
Spisałam listę „czego już nie muszę": kończyć nudnych książek, lubić buraczków, odbierać telefon w biegu, mieć zdanie o wszystkim, przepraszać za odpoczynek. Wisi przy lustrze, dopisuję punkt na tydzień. Rodzina czyta ukradkiem i cichnie. Wolność po sześćdziesiątce przychodzi w punktach. Lista rośnie - ja razem z nią.
Zaczęło się od buraczków. Tych krojonych w kostkę, zalanych octem, które Henryk uwielbiał do schabowego. Przez trzydzieści osiem lat robiłam je co niedzielę, choć od zawsze budziły we mnie coś między obrzydzeniem a rezygnacją. Trzydzieści osiem lat to prawie dwa tysiące niedziel. Dwa tysiące miseczek fioletowej papki.
W grudniu Henryk odszedł. Nie od nas - z tego świata. Rozległy zawał, cztery godziny w karetce, trzy dni na OIOM-ie i cisza. Taka cisza, która zostaje po człowieku, który zawsze miał radio włączone na Jedynkę. Zostałam sama w mieszkaniu na Grochowie, z trzema pokojami, meblościanką z dziewięćdziesiątego drugiego roku i półką pełną książek, których nigdy nie chciałam czytać, ale Henryk mówił, że „trzeba być na bieżąco".
Przez pierwsze tygodnie było tak, jak powinno być. Córki przyjeżdżały na zmianę - Marzena z Ursusa z zapiekankami, Basia z Piaseczna z obiadami w plastikowych pojemnikach. Syn Grzegorz dzwonił codziennie o osiemnastej, punktualnie, jakby nastawiał alarm. „Mamo, jak się czujesz? Mamo, jadłaś? Mamo, nie siedź sama." Byłam otoczona opieką jak watą, a oddychało mi się coraz trudniej.
Pewnego lutowego poranka obudziłam się i zrozumiałam, że nie muszę robić buraczków. Nikt ich nie zje. Nikt nie zapyta, dlaczego ich nie ma. Leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit, a ta myśl była tak dziwnie lekka, że aż mnie przestraszyła. Wstałam, poszłam do kuchni, otworzyłam lodówkę i wyrzuciłam słoik z buraczkami do kosza. Był tam od pogrzebu, nieruszony. Zamknęłam klapę i stałam chwilę, nasłuchując, czy ktoś zaprotestuje. Cisza. Tylko zegar w przedpokoju tykał równo, obojętnie.
Tego samego dnia napisałam pierwszy punkt na kartce. Czarnym flamastrem, dużymi literami: „Nie muszę jeść buraczków". Przyczepiłam kartkę do lustra w przedpokoju, tego z mosiężną ramą, przy którym Henryk zawsze poprawiał krawat. Lustro było teraz moje. Kartka też.
Tydzień później dopisałam: „Nie muszę kończyć nudnych książek". Wzięłam do ręki ten kryminał, który Grzegorz przywiózł mi „żeby się czymś zająć", przeczytałam trzydzieści stron i odłożyłam. Bez wyrzutów sumienia. Bez poczucia, że marnuję czyjś prezent. Sięgnęłam po tomik wierszy Szymborskiej, który stał zakurzony za encyklopedią, i przeczytałam „Nic dwa razy" trzy razy z rzędu, na głos, w pustej kuchni. Herbata stygła. Było mi dobrze.
Kolejne punkty przychodziły same. „Nie muszę odbierać telefonu w biegu." To był punkt wymierzony w Marzenę, która dzwoniła zawsze wtedy, kiedy wchodziłam pod prysznic, albo wtedy, kiedy wreszcie zasiadłam z książką. Kiedy nie odebrałam dwa razy z rzędu, pojawiła się pod drzwiami z miną, jakbym leżała na podłodze.
- Mamo, dlaczego nie odbierasz? Myślałam, że coś ci się stało.
- Kąpałam się.
- Dwie godziny?
- Najpierw się kąpałam. Potem czytałam. Potem nie chciałam rozmawiać.
Marzena zamilkła. Patrzyła na mnie tak, jakbym powiedziała coś w obcym języku. Moja córka, czterdzieści lat, matka dwójki dzieci, nauczycielka w podstawówce - stała w moim przedpokoju i nie umiała zrozumieć, że jej matka może po prostu nie chcieć rozmawiać. Nie dlatego, że jest chora. Nie dlatego, że jest smutna. Tylko dlatego, że nie chce.
