Synowa zrobiła w rodzinnej grupie świąteczne losowanie: „każdy kupuje jeden prezent, będzie sprawiedliwie". Mnie na liście nie było - „mama i tak kupuje wszystkim". Kupuję - jedenaście paczek, od dwudziestu lat. W tym roku wylosowałam sama siebie.
Zobaczyłam to w środę wieczorem, po dwunastogodzinnej zmianie w aptece. Stałam w przedpokoju, jeszcze w kurtce, z telefonem w ręku. Grupowa rozmowa na WhatsAppie - „Rodzina Kowalskich - Święta 2024". Kasia, żona mojego starszego syna Tomka, napisała długą wiadomość z emotikonami choinek i prezentów. Zasady, instrukcja, generator losowania. Pod spodem komentarze: „Super pomysł!", „Nareszcie porządek!", „A jaki budżet?".
Przewinęłam listę uczestników. Tomek, Kasia, Grześ, Monika, Patryk, Ola, nawet szesnastoletnia Zuzia i czternastoletni Kuba. Mnie nie było.
Napisałam do Kasi prywatnie: „Kasiu, chyba wypadłam z losowania?". Odpowiedź przyszła po trzech minutach, z uśmiechniętą buźką. „Mamo, ale Pani i tak zawsze kupuje wszystkim, prawda? To by było niesprawiedliwe, jakby Pani jeszcze od kogoś dostała, a reszta po jednym. Tak będzie sprawiedliwie 😊".
Pani. Po dwudziestu latach wciąż „Pani". Odłożyłam telefon na szafkę, zdjęłam buty, powiesiłam kurtkę. Zrobiłam sobie herbatę z cytryną. Usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam liczyć. Jedenaście osób. Jedenaście paczek, każdego roku. Tomek - zawsze coś elektronicznego, bo lubi gadżety. Kasia - perfumy albo dobra książka kucharska. Grześ - portfel albo pasek, bo ciągle gubi. Monika, jego żona - apaszka, bo nosi. Patryk, najmłodszy syn - bluza sportowa, on żyje na siłowni.
Ola, jego dziewczyna - czekoladki i krem, bo nie znam jej jeszcze dość dobrze. Zuzia - słuchawki albo kosmetyki. Kuba - gra na konsolę. Mama Kasi - kubek z ciepłym nadrukiem, bo przyjeżdża na Wigilię. Tata Kasi - skarpetki wełniane i dobra kiełbasa. I Andrzej. Mój mąż. Andrzej, z którym od trzech lat żyjemy jak współlokatorzy pod jednym dachem.
Mam sześćdziesiąt jeden lat, od trzydziestu sześciu jestem farmaceutką, ostatnie piętnaście pracuję w aptece na osiedlu Tysiąclecia w Poznaniu. Trzy zmiany tygodniowo po dwanaście godzin, bo ZUS nie jest łaskawy, a emerytura nie wystarczy na nic. Andrzej ma sześćdziesiąt trzy lata, od roku na emeryturze, siedzi w domu, ogląda TVN24 i chodzi na działkę. Rozmawiamy o rachunkach i o tym, czy kupić masło czy margarynę.
Ale prezenty - prezenty zawsze były moje. Moja domena, mój obowiązek, moja radość. A przynajmniej tak to kiedyś czułam.
Pierwszego grudnia, jak co roku, poszłam do galerii. Lista w torebce, zapisana ołówkiem na kartce z zeszytu w kratkę. Jedenaście pozycji. Chodziłam trzy godziny, nogi bolały, ale znalazłam prawie wszystko. Wracałam autobusem, z czterema reklamówkami, i myślałam o tej wiadomości od Kasi. „Pani i tak kupuje wszystkim". I tak. Jakby to było prawo natury. Jakby nie było w tym wyboru, wysiłku, godzin chodzenia po sklepach, liczenia pieniędzy, zastanawiania się, co komu sprawi radość.
Wieczorem Tomek zadzwonił. Nie o losowanie - o Wigilię. Czy będą pierogi z kapustą i z mięsem, czy tylko z kapustą. Czy robię barszcz, czy kupuję. Czy mogę upiec sernik, bo Kasia nie ma czasu.
- Tomku - przerwałam mu w połowie zdania o sernikach - widziałeś to losowanie w grupie?
- Jakie losowanie? A, to Kaśki pomysł. Dobry, nie? Mówi, że tak jest sprawiedliwiej, żeby nie było, że ktoś daje droższe, a ktoś tańsze.
- Mnie nie ma na liście.
Cisza. Słyszałam, jak w tle Zuzia krzyczy coś o ładowarce.
- No bo ty, mamo, i tak dajesz wszystkim. To by nie miało sensu, jakbyś jeszcze losowała.
- A czy komuś przyszło do głowy, że może ja też chciałabym dostać prezent?
- Mamo, no co ty. Przecież dostajesz. Tata ci zawsze coś daje.
