Na implanty odkładałam trzy lata. Syn się skrzywił: „mamo, w twoim wieku? Szkoda pieniędzy, proteza wystarczy". Nikt nie pytał o wiek, kiedy w zeszłym roku dokładałam mu do auta. Piętnaście tysięcy.

Ta rozmowa odbyła się w niedzielę, przy obiedzie. Marcin przyjechał z Kasią i wnuczką, jak co dwa tygodnie. Ugotowałam rosół z domowym makaronem i kotlety schabowe, bo Hania je uwielbia.

Podałam sernik na deser. I gdzieś między drugą herbatą a pakowaniem resztek do pojemników powiedziałam - lekko, jakby między słowami - że w poniedziałek jadę do kliniki na konsultację. Że wreszcie się zdecydowałam na te implanty.

Cisza. Kasia schyliła głowę nad telefonem. Hania pobiegła do pokoju. A Marcin odstawił kubek i powiedział to, co powiedział. Że w moim wieku. Że proteza wystarczy. Że szkoda pieniędzy.

Trzydzieści dwa lata go wychowywałam. Siedemnaście sama, bo Bogdan odszedł, kiedy Marcin miał piętnaście lat. Nie odszedł z hukiem - po prostu pewnego dnia powiedział, że tak dalej nie da rady, że potrzebuje przestrzeni, że to nie moja wina. Spakował dwie walizki i zamieszkał u kolegi, potem u kobiety, potem gdzieś za granicą. Alimenty przychodziły nieregularnie, a po dwóch latach przestały przychodzić w ogóle.

Pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Woli. Przez dwadzieścia sześć lat. Ta sama biurko, ta sama lampka z zielonym kloszem, te same teczki z numerami bloków. Zarabiałam przyzwoicie, ale nigdy tyle, żeby nie liczyć. Zawsze liczyłam. Na Marcina starczało - na korki z angielskiego, na wyjazdy z klasą, na studia. Kiedy skończył politechnikę i dostał pierwszą pracę, pomyślałam: teraz mogę coś dla siebie.

Nie od razu pomyślałam o implantach. Najpierw były inne rzeczy - nowe okulary, porządne buty na zimę, wizyta u dermatologa, bo plama na ramieniu mnie niepokoiła. Plama okazała się niczym. Ale zęby - zęby były czymś. Trójka górna pękła trzy lata temu, przy jedzeniu orzechów. Dentysta powiedział: „Pani Tereso, tu już nie ma czego ratować". Zrobił prowizoryczny most, ale uprzedził, że to na rok, może dwa. Potem będzie trzeba albo protezę, albo implanty.

Zaczęłam odkładać. Po trzysta, czterysta złotych miesięcznie. Czasem pięćset, gdy udało się zaoszczędzić na czymś innym. Rezygnowałam z wyjazdów do sanatorium, choć kolano dawało się we znaki. Nie kupowałam sobie nowych rzeczy, nosiłam te same dwie pary spodni na zmianę. W szufladzie pod rachunkami za prąd trzymałam kopertę z pieniędzmi, bo na lokacie był śmieszny procent, a ja lubiłam widzieć, jak rośnie. Czternaście tysięcy. Tyle potrzebowałam na dwa implanty z koronami.

W zeszłym roku, w marcu, Marcin zadzwonił. Głos miał taki, jaki miał zawsze, kiedy potrzebował pieniędzy - trochę za wesoły, trochę za szybki. Że znalazł świetne auto, rocznik prawie nowy, ale musi dopłacić, bo kredytu na tyle nie dostanie. Że to inwestycja, bo starym autem już wstyd jeździć do klientów. Że odda, jak tylko.

Piętnaście tysięcy. Powiedział, że odda w ratach. Dałam mu całą kopertę i jeszcze tysiąc z bieżących. Nie pytał, skąd mam. Nie pytał, na co odkładałam. Wziął, pocałował mnie w policzek i pojechał tym swoim nowym autem.

