Syn z rodziną wprowadzili się „na czas remontu łazienki" - mija siódmy miesiąc. Od sąsiadki z ich bloku dowiedziałam się przypadkiem: w ich mieszkaniu od pół roku mieszkają studenci, czynsz dwa osiemset. Remont obejrzałam osobiście: jedna rozkuta ściana, zasłonięta folią. Gościnę wypowiedziałam z terminem dwutygodniowym - jak studentom. Folia opadła, remont przyspieszył cudownie.

Ale zacznę od początku. Bo ta historia nie zaczęła się od folii budowlanej ani od sąsiadki Ireny, która lubi wiedzieć wszystko o wszystkich. Zaczęła się od jednego zdania, wypowiedzianego w mojej kuchni w październiku zeszłego roku.

- Mamo, z tą łazienką to będzie masakra. Dwa, może trzy tygodnie. Agnieszka z Olkiem nie mogą siedzieć bez wanny. Pozwolisz? - Tomek stał w drzwiach, trzymał Olka na ręku, a sześciolatek machał do mnie łapką obklejoną plastrami z dinozaurami. Miał wtedy katar, pamiętam, bo wycierał nos w kołnierz mojego swetra.

Co miałam powiedzieć? Nie? Jedynemu synowi? Siedemdziesiąt dwa metry na Bielanach, dwa pokoje plus kuchnia z oknem - dla jednej emerytowanej księgowej to i tak za dużo. Odkąd Witek odszedł osiem lat temu, czasem zdarzały się wieczory, kiedy rozmawiałam z telewizorem, bo cisza stawała się nie do zniesienia. Więc powiedziałam: jasne, synku. Wprowadzajcie się.

Pierwszego tygodnia było pięknie. Olek biegał po korytarzu, Agnieszka gotowała obiady, których nie jadłam od lat - zupę tajską, coś z kurczakiem i miodem. Tomek wieczorami siedział ze mną przy herbacie i opowiadał o robocie. Ma firmę remontowo-budowlaną, dwa busy, czterech pracowników. Ironia losu, prawda? Facet od remontów, który nie potrafi wyremontować własnej łazienki.

Po trzech tygodniach zapytałam ostrożnie, jak idą prace. Tomek machnął ręką - majster się rozchorował, kafle zamówione z opóźnieniem, hydraulik dopiero w grudniu ma okienko. Znam to. Przez trzydzieści lat pracy w księgowości w Ursusie nauczyłam się, że jak ktoś podaje trzy wymówki naraz, to żadna nie jest prawdziwa. Ale pomyślałam: nie będę taka matka. Nie będę podejrzliwa. Dałam spokój.

W grudniu przygotowałam Wigilię na cztery osoby. Agnieszka przyniosła sałatkę z awokado - Olek nie chciał jeść, ja też nie, ale pokroiłam grzecznie na talerzu, żeby synowa się nie obraziła. Siedzieliśmy przy stole, opłatek, życzenia. Tomek życzył mi zdrowia i cierpliwości. Cierpliwości. Teraz myślę, że to był jedyny szczery fragment tego wieczoru.

Styczeń, luty, marzec. Moje mieszkanie przestało być moje. Agnieszka przemeblowała salon - „bo Olek potrzebuje kącika do zabawy". Moja meblościanka po Witku wylądowała w piwnicy. Kryształowy wazon od mamy stał teraz na szafie w sypialni Tomka i Agnieszki - bo tak, moja sypialnia stała się ich sypialnią. Ja spałam na rozkładanej kanapie w tym, co Agnieszka nazywała „pokojem babci". Pokojem babci. W moim własnym mieszkaniu.

Nie narzekałam. Bo sąsiadki z klatki mówiły: „Grażyna, ale masz szczęście, syn przy tobie, wnuczek, nie jesteś sama." I ja im wierzyłam. Albo chciałam wierzyć. Bo alternatywą było przyjąć do wiadomości, że mój syn mnie wykorzystuje, a na to nie byłam gotowa.

Aż przyszedł kwiecień. Sobota, południe, piękna pogoda. Pojechałam na targ na Wolumen po truskawki, bo Olek je uwielbia. Wracam, mijam przystanek, a tam Irena. Sąsiadka z bloku Tomka. Osiemdziesiąt lat, pamięć jak brzytwa, złośliwość jak u kota, który udaje, że śpi.

- O, pani Grażynko! A jak tam u syna? Bo u was na klatce - znaczy na ich klatce - studenci się wprowadzili. Troje. Głośno grają po nocach, ale przynajmniej płacą w terminie, mówił mi pan Kazimierz z administracji. Dwa osiemset miesięcznie, to chyba nieźle jak na dwa pokoje, nie?