Tata. Andrzej. W zeszłym roku dał mi patelnię. Rok wcześniej - lampkę do czytania z Biedronki. Praktycznie. Bez kartki, bez wstążki. Położone na stole w Wigilię ze słowami „o, to dla ciebie".
Nie powiedziałam tego Tomkowi. Powiedziałam „dobranoc" i się rozłączyłam.
Przez tydzień nosiłam to w sobie. W aptece mierzyłam ciśnienie starszym paniom, radziłam, jaki syrop na kaszel, wydawałam recepty. Uśmiechałam się. Wracałam do domu, pakowałam prezenty w pokoju na końcu korytarza, który kiedyś był pokojem Patryka. Wstążki, papier, kokardki. Każda paczka inna, każda podpisana. Robiłam to z zamkniętymi drzwiami, żeby Andrzej nie widział - nie dlatego, że to niespodzianka, ale dlatego, że on po prostu nie wchodził do tamtego pokoju.
W piątek, dziesięć dni przed Wigilią, usiadłam przy tym samym kuchennym stole i napisałam wiadomość do rodzinnej grupy. Pisałam ją czterdzieści minut. Kasowałam, pisałam od nowa, kasowałam. W końcu zostało jedno zdanie: „Kochani, w tym roku postanowiłam dołączyć do losowania. Wylosowałam sama siebie. Kupię sobie prezent ode mnie".
Wysłałam i wyłączyłam telefon.
Kiedy włączyłam go następnego ranka, było siedemnaście wiadomości. Kasia: „Mamo, to był żart, prawda? 😅". Tomek: „Mamo, zadzwoń do mnie". Grześ: „O co chodzi?". Monika: „Może porozmawiajmy spokojnie". Patryk przysłał tylko znak zapytania. Andrzej, który siedział w tym samym mieszkaniu, w pokoju obok, nie napisał nic. Nie powiedział też nic przy śniadaniu.
Nie odpisałam nikomu. Pojechałam do galerii. Sama. Bez listy. Pierwszy raz od dwudziestu lat szłam po sklepach i nie myślałam o tym, co lubi Kasia, jaki rozmiar nosi Patryk, czy Kuba ma już tę grę. Kupiłam sobie szalik. Kaszmirowy, bordowy, absurdalnie drogi jak na moją kieszeń. Weszłam do kawiarni, zamówiłam latte z syropem karmelowym i siedziałam godzinę przy oknie, patrząc na ludzi z torbami pełnymi prezentów.
Na dwa dni przed Wigilią Grześ przyjechał bez zapowiedzi. Usiadł w kuchni, zjadł trzy pierogi z talerza, który stygł na blacie, i powiedział:
- Mamo, cała rodzina się martwi. Kasia płacze, że to przez nią.
- A płacze dlatego, że jej przykro, czy dlatego, że nie wie, kto teraz kupi reszcie prezentów?
Grześ zamilkł. Patrzył na mnie tak, jakby mnie widział pierwszy raz.
- Nie wiedziałem, że to tak czujesz - powiedział cicho.
- Bo nikt nie pytał.
Jedenaście paczek leżało zapakowanych w pokoju Patryka. Każda z kokardką, każda podpisana moim okrągłym pismem. Stałam w progu tego pokoju wieczorem dwudziestego trzeciego grudnia i patrzyłam na nie. W kącie, na parapecie, leżał bordowy szalik w bibułce.
Zaniosłam paczki pod choinkę. Wszystkie jedenaście. I tę dwunastą - dla siebie. Położyłam ją między resztą, z karteczką: „Dla Bożeny, od Bożeny". Andrzej zerknął, nic nie powiedział. Wrócił do telewizora.
W Wigilię rodzina przyjechała jak co roku. Barszcz, pierogi, karp, sernik. Wszyscy rozsiedli się przy stole, który rozkładałam od rana. Kiedy przyszedł czas na prezenty, każdy dostał swoją paczkę ode mnie. I każdy dostał swoją z losowania - od jednej wybranej osoby. Tomek od Moniki, Kasia od Patryka, Zuzia od Kuby. Było wesoło, papier latał po podłodze.
Nikt nie dał mi paczki. Andrzej położył na stole plastikową torbę z Rossmanna - krem do rąk i zestaw herbat. „O, to dla ciebie".
Rozpakowałam swój bordowy szalik. Założyłam go przy stole. Kasia patrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Grześ opuścił wzrok. Tomek jadł sernik.
Nikt nie skomentował. Ale kiedy wychodziłam do kuchni po kompot z suszu, usłyszałam szept Zuzi do Kuby: „Babcia kupiła sobie prezent sama, bo nikt jej nie kupił. To jest smutne".
Wróciłam do stołu z kompotem i uśmiechem. Szalik był miękki i ciepły na szyi. Pierwszy prezent od dwudziestu lat, który naprawdę chciałam dostać. Tyle że nie wiem, czy to, co zrobiłam, było odwagą - czy początkiem czegoś, z czego nie da się już wrócić.