Oddał? Trzy razy po tysiąc, w odstępach coraz dłuższych. Potem przestał. Nie upominałam się. Bo jak się upominać u własnego syna? Jak powiedzieć: „Oddaj mi pieniądze na zęby"? Brzmi to żałośnie, nawet w myślach.

Zaczęłam odkładać od nowa. Tym razem szybciej, bo dostałam trzynastkę i zwrot z podatku. Po roku i trzech miesiącach miałam znowu czternaście tysięcy. I wtedy powiedziałam o klinice.

„Mamo, w twoim wieku?"

Sześćdziesiąt dwa lata. Czy to jest wiek, w którym człowiek nie zasługuje na to, żeby normalnie gryźć jabłko? Żeby się uśmiechnąć na zdjęciu bez zakrywania ust dłonią? Żeby nie bać się, że most puści w restauracji?

Kasia podniosła wzrok znad telefonu i powiedziała cicho: „Marcin, może mama sama wie, czego potrzebuje". On wzruszył ramionami. „Ja tylko mówię, że to dużo kasy. Można ją mądrzej wydać". Nie zapytałam, co to znaczy mądrzej. Wiedziałam, że odpowiedź by mnie zabolała.

W poniedziałek pojechałam na konsultację. Doktor Adamski - młody, spokojny, cierpliwy - obejrzał zdjęcia, zrobił tomografię, wyjaśnił wszystko krok po kroku. Powiedział: „Pani Tereso, wiek nie jest przeciwwskazaniem. Kość jest dobra. Możemy działać". Umówiłam termin na za trzy tygodnie. Wpłaciłam zaliczkę - cztery tysiące. Ręce mi drżały przy wpisywaniu PIN-u, ale nie ze strachu. Z czegoś innego. Chyba z ulgi.

Wieczorem zadzwonił Marcin. Nie o zęby. O Wielkanoc - czy będę robiła żurek i babkę, bo Kasia w tym roku nie ma czasu. Powiedziałam, że zrobię. Bo zawsze robię. I zanim się rozłączył, dodał: „Mamo, nie gniewaj się za te implanty. Po prostu się martwię, żebyś potem nie żałowała".

Nie gniewam się. Ale coś się we mnie przesunęło tamtej niedzieli. Jak meble w pokoju - niby wszystko to samo, a jednak inaczej się chodzi. Przez trzydzieści dwa lata byłam najpierw matką, potem resztą. Odkładałam na Marcina, wydawałam na Marcina, planowałam wokół Marcina. I kiedy wreszcie odłożyłam na siebie, usłyszałam, że w moim wieku to niepotrzebne.

Zabieg przeszedł dobrze. Dwa tygodnie chodziłam opuchnięta, jadłam zupki i jogurty. Marcin nie zadzwonił ani razu, żeby zapytać, jak się czuję. Zadzwoniła Kasia - krótko, ale zadzwoniła. I sąsiadka Jadwiga z czwartego piętra, która przyniosła mi rosół w słoiku i powiedziała: „Teresiu, nareszcie coś dla siebie. Dawno było trzeba".

Teraz czekam na korony. Przyjdą za dwa miesiące. Doktor Adamski mówi, że wszystko się goi pięknie. Patrzę w lustro i widzę dziurę w uśmiechu - tymczasową, ale swoją. Moją. Opłaconą moimi pieniędzmi, zarobionymi moją pracą, odłożonymi moim wyrzeczeniem.

Marcin przyjedzie w niedzielę. Ugotuję rosół i schabowe, jak zawsze. Hania wbiegnie do pokoju, Kasia schyli głowę nad telefonem. I pewnie nikt nie zapyta o moje zęby. A ja się zastanawiam - czy powinnam powiedzieć synowi o tych piętnastu tysiącach, których nigdy nie oddał? Czy to zmieni cokolwiek? A może po prostu powinnam przestać gotować ten rosół na szesnaście osób i zacząć gotować na jedną?

Nie wiem jeszcze. Ale wiem, że w poniedziałek znowu jadę do kliniki. I tym razem nikt mnie nie zapyta o wiek.