Henryk oświadczył mi się w Ciechocinku, w kolejce do tężni. Jego dzieci od razu pytały, dokąd jedziemy w podróż poślubną. Moja córka przyszła z projektem intercyzy: „dla spokoju wszystkich, mamo, nie bierz tego do siebie".
Wzięłam tę kopertę do ręki i przez chwilę myślałam, że to życzenia urodzinowe. Takie ładne, kremowe, z logo kancelarii prawnej.
Agnieszka stała w progu mojej kuchni w tym swoim granatowym płaszczu, w którym wygląda jak prokuratorka, choć jest księgową w firmie budowlanej. Postawiła torbę na podłodze, a ja zauważyłam, że nie zdjęła butów. Nigdy tego nie robi, kiedy planuje szybko wyjść.
- Przeczytaj w spokoju, mamo. To naprawdę standard, wszyscy tak teraz robią - powiedziała tonem, którym tłumaczy mi obsługę nowego telefonu.
Otworzyłam kopertę. Cztery strony. „Umowa majątkowa małżeńska", „rozdzielność majątkowa", „składniki majątku osobistego". Przeczytałam pierwszy akapit i odłożyłam na stół, obok cukiernicy, którą dostałam od mamy na trzydzieste urodziny.
- Kto cię o to prosił? - zapytałam.
- Nikt mnie nie prosił. Sama pomyślałam.
- Sama pomyślałaś, że twoja matka jest na tyle głupia, że da się okraść sześćdziesięciopięcioletniemu emerytowi z Radomia?
Agnieszka westchnęła tym swoim westchnieniem, które znam od jej czternastego roku życia. Takim, które mówi: „Mamo, ty nic nie rozumiesz".
Henryka poznałam półtora roku temu, w sanatorium w Ciechocinku. Pojechałam sama, bo Agnieszka stwierdziła, że mi się przyda po tym, jak sprzedałam działkę ROD na Bielanach i nie wiedziałam, co ze sobą robić. Czterdzieści lat chodziłam na tę działkę. Najpierw z Jurkiem, potem sama, po jego śmierci. Pomidory, ogórki, maliny. A teraz ktoś stawia tam blok.
Henryk siedział na ławce przed tężnią i czytał gazetę. Nie jakąś tam, tylko „Politykę". Miał okulary zsunięte na czubek nosa i bluzę polarową w kolorze bordo. Wyglądał jak emerytowany nauczyciel, i właśnie nim był - historyk, trzydzieści dwa lata w liceum w Radomiu. Zagadał do mnie pierwszy, bo stałam obok i nie mogłam otworzyć butelki z wodą mineralną. Odkręcił, podał, powiedział: „Pani pozwoli, że się przedstawię, Henryk". I tak się zaczęło.
Trzy tygodnie sanatorium. Spacery po parku, kawa w cukierni „Pod Tężniami", rozmowy o wszystkim i o niczym. Henryk miał dwoje dorosłych dzieci - Marka i Katarzynę. Żona zmarła pięć lat temu na raka trzustki. Mówił o niej spokojnie, bez patosu, ale widziałam, jak mu się zaciskają palce na filiżance, kiedy wspominał ostatnie miesiące.
Po sanatorium dzwoniliśmy do siebie codziennie. On w Radomiu, ja w Warszawie. Potem zaczął przyjeżdżać w weekendy. Zostawiał u mnie szczoteczkę do zębów, kapcie, książkę na szafce nocnej. Agnieszka najpierw się cieszyła - „Mamo, super, wreszcie ktoś cię wyciągnie z tego mieszkania". Potem zaczęła zadawać pytania.
- A on ma emeryturę jaką? A mieszkanie własne? A te jego dzieci, to co robią?
Odpowiadałam cierpliwie. Henryk miał emeryturę nauczycielską, nie bajońską, ale godną. Mieszkanie własnościowe w bloku na Plantach w Radomiu, trzypokojowe. Marek pracował jako elektryk w Niemczech, Katarzyna prowadziła kwiaciarnię w Kielcach. Normalni ludzie, normalne życie.
