Od listopada pakuję prezenty całej rodzinie - „ty masz rękę, mamo": sześćdziesiąt paczek, wstążki, bileciki. W tym roku w grudniu byłam w Karwi - wiatr, puste molo, grzaniec w termosie. Prezenty poszły w papierze z marketu, klejone na krzywo. Podobno nikt nie zauważył różnicy. Ja zauważyłam: pierwszą wolną niedzielę grudnia od dwudziestu lat.
Zaczęło się od listy. Zawsze zaczynało się od listy. Pierwszy weekend listopada, sobota rano, herbata z cytryną na stole, laminowany zeszyt A4 w kratkę. Na pierwszej stronie - imiona. Czterdzieści osiem osób w zeszłym roku. W tym - sześćdziesiąt, bo Marta urodziła bliźniaki, Kacper się ożenił, a kuzynka Bożena zaprosiła na Wigilię nowego partnera. Sześćdziesiąt prezentów.
Dla każdego inny, dla każdego przemyślany, dla każdego zapakowany tak, żeby pod choinką wyglądał jak z katalogu.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i przez ostatnie dwadzieścia byłam główną pakowaczką, kupowaczką i organizatorką świąt Bożego Narodzenia dla czterech gałęzi rodziny Szymańskich. Mojej, Andrzeja, jego brata i mojej siostry Teresy. „Ty masz rękę, mamo" - powtarzała Marta, odkąd skończyła osiemnaście lat. „Ty masz rękę, Halina" - mówiła teściowa, zanim odeszła. „Halina się zajmie" - kwitował Andrzej i wracał do garażu.
I Halina się zajmowała. Bo kto inny?
Pakowałam w pokoju na piętrze naszego domu pod Poznaniem. Andrzej wyniósł stamtąd swoje rzeczy piętnaście lat temu, kiedy dzieci się wyprowadziły, i od tamtej pory był to „pokój prezentowy". W szafie trzymałam dwanaście rolek papieru ozdobnego, sześć rodzajów wstążek, nożyce do falbanek, stempel z napisem „Wesołych Świąt", lak, pieczątki, bileciki w czterech kolorach. Na komodzie stała maszyna do laminowania - kupiona specjalnie do etykiet na słoiki z dżemami, które też robiłam ja. Na podłodze, od pierwszego weekendu listopada do dwudziestego trzeciego grudnia, rosły stosy paczek ułożone alfabetycznie według rodzin.
W październiku tego roku poszłam do lekarza. Nic groźnego - ból w nadgarstku, który ciągnął się od wiosny. Pani doktor obejrzała, pokiwała głową. Zespół cieśni nadgarstka. „Musi pani odpuścić powtarzalne ruchy rękami. Krojenie, szycie, pakowanie - najlepiej na kilka miesięcy."
Wróciłam do domu i usiadłam przy kuchennym stole. Andrzej jadł kotleta schabowego i oglądał wiadomości. Powiedziałam mu o diagnozie. Kiwnął głową. „No to w tym roku nie pakujesz." Powiedział to tak, jakbym oznajmiła, że nie będę podlewać pelargonii.
- A kto zapakuje? - spytałam.
Wzruszył ramionami. „Każdy swoje."
Zadzwoniłam do Marty tego samego wieczoru. Cisza w słuchawce, a potem: „Mamo, no ale jak to? A babcia? A ciocia Teresa? A dzieci Kacpra? Nie możesz chociaż nadzorować? Ja bym przyjeżdżała w weekendy, a ty byś mówiła co jak."
Poczułam coś dziwnego. Nie złość - to przyszło później. Raczej zmęczenie tak głębokie, że aż fizyczne, jakby ktoś wyciągnął korek i dwadzieścia lat odpływało z trzaskiem. Powiedziałam: „Martuś, w tym roku naprawdę nie dam rady." I po raz pierwszy w życiu nie dodałam „ale coś wymyślę".
Teresa zareagowała inaczej. „Halinka, ty chyba żartujesz. Co ja powiem ludziom? Że nie będzie prezentów?" Tłumaczyłam, że prezenty będą, tylko zapakowane zwyczajnie. „Zwyczajnie?" - powtórzyła takim tonem, jakbym powiedziała „brudną gazetą". Odłożyła słuchawkę ze słowami „to ja muszę przemyśleć Wigilię".
