
Dwa razy w miesiącu łapałam się w drzwiach: „a gaz wyłączony?". Wracałam, sprawdzałam, był wyłączony - ale strach jechał ze mną w autobusie. Kupiłam czujnik gazu i zawór z czasomierzem. Sama, bez ogłaszania rodzinie - bo z tej mąki byłby „dom opieki, mamo, sama widzisz".
Strach się oswaja narzędziami, nie odbieraniem życia. Autobusem jeżdżę teraz spokojna.
Ale nie od razu byłam spokojna. I nie od razu wiedziałam, że ta walka - z gazem, ze strachem, z własnymi dziećmi - stanie się walką o coś znacznie większego niż kuchenka.
Zaczęło się w styczniu. Wracałam z porannej mszy w kościele na Gocławiu, było minus piętnaście, autobus 117 stał w korku na Saskiej. Nagle pomyślałam: gaz. Palnik. Robiłam herbatę przed wyjściem, ale czy go wyłączyłam? Obraz płomienia pod czajnikiem wwiercił mi się pod czaszkę i siedział tam jak kolec.
Wysiadłam dwa przystanki wcześniej, wróciłam piechotą. Palnik był wyłączony. Czajnik stał na swoim miejscu, zimny. Herbata w kubku nawet nie dopita.
Powiedziałam sobie wtedy: Halina, masz sześćdziesiąt cztery lata, jesteś zdrowa jak koń, to było jednorazowe. Zdarza się każdemu.
Tydzień później było to samo. Tym razem w drodze na pocztę po odbiór paczki od młodszej córki, Agnieszki, która mieszka w Krakowie i co miesiąc wysyła mi albo herbatę owocową, albo krem na ręce, albo jedno i drugie z karteczką „Mamo, kocham, dbaj o siebie". Stałam w kolejce na poczcie, a w głowie migało mi: kurki na kuchence, kurki na kuchence. Wyszłam bez paczki. Pobiegłam do domu. Gaz był wyłączony.
Zaczęłam to liczyć. Dwa, trzy razy w miesiącu. Zawsze ten sam scenariusz - wychodzę, zamykam drzwi, robię kilka kroków i nagle mnie chwyta. Nie panika, nie atak serca, nic z tych rzeczy. Po prostu pewność, że coś zostawiłam włączone, że wrócę do spalonego mieszkania, że sąsiedzi zginą przeze mnie. Ta pewność była fizyczna, miała smak metaliczny na języku i ciężar w nogach.
Przez trzydzieści lat pracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze. Trzydzieści lat cyfr, tabel, bilansów - tam się nie pomylisz, tam sprawdzasz, zanim podpiszesz. Ryszard, mój mąż, śmiał się, że „Halinka policzy każdy grosz, ale zapomni włożyć sól do zupy". Ryszard nie żyje od czterech lat. Rak trzustki, szybko, osiem miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Po jego odejściu zostałam sama w naszym trzypokojowym na Gocławiu, trzecie piętro, blok z osiemdziesiątego drugiego roku. Starsza córka Marta mieszka z mężem i dwójką dzieci na Białołęce, Agnieszka w Krakowie z partnerem. Obie kochane, obie zapracowane, obie - jak się okazało - gotowe do decyzji w mojej sprawie.
Bo popełniłam błąd. Powiedziałam Marcie.
Nie o gazie konkretnie. Zadzwoniła w niedzielę, jak zwykle, i zapytała, co u mnie. A ja, zamiast powiedzieć „dobrze, córeczko, rosół gotowałam", powiedziałam: „Wiesz, Martuś, ostatnio mam takie dziwne, wracam sprawdzać, czy gaz wyłączyłam". Cisza w słuchawce. A potem pytania - ile razy, od kiedy, czy byłam u lekarza, czy dobrze sypiam, czy jem regularnie. Jakbym nagle z matki stała się pacjentką.
Trzy dni później Marta przyjechała z Konradem, swoim mężem, i z wydrukami z internetu. Siedli przy moim kuchennym stole, na którym stały jeszcze kubki po kawie, i Konrad - zawsze taki uprzejmy, zawsze „mamo" do mnie, choć jest moim zięciem - położył na blacie kolorową ulotkę. Dom Seniora „Złota Jesień".
„Mamo, nie mów od razu nie" - zaczęła Marta tym głosem, który znam, bo sama go używałam, kiedy tłumaczyłam jej w dzieciństwie, dlaczego nie dostanie nowych butów przed wypłatą. - „To nie jest dom opieki. To taki nowoczesny apartament, z opieką w razie czego. Ciepło, czysto, ludzie w twoim wieku."
