
Dzieci „zorganizowały" mi remont łazienki. Przy zdejmowaniu regału fachowiec podał mi kopertę: moja skrytka z banknotami, tom Sienkiewicza. Oddał do rąk, nie pytając o nic. Rodzina pytała cały wieczór: „po co trzymasz w domu?! Przelej nam, bezpieczniej!". Fachowcowi upiekłam sernik. Rodzinie odpowiedziałam: u Sienkiewicza leżało czterdzieści lat. U was by nie poleżało.
Ale po kolei, bo ta historia nie zaczęła się od remontu. Zaczęła się od telefonu, który zadzwonił w lutym, w środę, tuż po szóstej wieczorem. Zmywałam talerze po kolacji - zupa pomidorowa z ryżem, ta sama od trzydziestu lat - kiedy na wyświetlaczu pojawiło się „Agnieszka". Moja starsza córka. Podniosłam, ścierając ręce w ścierkę.
- Mamo, rozmawiałyśmy z Kasią i podjęłyśmy decyzję. Robimy ci łazienkę.
Nie „chciałybyśmy zrobić". Nie „co myślisz". Podjęłyśmy decyzję. Tak powiedziała moja córka, jakby chodziło o remont w jej mieszkaniu, a nie w moim. W mieszkaniu, w którym mieszkam od czterdziestu trzech lat, od kiedy Henryk - niech mu ziemia lekką będzie - przyniósł klucze i powiedział: „Bożena, będzie ciasno, ale nasze".
Mam sześćdziesiąt siedem lat. Jestem emerytowaną księgową z dwudziestoletnim stażem w „Społem" i kolejnymi piętnastu w urzędzie gminy na Pradze. Wychowałam dwie córki. Pochowałam męża osiem lat temu. Jakoś sobie radzę. Łazienka miała pęknięte kafle, to prawda. Kran w umywalce kapał od Bożego Narodzenia. Ale to była moja łazienka i mój kapający kran.
- Agnieszka, ja nie prosiłam o żaden remont - powiedziałam spokojnie.
- Właśnie dlatego, mamo. Bo ty nigdy o nic nie prosisz. Pan Mariusz przyjdzie w przyszłym tygodniu na oględziny. My płacimy.
Pan Mariusz przyszedł w następny wtorek. Niski, krępy, koło pięćdziesiątki, w czystym roboczym kombinezonie. Podał mi rękę, zdjął buty w przedpokoju bez pytania i powiedział: „Pokaże pani tę łazienkę, to wycenię uczciwie". Spodobał mi się. Nie gadał dużo, nie obiecywał cudów, zapisywał coś w zeszycie ołówkiem. Zapytał, czy mieszkam sama. Powiedziałam, że tak. Pokiwał głową i dodał: „To zrobimy szybko, żeby pani niedługo była bez wody".
Remont zaczął się w marcu. Agnieszka i Kasia dzwoniły co drugi dzień, ale nie po to, żeby zapytać, jak się czuję z obcym człowiekiem w domu. Dzwoniły, żeby kontrolować postępy. „Czy pan Mariusz już skuł kafle?", „Czy brodzik będzie ten, co ustalałyśmy?", „Mamo, nie wchodź mu w robotę". Czułam się jak lokatorka we własnym mieszkaniu.
A pan Mariusz pracował cicho i solidnie. Stawiał narzędzia pod ścianą, zamiatał po sobie, a raz nawet wyniósł mi śmieci, bo zobaczył, że ciężko dźwigam. Pił herbatę z cytryną, bez cukru. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach - o cenach w Biedronce, o tym, że wiosna późna w tym roku, o jego synu, który studiuje w Poznaniu.
Czwartego dnia zabrał się za regał. Ten regał stał w łazience od samego początku - Henryk go zamontował, kiedy się wprowadziliśmy. Drewniany, brzydki, pomalowany trzy razy na biało. Na nim stały szampony, ręczniki, zapasowe mydła. A za nim, między ścianą a tylną ścianką regału, od lat leżała koperta.
Kiedy usłyszałam skrzypienie odrywanego regału, serce mi stanęło. Stałam w kuchni i nagle sobie przypomniałam. Pan Sienkiewicz. „Ogniem i mieczem", wydanie z osiemdziesiątego drugiego roku, twarda oprawa, ceglasta okładka. W środku koperta. W kopercie - pieniądze. Nie miliony, ale moje. Odkładane złotówka po złotówce, jeszcze za Henryka, potem same. Na wszelki wypadek. Na czarną godzinę, jak mawiała moja mama. Schowane tak, jak ona mnie nauczyła - w książce, za meblami, gdzie nikt nie szuka.
Pan Mariusz wszedł do kuchni, trzymając w jednej ręce zakurzoną książkę, a w drugiej kopertę. Położył jedno i drugie przede mną na stole. Koperta była gruba. Widać było, że wie, co w niej jest. Albo się domyśla.