Zauważyła listę. Podeszła do lustra, przeczytała. Nic nie powiedziała, ale widziałam, jak jej oczy przesuwają się po punktach - raz, drugi, trzeci. Wyszła po dwudziestu minutach, zostawiając na kuchennym blacie sernik od Blikla, którego nie zamawiałam.
„Nie muszę mieć zdania o wszystkim" - ten punkt pojawił się po rodzinnym obiedzie u Basi. Siedzieliśmy w jej nowym salonie, Grzegorz z żoną Agnieszką, Marzena z mężem Darkiem, wnuki biegały po ogródku. Rozmowa zeszła na politykę, potem na sąsiadów, potem na to, czy Basia dobrze robi, wysyłając Olka na prywatną szkołę. Wszyscy mieli zdanie. Krzyczeli przez stół, gestykulowali, Dariusz uderzał dłonią w blat.
- A ty co myślisz, mamo? - zapytał Grzegorz, bo zawsze pytał.
- Nic - powiedziałam. - Nie mam zdania.
Patrzyli na mnie jak na zagadkę. Przez trzydzieści osiem lat miałam zdanie o wszystkim - o remoncie łazienki, o wyborze szkoły dla wnuków, o tym, czy Marzena powinna zmienić pracę, o tym, czy Henryk dobrze robi, pożyczając pieniądze bratu. Teraz siedziałam z kawą i nie chciałam mieć zdania o szkole Olka. Nie dlatego, że mi nie zależało. Dlatego, że to nie było moje zdanie do wydania.
Basia podeszła do mnie wieczorem, kiedy inni już wychodzili.
- Mamo, martwię się o ciebie. Jesteś jakaś inna.
- Inna niż co?
- Niż zawsze.
Chciałam jej powiedzieć, że „zawsze" to było słowo Henryka. Że „zawsze" robiłam buraczki, „zawsze" odbierałam telefon, „zawsze" miałam zdanie. I że „zawsze" skończyło się w grudniu, a ja dopiero teraz zaczynam sprawdzać, co jest pode spodem. Ale powiedziałam tylko:
- Może po prostu w końcu jestem sobą.
Basia nie wyglądała na przekonaną.
Ostatni punkt, który dopisałam w zeszłym tygodniu, brzmi: „Nie muszę przepraszać za odpoczynek". To był najtrudniejszy. Bo kiedy Grzegorz dzwoni i pyta, co robiłam, a ja mówię „nic", czuję w jego milczeniu niepokój. Kiedy Marzena proponuje wyjazd do sanatorium, a ja odmawiam, bo wolę siedzieć na balkonie z Szymborską, słyszę w jej głosie pretensję. Kiedy Basia mówi „mamo, może byś się zapisała na jakiś kurs, żebyś miała ludzi" - widzę w jej oczach przekonanie, że kobieta po sześćdziesiątce, która nie biega, nie gotuje, nie zapisuje się na aqua aerobik, umiera.
A ja nie umieram. Ja się budzę.
Lista ma teraz piętnaście punktów. Wisi przy lustrze, pisana różnymi kolorami flamastrów - czarnym, zielonym, niebieskim. Wiem, że rodzina ją czyta, kiedy przychodzą. Widziałam, jak Agnieszka, żona Grzegorza, stała przy lustrze z wnuczką na ręku i czytała punkt po punkcie. Potem na mnie spojrzała i powiedziała cicho, prawie do siebie: „Ja bym też taką chciała".
Grzegorz zadzwonił wczoraj. Nie o osiemnastej - o dwudziestej pierwszej.
- Mamo, chciałem zapytać. Ta twoja lista... Czy tam jest punkt o nas?
Nie od razu zrozumiałam.
- Jak to o was?
- No... czy jest tam coś w rodzaju „nie muszę widywać dzieci"?
Milczałam chwilę. Za oknem na Grochowie szumiały lipy, te same, które rosły tu, kiedy się wprowadzaliśmy z Henrykiem trzydzieści dziewięć lat temu. Mogłam go uspokoić. Mogłam powiedzieć: „Nie bądź głupi, oczywiście że nie". Mogłam dodać, że rodzina jest najważniejsza, i zamknąć temat ciepłym, bezpiecznym zdaniem.
Ale nie powiedziałam tego. Powiedziałam:
- Jeszcze nie, Grzesiu. Jeszcze nie.
Odłożył słuchawkę szybciej niż zwykle. A ja wzięłam flamaster - tym razem czerwony - i stanęłam przy lustrze. Nie napisałam nic. Stałam i patrzyłam na swoje odbicie, na siwe włosy, na zmarszczki wokół oczu, na listę obok twarzy. Zastanawiałam się, który punkt będzie ostatni. I czy w ogóle będzie.