I wtedy właśnie zrobiłam coś, czego nie planowałam. Zadzwoniłam do pensjonatu w Karwi, w którym byliśmy z Andrzejem dwadzieścia pięć lat temu, jeszcze przed dziećmi. Pani Krystyna, właścicielka, żyła. Miała wolny pokój. Od piątku do niedzieli, pierwszy weekend grudnia. Cena śmieszna, bo poza sezonem nikt tam nie jeździł.
Andrzejowi powiedziałam we wtorek.
- Do Karwi? Teraz? Po co? - Patrzył na mnie znad gazety tak, jakbym oznajmiła, że lecę na Marsa.
- Bo chcę.
To było nowe zdanie w naszym domu. Ja nigdy nie jeździłam, bo chciałam. Jeździłam na pogrzeby, do sanatorium z NFZ, na komunię wnuków. „Bo chcę" nie istniało w moim słowniku. Andrzej mruknął coś o marnowaniu pieniędzy i wrócił do gazety. Ale nie zaprotestował. Może dlatego, że w grudniu miał wolne soboty i mógł spokojnie siedzieć w garażu.
W piątek rano wsiadłam do pociągu z Poznania. Miałam ze sobą torbę podróżną, termos z grzańcem, książkę i absolutnie żadnych wstążek. Za Bydgoszczą zaczął padać śnieg. Patrzyłam na pola za oknem i płakałam - cicho, żeby sąsiad z przedziału nie zauważył. Nie wiedziałam, dlaczego płaczę. Chyba z ulgi.
Karwia w grudniu to inny świat. Puste ulice, zamknięte budki z goframi, wiatr od morza taki, że trzeba iść pochylonym. Molo skrzypiało pode mną jak stara podłoga. Stałam na końcu z termosem w dłoniach i piłam grzaniec, a przede mną było tylko morze - szare, zimne, piękne. Żadnej listy. Żadnych bilecików. Żadnego „Halina się zajmie".
Wieczorem pani Krystyna podała mi rybę po grecku i herbatę. Gadałyśmy do dziesiątej. Okazało się, że jej mąż umarł pięć lat temu i od tamtej pory prowadzi pensjonat sama. „Wiesz co, Halina" - powiedziała - „ja pierwszą Wigilię po Staszku spędziłam tutaj, przy kuchennym stole, z kotem. I wiesz co? Kot nie narzekał na prezenty."
W niedzielę wróciłam do domu. Prezenty kupiłam wcześniej - wybrałam je z głową, jak zawsze. Ale zapakowałam je w brązowy papier z Biedronki, taśmą klejącą, niektóre krzywo, bo nadgarstek bolał mimo ortezy. Żadnych wstążek, żadnego laku, żadnych stempli. Napisałam bileciki zwykłym długopisem na kartkach wyrwanych z notesu.
Na Wigilii u Teresy nikt nie powiedział ani słowa. Dzieci zrywały papier w trzy sekundy, jak zawsze. Dorośli mówili „o, dziękuję" i odkładali na bok, jak zawsze. Kacper nawet nie zauważył, że jego paczka była kwadratowa, a prezent okrągły. Bliźniaki Marty bardziej interesowały się folią bąbelkową niż jakąkolwiek wstążką.
Tylko Teresa rzuciła mi spojrzenie nad stołem. Krótkie, szybkie, natychmiast zamaskowane uśmiechem. Wiedziałam, co znaczy: „widzę, że się nie postarałaś". A może widziałam to, co chciałam widzieć. Może Teresa po prostu szukała salaterki z karpiem.
Marta podeszła do mnie w kuchni, gdy zmywałam talerze. „Mamo, fajnie wyglądasz. Taka... odpoczęta." Chciała dodać coś jeszcze, ale ugryzła się w język. Widziałam to po jej oczach. Może chciała powiedzieć „w przyszłym roku znowu zapakujesz normalnie, prawda?". A może chciała powiedzieć „przepraszam". Nie wiem. Nie spytałam.
Jest styczeń. Laminowany zeszyt leży w szufladzie. Nie wyjęłam go po Nowym Roku, żeby zapisać notatki na następne święta, jak robiłam co roku. Nadgarstek powoli się goi. Andrzej nie pyta o Karwię. Teresa dzwoni rzadziej niż zwykle. A ja siedzę wieczorami w „pokoju prezentowym" i po raz pierwszy od dwudziestu lat nie wiem, co z nim zrobić.
Może postawię tam fotel i lampę. Może będę tam czytać książki. A może w listopadzie znowu wyjmę wstążki.
Jeszcze nie wiem. I chyba to jest w tym wszystkim najdziwniejsze - że nie wiem, i że jakoś mi z tym dobrze.