- Pani Bożeno, to leżało za regałem - powiedział i wrócił do łazienki.
Nic więcej. Żadnego pytania. Żadnego dziwnego spojrzenia. Jakby oddał mi ścierkę albo zgubioną śrubkę. Usiadłam przy stole i otworzyłam kopertę. Policzyłam. Wszystko było. Dokładnie tyle, ile schowałam ostatni raz trzy lata temu, kiedy sprzedałam broszkę po mamie, bo bałam się, że Kasia znowu poprosi o pożyczkę „na miesiąc". Miesiąc u Kasi to pół roku minimum.
Wieczorem zadzwoniła Agnieszka. Opowiedziałam jej o kopercie. Nie wiem dlaczego - chyba dlatego, że byłam wzruszona uczciwością pana Mariusza i chciałam się tym podzielić. Błąd.
W ciągu godziny miałam obie córki na wideo. Kasia z mężem Dariuszem, Agnieszka sama, ale z tym swoim tonem starszej siostry, która wie lepiej.
- Mamo, ile tam jest? - zapytała Kasia.
- To nie ma znaczenia ile - odpowiedziałam.
- Jak to nie ma znaczenia? Trzymasz gotówkę w łazience za regałem. A jakby ktoś włamał się? A jakby zalanie? Mamo, to nieodpowiedzialne.
Agnieszka się wtrąciła: - Przelej to na konto. Albo wiesz co - przelej nam, każdej po połowie. Będziemy trzymać, bezpieczniej. Ty i tak nie wydajesz dużo.
Patrzyłam na ekran telefonu i widziałam ich twarze - moje córki, które kocham nad życie - i czułam coś, co trudno nazwać. Nie złość. Raczej zmęczenie. To zmęczenie, kiedy tłumaczysz coś po raz setny, a i tak nikt nie słucha.
- Dziewczynki - powiedziałam powoli - te pieniądze leżą u Sienkiewicza czterdzieści lat. Nikt ich nie ruszył. Nikt o nich nie wiedział. Leżały spokojnie, cierpliwie, jak dobry sąsiad. U was by nie poleżały.
Cisza. Kasia się zarumieniła, widziałam nawet przez ekran. Dariusz gdzieś zniknął z kadru. Agnieszka otworzyła usta, zamknęła, otworzyła znowu.
- Mamo, to nie fair - powiedziała w końcu.
- Może nie - odpowiedziałam. - Ale to prawda.
Rozłączyłam się pierwsza. Potem długo siedziałam w kuchni. Herbata wystygła. Za oknem na osiedlu ktoś trzasnął drzwiami samochodu. Myślałam o mamie, która całe życie chowała pieniądze w słoiku od ogórków za szafą. Tata wiedział i nigdy nie ruszył. Mama wiedziała, że wie, i nigdy o tym nie rozmawiali. To był ich układ. Ich zaufanie. Milczące i pewne.
Następnego dnia upiekłam sernik. Taki jak robiła mama - na kruchym spodzie, z rodzynkami, z wanilią prawdziwą, nie tą z torebki. Pan Mariusz przyszedł rano, ja postawiłam sernik na stole i powiedziałam: „To dla pana. Za uczciwość".
Popatrzył na mnie i powiedział: - Pani Bożeno, moja mama też chowała w książkach. U niej to był Prus.
Uśmiechnęliśmy się do siebie. Nic więcej nie trzeba było mówić.
Łazienka jest teraz śliczna. Białe kafle, nowa umywalka, brodzik zamiast wanny, bo tak wygodniej na moje kolana. Córki są zadowolone, chwalą się przed koleżankami, że mamie zrobiły remont. Ja jestem wdzięczna, naprawdę jestem. Ale koperta z powrotem leży w książce. Innej, bo „Ogniem i mieczem" wróciło na półkę w pokoju. Teraz pilnuje pieniędzy „Lalka". Też Sienkiewicz? Nie - Prus. Może to znak.
Córki nie dzwoniły przez tydzień po tamtej rozmowie. Potem Kasia napisała SMS: „Mamo, przepraszam, nie powinnam była pytać ile". Agnieszka nie przeprosiła. Zadzwoniła po dziesięciu dniach i zaczęła od pogody. Obie wiedzą, że pieniądze nadal leżą w domu. Żadna nie wie gdzie. I to jest chyba dobrze. Albo nie - sama już nie wiem.
Czasem myślę, czy powinnam im powiedzieć. Czy powinnam zaufać. Czy moja mama, chowając złotówki za szafą, robiła to z mądrości, czy ze strachu. I czy ja robię to samo z mądrości - czy po prostu nie ufam własnym dzieciom.
A potem sobie przypominam twarz pana Mariusza, kiedy kładł tę kopertę na stole. Spokojną, bez ciekawości. I myślę: są jeszcze ludzie, przy których pieniądze mogą poleżeć.