma jedenaście lat i pisze tak, jak mówi - szybko, bez przecinków, ale szczerze. Uśmiechnęłam się wtedy jeszcze. Pomyślałam: pewnie się spóźnią, przyjadą na piątą. Andrzej zawsze mówił, że nasze dzieci mają zegar ustawiony pół godziny do tyłu.
Andrzeja nie ma od trzech lat. Rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy. To była ta granica, po której świat się podzielił na „przed" i „po". Przed - byłam żoną kolejarza, matką dwójki dzieci, babcią trójki wnuków, nauczycielką biologii na emeryturze od siedmiu lat. Po - zostałam tymi wszystkimi osobami minus jedna. I okazało się, że ta jedna spinała resztę jak klamra.
O szesnastej zadzwonił Kamil. Głos miał taki swój typowy - trochę przepraszający, trochę zdyszany, jakby właśnie biegł do samochodu albo z samochodu.
- Mamo, słuchaj, Asia się rozchorowała, gorączka pod czterdzieści. Nie damy rady. Ale wpadniemy w przyszłym tygodniu, obiecuję.
- W przyszłym tygodniu to już nie będą moje urodziny, Kamil.
Cisza. Słyszałam, jak przełyka ślinę.
- No wiem, mamo. Przepraszam. Naprawdę przepraszam.
Powiedziałam, że rozumiem, że zdrowie dziecka najważniejsze, że niech dadzą Asi herbatę z miodem i cytryną. Rozłączyłam się i poprawiłam serwetki przy talerzach. Nie wiem, po co. Przyzwyczajenie.
O osiemnastej trzydzieści zadzwoniła Beata, moja córka. Mieszka na Ursynowie, piętnaście minut tramwajem. Piętnaście minut.
- Mamo, sorry, zeszło nam. Wiesz, Łukasz miał ten mecz, potem Zuzia miała koleżankę na placu zabaw, no i zeszło. A jutro weźmiesz małych od siódmej? Bo mam ten projekt w biurze i Darek jedzie na delegację.
Chciałam powiedzieć tyle rzeczy. Że stoję w kuchni z sześcioma porcjami bigosu, który grzeje się od trzeciej. Że sernik ma już ten idealny moment, kiedy jest chłodny, ale nie zimny, i że za dwie godziny będzie po prostu zwykłym ciastem z lodówki. Że włożyłam tę bluzkę, którą Beata kupiła mi na Dzień Matki trzy lata temu i powiedziała: „mamo, w tym wyglądasz dziesięć lat młodziej". Że od rana robiłam sobie loki na te plastikowe wałki, które mam jeszcze z lat dziewięćdziesiątych.
Zamiast tego powiedziałam:
- Dobrze. Niech będzie od siódmej.
Beata odetchnęła z ulgą. Słyszałam to wyraźnie - taki krótki wydech, jakby ktoś odkręcił zawór. Dla niej sprawa była załatwiona. Mama jest. Mama weźmie. Mama zrozumie.
Usiadłam z powrotem przy stole. Zapalałam świeczkę - taką zwykłą, herbacianą, w aluminiowej foremce. Nie urodzinową. Urodzinowych nie kupiłam, bo pomyślałam, że to głupie, zapalać sobie samej siedemdziesiąt świeczek. Patrzyłam na ten mały płomień i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło.
Bo przecież nie zawsze tak było. Andrzej żył, to dzieci przyjeżdżały. Na każde urodziny, imieniny, na Wigilię i tak dalej. Kamil z Asią i Zosią z Gdańska - cztery godziny drogi, nigdy się nie skarżyli. Beata z Ursynowa z Darkiem i bliźniakami. Andrzej otwierał wino, ja stawiałam rosół, potem kotlety, potem sernik. Było głośno, ciasno i cudownie.
A potem Andrzeja nie stało. I przez pierwszy rok przyjeżdżali często, nawet częściej niż wcześniej. Dzwonili: „mamo, jak się czujesz? mamo, może do nas na weekend?". Drugi rok - rzadziej, ale jeszcze regularnie. A trzeci rok... trzeci rok to jest ten, w którym siedzę sama przy stole nakrytym na sześć osób i gadam do świeczki.
Nie chcę być niesprawiedliwa. Kamil pracuje w korporacji, godziny ma nieludzkie. Asia naprawdę mogła mieć gorączkę. Beata ciągnie ten projekt od miesięcy i Darek rzeczywiście dużo jeździ. To wszystko prawda. Ale jest też inna prawda - ta, którą widzę, kiedy patrzę na te puste krzesła. Że gdzieś po drodze przestałam być osobą, a stałam się funkcją. Babcia-na-rano. Mama-która-zrozumie. Ta-co-zawsze-jest-w-domu.
Zjadłam kawałek sernika. Był naprawdę dobry. Może najlepszy, jaki upiekłam w życiu - cytrynowa skórka idealnie wyczuwalna, spód kruchy, ale nie za suchy. Andrzej powiedziałby: „Tereska, to jest arcydzieło, a nie sernik". Andrzej zawsze przesadzał, ale w ten sposób, który sprawia, że chce się żyć.
Wieczorem umyłam sześć czystych talerzy. Takich, z których nikt nie jadł. Wytarłam je ściereczką, schowałam do kredensu. Bigos podzieliłam na pojemniki - trzy do zamrażarki, jeden do lodówki na jutro. Sernik przykryłam folią.
Rano wstałam o szóstej. Wyciągnęłam kubki dla bliźniaków, przygotowałam kakao, pokroiłam chleb. O siódmej zero trzy zadzwonił domofon. Beata stała w drzwiach - makijaż, garsonka, laptop w torbie. Łukasz i Zuzia weszli z plecakami.
- Mamo, jesteś kochana - powiedziała Beata i pocałowała mnie w policzek. Pachniała tymi perfumami, co zawsze. - Sernik widziałam w lodówce, wezmę kawałek na wieczór, dobra? Zrobiłaś na moje urodziny czy tak po prostu?
Zamarłam z kubkiem w ręce.
- Beata - powiedziałam. - Ten sernik był na moje siedemdziesiąte urodziny. Wczorajsze.
Patrzyła na mnie przez trzy sekundy. Może cztery. Widziałam, jak jej twarz przechodzi od uśmiechu przez zdziwienie do czegoś, co chciałabym nazwać wstydem, ale nie jestem pewna, czy to był wstyd. Może raczej irytacja, że to akurat teraz, kiedy się spieszy.
- O Boże, mamo. Ja... strasznie przepraszam. Kompletnie... Zadzwonię po południu, dobrze? Porozmawiamy.
Drzwi się zamknęły. Zuzia ciągnęła mnie za rękaw: „babciu, a jest kakao?".
Nalałam kakao. Posmarowałam chleb masłem. Usiadłam między wnukami i patrzyłam, jak jedzą, jak Łukasz wypycha policzki jak chomik, a Zuzia zdmuchuje z kubka niewidzialny dym.
I wtedy pomyślałam o tym, czego nigdy wcześniej nie pomyślałam na głos. Że może jutro, kiedy Beata zadzwoni z przeprosinami i powie „mamo, wpadniemy w sobotę, nadrobić", ja powiem: nie. Nie tym razem. W sobotę jadę do sanatorium. Albo do kina. Albo po prostu zamknę drzwi i będę siedzieć przy stole z jednym talerzem - tym z odbitą krawędzią - i zjem sernik w spokoju. Sama, ale na własnych warunkach.
Zuzia popatrzyła na mnie i powiedziała z pełnymi ustami:
- Babciu, czemu się tak uśmiechasz?
Nie wiedziałam, że się uśmiecham.