Syn z córką nie rozmawiają od pół roku - poszło o moje mieszkanie. Moje, w którym wciąż mieszkam. Na imieniny przyszli osobno: syn o dwunastej, córka o szesnastej. Oboje z tortem i z tym samym pytaniem: „mamo, a testament już jest?".

Dwa torty stały na stole obok siebie, kiedy wieczorem zmywałam filiżanki. Sernik od Grzegorza i szarlotka od Basi. Obydwa z tej samej cukierni na rogu Piłsudskiego, obydwa z tym samym napisem „Dla Najdroższej Mamy". Patrzyłam na nie i myślałam, że gdyby Tadek żył, tobym się roześmiała. Powiedziałabym mu: „Tadek, popatrz, mamy dwa torty i dwoje dzieci, które nie potrafią się ze sobą umówić na jedną godzinę". A on by machnął ręką i odkroił sobie po kawałku z każdego, bo Tadek tak miał - nie lubił konfliktów.

Ale Tadek nie żyje od trzech lat i to właśnie jego śmierć rozpętała to wszystko.

Mam na imię Halina, sześćdziesiąt osiem lat skończonych w marcu. Czterdzieści lat przepracowałam w księgowości w Zakładach Mięsnych pod Poznaniem. Od emerytury prowadzę spokojne życie: poranki z kawą, popołudnia z książką albo na działce.

A przynajmniej tak było, zanim moje dzieci postanowiły, że moje trzypokojowe mieszkanie na Ratajach jest ważniejsze od tego, że mają wspólną matkę.

Grzegorz, czterdzieści dwa lata, elektryk z własną firmą. Żona Magda, dwoje dzieci. Mieszkają w domku pod Swarzędzem, kredyt spłacany od dziesięciu lat. Basia, trzydzieści osiem lat, pracuje w aptece na Wildzie. Mąż Darek, jedno dziecko, wynajmują mieszkanie na Górczynie, bo na swoje ich nie stać. I tu zaczyna się problem.

Kiedy Tadek umarł, Grzegorz przyjechał dzień po pogrzebie. Usiadł w kuchni, przy tym samym stole, przy którym teraz stały dwa torty, i powiedział wprost: „Mamo, musisz pomyśleć o przyszłości. Tato nic nie zostawił spisanego". Wtedy pomyślałam, że to troska. Że syn martwi się o mnie, o formalności, o porządek. Pokiwałam głową i odłożyłam sprawę na później, bo byłam jeszcze w żałobie i nie miałam siły myśleć o notariuszach.

Basia zadzwoniła tydzień później. Inaczej niż Grzegorz - nie wprost, tylko okrążając temat jak kot miskę z gorącą zupą. „Mamo, a ty wiesz, że to mieszkanie jest spółdzielcze własnościowe, nie? I że jak coś by się stało, to bez testamentu będzie podział ustawowy?" Wiedziałam. Byłam księgową czterdzieści lat, nie trzeba mi było tłumaczyć, co to jest podział ustawowy. Ale to „jak coś by się stało" uderzyło mnie bardziej niż cała reszta. Miałam sześćdziesiąt pięć lat, byłam zdrowa, właśnie pochowałam męża - a córka już kalkulowała.

Przez dwa lata jakoś to funkcjonowało. Wigilie razem, imieniny razem, działka w niedziele. Grzegorz pomagał mi z hydrauliką, Basia przywoziła wnuczkę Olę na obiady. Nie wracaliśmy do tematu mieszkania. A potem, pół roku temu, Basia powiedziała coś przy wielkanocnym stole i wszystko się posypało.

Było tak. Siedzieliśmy przy jajeczku, Magda kroiła szynkę, Darek nalewał kompot, dzieci ganiały po pokoju. Normalnie, po ludzku. I Basia, nie wiem czemu akurat wtedy, odezwała się do Grzegorza: „Grzesiek, a ty wiesz, że mama chce mi przepisać mieszkanie? Bo ja tu nie mam gdzie mieszkać, a ty masz dom".

Zamarłam z widelcem w ręku. Bo to nie była prawda. Nigdy nic takiego nie powiedziałam. Rozmawiałyśmy kiedyś - raz, może dwa razy - o tym, że Basia z Darkiem ciężko się kręcą na wynajmie. Powiedziałam wtedy: „Basiu, dopóki żyję, to jest moje mieszkanie, ale kiedyś trzeba będzie to jakoś rozwiązać". To było wszystko. Żadnych obietnic, żadnego przepisywania.

