Zimą jestem rodzinnym szpitalem polowym: katar Frania, grypa córki, zatoki zięcia - syropy i rosoły do lutego. W tym roku w styczniu pojechałam z klubem seniora do term w Budapeszcie. Strój kąpielowy kupiłam pierwszy raz od dwudziestu lat.

„W twoim wieku, z obcymi, w basenie?!" W moim wieku woda trzyma tak samo. Sprawdziłam. Trzyma.

To zdanie - „w twoim wieku" - powiedziała moja córka Agnieszka. Stała w progu mojej kuchni na Grochowie, z Frankiem na biodrze i takim wyrazem twarzy, jakbym oznajmiła, że lecę na Marsa. Nie na Marsa. Do Budapesztu. Autokarem. Z klubem seniora przy Domu Kultury Świt. Czterdzieści osiem godzin.

- Mamo, a jak Franek się rozchoruje? - zapytała takim tonem, jakby katar trzyletniego wnuka był moim obowiązkiem konstytucyjnym.

- To dasz mu Neurofen i ogrzeje się pod kołdrą - odpowiedziałam. - Tak samo jak ja robiłam z tobą, kiedy babcia Stasia jechała do sanatorium.

Agnieszka postawiła Franka na podłodze i założyła ręce. Widziałam, jak w jej głowie formuje się lista argumentów.

Znałam tę listę, bo sama ją kiedyś napisałam - dwadzieścia lat temu, kiedy moja matka chciała pojechać z koleżankami na pielgrzymkę do Częstochowy, a ja miałam dwójkę małych dzieci i męża na delegacji. Nie pojechała. I do dziś nie wiem, czy to był jej wybór, czy mój szantaż owinięty w troskę.

Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt dwa lata, od trzech na emeryturze. Przez trzydzieści lat pracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej. Mąż Władek umarł siedem lat temu - wylew, na działce, przy podlewaniu pomidorów. Został mi blok, emerytury i dwoje dorosłych dzieci, które traktują mnie jak instytucję użyteczności publicznej. Agnieszka ma trzydzieści osiem lat, jest fizjoterapeutką, ma męża Tomka i Franka. Syn Darek ma trzydzieści pięć, mieszka we Wrocławiu z dziewczyną, dzwoni w niedziele, czasem zapomina.

Ten wyjazd do Budapesztu to był pomysł Lucyny z klubu. Lucyna ma sześćdziesiąt pięć lat, farbuje włosy na kasztan, nosi kolorowe szale i mówi głośno w autobusie. Władek by ją nazwał „za dużo Lucyny na metr kwadratowy". Ale Władka nie ma, a Lucyna jest, i to ona w listopadzie położyła na stole przede mną ulotkę: termy Széchenyi, dwa noclegi, śniadania, basen z widokiem na niebo.

- Bożena, kiedy ostatnio robiłaś coś dla siebie? - zapytała, a ja przez chwilę naprawdę się zastanawiałam. W grudniu upiekłam szarlotkę na szkolną gwiazdkę Franka. W styczniu gotowałam rosół, bo zięć leżał z zatokami, córka z grypą, a Franek z katarem. Nosiłam garnki przez pół Grochowa jak Czerwony Krzyż.

- Nie pamiętam - odpowiedziałam Lucynie. I to była prawda tak głęboka, że mnie zabolała.

Strój kąpielowy kupiłam w galerii na Targówku. Stałam w przymierzalni pod tym jarzeniowym światłem, które postarza nawet dwudziestolatki, i patrzyłam na siebie. Sześćdziesiąt dwa lata. Blizna po cesarce. Kolana, które skrzypią na schodach. Brzuch, który nie jest płaski od czasów Gierka. Wybrałam granatowy jednoczęściowy, prosty, bez falbanek. Sprzedawczyni powiedziała: „Ładnie pani w nim". Pewnie mówi to każdej, ale kupiłam.

Agnieszka dowiedziała się o wyjeździe tydzień przed datą. Celowo tak zaplanowałam - żeby nie zdążyła mnie wyperswadować.

- A leki masz? A paszport? A jak ci się ciśnienie podniesie? - pytała przez telefon.

- Agnieszka, jadę do Budapesztu, nie na Syberię.

- Mamo, ja się po prostu martwię.