Stanęłam z tymi truskawkami i poczułam, jak mi robi się gorąco, mimo że wiał wiatr. Nie zapytałam o nic więcej. Podziękowałam. Wróciłam do domu, postawiłam truskawki na blacie i usiadłam przy kuchennym stole. Tomek z Agnieszką byli na spacerze z Olkiem. Miałam może godzinę.

Przez tę godzinę odbyłam w głowie rozmowę z Witkiem. Z moim zmarłym mężem, który zawsze mówił: „Grażyna, ty jesteś za dobra. I ludzie to widzą." Odpowiedziałam mu w myślach: „Witek, masz rację. Ale dziś się to kończy."

Następnego dnia, w niedzielę, powiedziałam Tomkowi, że jadę po leki do apteki. Zamiast tego wsiadłam w tramwaj i pojechałam na ich osiedle. Klucze miałam od lat - Tomek dał mi zapasowe, kiedy się wprowadzał pięć lat temu. Weszłam do mieszkania. Pachniało obcymi perfumami i tostami. Na wieszaku wisiały kurtki, których nie znałam. W salonie laptop, książki do prawa cywilnego. W sypialni - łóżko studenckie z IKEI.

I ta łazienka. Weszłam i zobaczyłam: jedna ściana rozkuta, folia budowlana zasłaniająca dziurę, na podłodze warstwa kurzu tak gruba, że było widać ślady moich butów. Nikt tu nie pracował od miesięcy. To był teatr. Dekoracja. Rozkuta ściana jak alibi.

Wróciłam do domu. Umyłam ręce. Zagotowałam wodę na herbatę. I czekałam.

Wrócili o czwartej. Olek wbiegł pierwszy, rzucił się na mnie: „Babciu, byliśmy na lodach!" Pogłaskałam go po głowie, poczułam zapach truskawkowych lodów w jego włosach i pomyślałam: to nie jego wina. Nic z tego nie jest jego wina.

- Tomek, usiądź - powiedziałam. Agnieszka chciała wyjść z kuchni, ale pokręciłam głową. - Ty też, Agnieszka.

- Mamo, co się...?

- Byłam dziś w waszym mieszkaniu. Widziałam tę łazienkę. Widziałam studentów. Wiem, że wynajmujecie za dwa osiemset.

Cisza. Agnieszka patrzyła w blat. Tomek otworzył usta, zamknął, otworzył znowu.

- Mamo, to nie tak... My naprawdę planowaliśmy remont, ale potem wyszły inne wydatki, firma miała problem z płynnością, i pomyśleliśmy, że chwilowo...

- Chwilowo - powtórzyłam. - Siedem miesięcy. Śpię na kanapie we własnym mieszkaniu. Moja meblościanka jest w piwnicy. A wy zarabiacie na mnie dwa osiemset miesięcznie.

- Nie na tobie, mamo. Na mieszkaniu.

- Na moim poświęceniu, Tomek. To jest różnica.

Tomek spuścił wzrok. Agnieszka milczała. Dobrze, że milczała, bo gdyby wtedy powiedziała cokolwiek o awokado, tajskich zupach albo o tym, jak to mi pomagają, tobym chyba nie wytrzymała.

Położyłam na stole kartkę. Napisałam ją rano, ręcznie, na papierze w kratkę wyrwanym z zeszytu Olka. Cztery zdania. Proszę o opuszczenie mieszkania w terminie czternastu dni. Data, podpis. Jak wypowiedzenie dla studentów - bo skoro już gramy w wynajmowanie, to grajmy uczciwie.

Tomek przeczytał i podniósł na mnie oczy. Zobaczył w nich coś, czego chyba nigdy wcześniej nie widział - bo nie próbował negocjować.

- Dobrze, mamo - powiedział cicho.

Wyszli w dziesięć dni. Remont łazienki ukończyli w trzy tygodnie. Cudowne uzdrowienie, jak ręką odjął. Olek dzwoni do mnie codziennie wieczorem i mówi: „Babciu, dobranoc." Tomek milczy. Agnieszka wysyła SMS-y z przepisami na ciasta, jakby nigdy nic.

Siedzę teraz w swoim salonie. Meblościanka wróciła na miejsce. Kryształowy wazon stoi tam, gdzie stał zawsze - na środkowej półce, obok zdjęcia Witka. Cisza. Taka sama jak kiedyś, przed październikiem. Tylko że teraz, kiedy rozmawiam z telewizorem, to nie z samotności. Tylko dlatego, że wreszcie mogę.

Czasem w nocy budzę się i myślę: a może byłam za ostra? Może powinnam była dać im czas, porozmawiać spokojniej, zrozumieć te problemy z firmą? A potem przypominam sobie tę folię. Tę jedną rozkutą ścianę, która miała mnie trzymać w posłuszeństwie. I wiem, że zrobiłam, co musiałam. Albo tylko chcę w to wierzyć - bo nie wiem, kiedy mój syn zadzwoni następnym razem. I czy zadzwoni.