Grzegorz zbladł. Odłożył widelec, popatrzył na mnie, potem na Basię. „To tak?" - powiedział cicho. I to było gorsze niż krzyk. Bo w tym „to tak" było wszystko: że on spłaca kredyt od lat, że naprawia mi krany, że woził Tadka do szpitala przez ostatnie miesiące, że nigdy o nic nie prosił - i że teraz dowiaduje się przy świątecznym stole, że siostra załatwiła sobie mieszkanie za jego plecami.

„Grzesiek, to nieprawda" - powiedziałam. „Niczego nikomu nie obiecałam."

Ale on już nie słuchał. Wstał, założył kurtkę, zawołał Magdę i dzieci. Przy drzwiach odwrócił się i powiedział: „Mamo, jak się zdecydujesz, to daj znać". I wyszedł.

Basia zaczęła płakać. „Mamo, ja nie tak to miałam na myśli, ja tylko chciałam, żeby on zrozumiał naszą sytuację." Patrzyłam na nią i widziałam moją małą Basię, tę z warkoczami i z zadarym nosem, która zawsze umiała tak obrócić słowa, żeby wyszło na jej. Jako dziecko to było urocze. Teraz skończyło się rozbitym talerzem i trzaśnięciem drzwiami.

Od tamtej Wielkanocy nie rozmawiali ze sobą ani razu. Wiem, bo pytałam. Grzegorz mówił: „Mamo, nie mam o czym z nią gadać". Basia mówiła: „Mamo, to on powinien zadzwonić pierwszy". A ja stałam pośrodku jak ten słupek na drodze, który objeżdżają z obu stron.

Na imieniny, w maju, przyszli osobno. Grzegorz rano, z sernikiem. Siedział godzinę, pił herbatę, opowiadał o remoncie łazienki. A potem, już w progu, niby od niechcenia: „Mamo, a ty myślałaś o testamencie? Bo wiesz, gdyby coś się stało, to lepiej mieć porządek". Serce mi się ścisnęło. Nie dlatego, że pytał - dlatego, że próbował brzmieć obojętnie i mu nie wychodziło.

Basia przyszła po południu, z szarlotką. Też siedziała godzinę, też piła herbatę. Ola rysowała mi laurkę przy kuchennym stole. I Basia, pakując się do wyjścia, powiedziała dokładnie to samo, tylko innymi słowami: „Mamo, jak byś chciała, to mogę cię umówić do notariusza. Żebyś miała spokój". Żebym ja miała spokój. Dobre sobie.

Wieczorem siedziałam sama z dwoma tortami i myślałam o Tadku. O tym, jak się poznaliśmy na zabawie w siedemdziesiątym ósmym roku. Jak staliśmy w kolejce po meble do tego mieszkania. Jak malowaliśmy ściany w pokoju dziecięcym, kiedy Basia miała się urodzić. To mieszkanie pachniało naszym życiem. Każda rysa na parkiecie to jakaś historia. A teraz moje dzieci patrzą na nie i widzą metry kwadratowe.

Nie spisałam testamentu. Nie dlatego, że nie umiem podjąć decyzji. Umiem - przez czterdzieści lat zamykałam bilanse i potrafiłam wybrać między dwiema złymi opcjami. Nie spisałam, bo nie chcę wybierać między swoimi dziećmi. A każdy wariant, który rozważam nocami - pół na pół, całość dla jednego z dopłatą, zapis na wnuki, dożywocie z prawem do mieszkania - każdy oznacza, że jedno z nich poczuje się skrzywdzone.

Ale jest jeszcze coś, czego nie powiedziałam ani Grzegorzowi, ani Basi. Byłam u lekarza w lutym. Wyniki nie są złe, ale nie są też dobre. Lekarka powiedziała: „Proszę pani, nic dramatycznego, ale proszę się nie oszukiwać - sześćdziesiąt osiem lat to nie czterdzieści". Wiem. Wiem, że testament powinien być. Wiem, że to jest odpowiedzialność, nie kaprys.

Tydzień temu zadzwoniłam do kancelarii notarialnej. Umówiłam się na czwartek. W środę wieczorem wyjęłam kartkę i długopis i próbowałam napisać, co chcę postanowić. Patrzyłam na pustą kartkę dwadzieścia minut. Potem odłożyłam długopis, schowałam kartkę do szuflady pod rachunkami za prąd i poszłam spać.

Czwartek jeszcze nie nadszedł. Kartka wciąż leży w szufladzie, czysta.

A ja wciąż nie wiem, czy bardziej boję się tego, co na niej napiszę - czy tego, co stanie się potem, kiedy moje dzieci ją przeczytają.