Ale to nie był głos troski. To był głos kontroli - ten sam, którym ja kiedyś mówiłam do mojej matki: „Mamo, daj spokój, dokąd ci się wybierać". Rozpoznałam go i zrobiło mi się zimno.

Pojechałam. Autokar ruszył o szóstej rano z placu przed Domem Kultury. Lucyna miała termos z kawą i ciastka z makiem. Obok mnie siedziała Jadwiga, siedemdziesięciolatka, która trzy lata temu pochowała męża i zaczęła chodzić na taneczne. Mówi, że tango uratowało jej kręgosłup. I coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać.

W Budapeszcie pamiętam moment, który będę nosić w sobie do końca. Stałam na krawędzi basenu Széchenyi. Styczeń, zimne powietrze, para unosiła się z turkusowej wody. Wokół ludzie - obcy, w różnym wieku, z różnych krajów. Nikt na mnie nie patrzył. Nikt nie pytał, czy wzięłam leki. Nikt nie potrzebował rosołu.

Weszłam do wody. Ciepła, trzydzieści osiem stopni, trzymała mnie jak dłoń. Zamknęłam oczy i po prostu stałam. Pięć minut. Może dziesięć. Lucyna obok coś mówiła, ale ja nie słuchałam. Słuchałam ciszy w swojej głowie - pierwszej od lat.

Wieczorem w hotelu zadzwoniła Agnieszka. Franek miał gorączkę. Nie wielką, trzydzieści osiem, ale córka mówiła takim tonem, jakby dziecko leżało na OIOM-ie.

- Mamo, gdybyś tu była, to bym ci go podrzuciła, a sama poszła na dyżur.

Nie powiedziałam „przepraszam". Kiedyś bym powiedziała. Powiedziałam:

- Tomek jest w domu?

- Jest.

- To Tomek się zajmie. Dobranoc, kochanie.

Rozłączyłam się i długo patrzyłam na telefon. Ręce mi lekko drżały, ale nie z zimna. Z czegoś nowego. Z poczucia, że postawiłam granicę, a świat się nie zawalił.

Wróciłam po dwóch dniach. Franek był zdrowy. Agnieszka nie odezwała się przez tydzień. Kiedy w końcu przyszła w niedzielę na obiad, postawiła na stole sernik i powiedziała:

- Następnym razem powiedz wcześniej, to ci spakuję lepszy krem na twarz.

Nie przeprosiła. Ja też nie. Ale sernik był z rodzynkami, a to u Agnieszki forma pokoju.

Myślałam, że to koniec tematu. A potem, w marcu, Lucyna przyniosła nową ulotkę - tym razem Rogaška Slatina, Słowenia, termy, trzy noclegi, wyżywienie. Położyłam ulotkę na lodówce, pod magnesem z Władkowej działki.

Agnieszka zobaczyła ją w Wielkanoc, kiedy wyjmowała masło z lodówki. Zatrzymała się. Przeczytała. Nic nie powiedziała, ale widziałam, jak zaciska szczękę.

Darek, który przyjechał z Wrocławia na święta, zerknął przez jej ramię.

- Mamo, to jedź - powiedział z pełnymi ustami. - Zasłużyłaś.

- To nie chodzi o zasłużenie - warknęła Agnieszka.

I wtedy usłyszałam to, czego się bałam i na co czekałam jednocześnie.

- To o co chodzi? - zapytał Darek.

- O to, że mama ma swoje lata i obowiązki, a nie... - Agnieszka urwała. Spojrzała na mnie. Na ulotkę. Na Franka, który budował wieżę z klocków na dywanie. - O to, że mi jej brakuje, kiedy jej nie ma - dokończyła cicho.

Cisza. Franek zburzył wieżę i zaśmiał się.

Stałam z tą ulotką w ręku i wiedziałam, że cokolwiek teraz powiem, zmieni coś na lata. Mogłam powiedzieć: „To ja tu jestem, nigdzie się nie wybieram". Mogłam powiedzieć: „Jadę i koniec". Mogłam przytulić córkę i nic nie mówić.

Schowałam ulotkę do kieszeni fartucha. Agnieszka patrzyła na mnie, czekając.

- Herbaty? - zapytałam.

Woda trzyma. To wiem na pewno. Resztę dopiero sprawdzam.