A potem Henryk oświadczył mi się. Wróciliśmy do Ciechocinka we wrześniu, na rocznicę naszego spotkania. Stanął w tej kolejce do tężni, wyjął z kieszeni polarowej pudełeczko i powiedział: „Grażyna, mam sześćdziesiąt pięć lat, artretyzm w prawym kolanie i ciebie nie chcę już tylko odwiedzać. Chcę się przy tobie budzić codziennie".
Nie klęknął, bo kolano by mu nie wybaczyło. Ludzie w kolejce zaczęli klaskać. Jakaś kobieta w kapeluszu powiedziała: „Niech pani się zgadza, taki przystojny!" Powiedziałam tak. Powiedziałam tak i się rozpłakałam, i on też miał mokre oczy, choć udawał, że to od tężni.
Kiedy zadzwoniłam do Marka i Katarzyny - bo Henryk poprosił, żebym to ja, bo chciał, żeby mnie od razu polubiły - byli entuzjastyczni. „Kiedy ślub? Dokąd w podróż poślubną? Tato, zabierz panią Grażynę do Włoch, na pewno lubi makaron!" Marek śmiał się, a Katarzyna powiedziała ciepło: „Cieszę się, że tata znowu jest szczęśliwy".
A moja córka przyszła z intercyzą.
Nie od razu. Najpierw były trzy tygodnie milczenia. Dzwoniłam, pisałam SMS-y, wysłałam zdjęcie pierścionka. Agnieszka odpisywała krótko: „Ładny", „Super, mamo", „Pogadamy". Aż wreszcie przyszła, w tym granatowym płaszczu, z kopertą.
Nie kłóciłyśmy się. To było gorsze niż kłótnia. Agnieszka mówiła spokojnie, rzeczowo, jak na zebraniu zarządu. Że to normalna procedura. Że jej koleżanka Magda jest radcą prawnym i przygotowała projekt pro bono. Że chodzi o moje mieszkanie na Bielanach, o pieniądze ze sprzedaży działki, o „bezpieczeństwo obu stron".
- Obu stron - powtórzyłam. - Czyli Henryk to jest teraz „strona"?
- Mamo, nie dramatyzuj. To zabezpieczenie. Gdyby coś się nie ułożyło...
- A gdyby twój ojciec żył, to też byś mu kazała podpisać intercyzę?
Cisza. Agnieszka podniosła torebkę z podłogi.
- Tata to co innego - powiedziała cicho.
I wtedy zrozumiałam. To nie chodziło o pieniądze. To chodziło o Jurka. O to, że ktoś zajmuje jego miejsce. O to, że jego kapcie stoją jeszcze w szafie, a Henryk już zostawił swoje obok. Agnieszka nie bała się, że Henryk mnie okradnie. Bała się, że Henryk mnie zastąpi. Że zastąpi jej ojca. Że w tym mieszkaniu, gdzie rosła, gdzie Jurek naprawiał kran i śpiewał kolędy fałszując na całe osiedle - będzie teraz ktoś obcy.
Zadzwoniłam do Henryka wieczorem. Opowiedziałam mu wszystko. Milczał dłuższą chwilę.
- Podpiszę - powiedział. - Jeśli to da jej spokój, podpiszę. Nie o papier mi chodzi, Grażynko.
Leżałam potem w ciemności i myślałam, że mam sześćdziesiąt dwa lata i stoję między mężczyzną, który chce przy mnie być, a córką, która chce, żeby wszystko zostało jak było. I że gdziekolwiek się ruszę, kogoś zranię.
Intercyza leży na kuchennym stole, pod cukiernicą od mamy. Henryk przyjeżdża w sobotę. Agnieszka nie dzwoniła od tygodnia.
Czasem myślę, że powinnam po prostu podpisać te papiery i nie robić z tego sprawy. A potem patrzę na ten pierścionek z Ciechocinka i zastanawiam się, czy to naprawdę „dla spokoju wszystkich" - czy tylko dla spokoju mojej córki.