Patrzyłam na ulotkę. Uśmiechnięte siwe panie w ogrodzie. Grały w coś, szachy albo warcaby. W tle budynek jak sanatorium w Ciechocinku.
„Marta" - powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło - „ja zapomniałam sprawdzić gaz. Nie zapomniałam, kim jestem."
„Nikt nie mówi, że zapomniałaś, kim jesteś, mamo. Ale to się może pogłębiać. Konrad czytał, że takie natręctwa..."
„Konrad czytał" - powtórzyłam i chyba w moim tonie było coś, co kazało Konradowi zainteresować się wzorem na ceracie.
Wyszli po godzinie. Marta pocałowała mnie w policzek, powiedziała „przemyśl to", jakbym wybierała kolor zasłon, a nie koniec własnego życia w moim własnym domu.
Tej nocy nie spałam. Leżałam w ciemności i słuchałam, jak tyka zegar w przedpokoju - ten sam, który Ryszard powiesił w osiemdziesiątym piątym, kiedy się tu wprowadziliśmy. I myślałam: czy oni mają rację? Czy to początek? Czy za rok zapomnę, jak się nazywam, jak mama pod koniec, kiedy siedziała w fotelu i pytała „a ty czyja jesteś, dziecko?"?
Rano wstałam i zrobiłam herbatę. Usiadłam przy kuchennym stole, przy tej samej ceracie, na której leżała ulotka ze „Złotej Jesieni". Otworzyłam laptopa - tego, którego Agnieszka kupiła mi dwa lata temu i nauczyła obsługiwać. Wpisałam w wyszukiwarkę: „czujnik gazu do mieszkania". Potem: „zawór gazowy z timerem automatyczny".
Znalazłam. Czujnik - sto osiemdziesiąt złotych. Zawór z czasomierzem, który sam odcina gaz po ustawionym czasie - trzysta pięćdziesiąt. Razem pięćset trzydzieści złotych. Tyle, ile jeden miesiąc w najtańszym pokoju „Złotej Jesieni" kosztował cztery i pół tysiąca.
Zamówiłam oba. Przyszły za dwa dni. Czujnik zamontował mi pan Zbigniew z parteru, emerytowany elektryk, który od lat naprawia sąsiadom wszystko za kawę i sernik. Zawór podłączył gazownik, którego znalazłam przez ogłoszenie w sklepie osiedlowym. Rachunek: sto dwadzieścia złotych za montaż.
Nikomu nie powiedziałam.
Bo wiedziałam, co by usłyszała. Od Marty: „Mamo, ale to nie rozwiązuje problemu". Od Agnieszki, która jest łagodniejsza, ale w gruncie rzeczy myśli tak samo: „Mamusia, a może jednak do neurologa?". Od Konrada, z jego wydrukami: „To są objawy, mamo, proszę nas nie ignorować".
Mieli rację w jednym - poszłam do lekarza. Do mojej pani doktor Kowalskiej w przychodni na Saskiej. Zbadała mnie, zrobiła testy, te z rysowaniem zegara i zapamiętywaniem słów. Powiedziała: „Pani Halino, to wygląda na lekkie zaburzenia lękowe. Nic nie wskazuje na demencję. Proszę się nie martwić, ale proszę przychodzić regularnie".
Wyniki schowałam do szuflady. Nie pokazałam Marcie. Bo Marta nie pytała o diagnozę. Marta pytała o kontrolę. To jest różnica, której moja córka jeszcze nie rozumie, bo ma czterdzieści lat i myśli, że miłość do matki polega na podejmowaniu za nią decyzji.
Teraz wychodzę z domu i patrzę na mały biały czujnik nad kuchenką. Zielona dioda miga spokojnie. Zawór jest ustawiony na trzydzieści minut - dłużej nic nie gotuję. Zamykam drzwi. Idę na autobus. I nie wracam.
Czasem w autobusie myślę o mamie. O tym, jak siedziała w tym fotelu i pytała, czyja jestem. O tym, że może kiedyś to przyjdzie i po mnie. Ale dzisiaj jest dzisiaj. I dzisiaj jadę na pocztę odebrać paczkę od Agnieszki. Pewnie herbata. Pewnie krem. Pewnie karteczka.
Marta dzwoniła w niedzielę. Pytała, jak się czuję. Powiedziałam: „Dobrze, córeczko. Rosół gotowałam." Nie wspomniałam o czujniku. Nie wspomniałam o zaworze. Nie wspomniałam o wizycie u doktor Kowalskiej.
I nie wiem, czy to jest mądrość, czy kolejny rodzaj strachu - tym razem nie przed gazem, ale przed tym, że ktoś zdecyduje za mnie, kiedy ja jeszcze potrafię decydować sama.