
Mamą opiekuję się od lat, siostra dzwoni z Niemiec w niedziele. Ostatnio przyleciała na trzy dni i zabrała mamę „na spacer, we dwie, jak dawniej". Wróciły po dwóch godzinach: mama z pączkiem, siostra z teczką z kancelarii notarialnej.
Zobaczyłam tę teczkę natychmiast. Beżowa, sztywna, z wytłoczonym adresem kancelarii przy ulicy Mickiewicza. Agnieszka trzymała ją pod pachą jak gazetę, jakby to było nic wielkiego.
Mama za nią - drobna, zadowolona, z cukrem pudrem na kąciku ust - powtarzała, że dawno nie jadła tak dobrego pączka jak w tej nowej cukierni koło rynku. Ja stałam w przedpokoju z mokrą ścierką w ręku, bo właśnie myłam podłogę w łazience mamy. Jak co drugi dzień.
- Co to jest? - zapytałam, wskazując na teczkę.
Agnieszka odwiesiła kurtkę, poprawiła włosy. Spokojnie, jakby nie słyszała pytania. Dopiero kiedy mama poszła do swojego pokoju, żeby położyć się na chwilę, siostra usiadła w kuchni i powiedziała:
- Musimy porozmawiać.
Musimy porozmawiać. Piękne zdanie. Zwłaszcza od kogoś, kto przez ostatnie siedem lat rozmawiał ze mną głównie przez telefon - w niedziele, między jedenastą a dwunastą, bo potem miała obiad z rodziną Klausa. Agnieszka wyjechała do Niemiec w dwutysięcznym dziesiątym. Miała trzydzieści osiem lat, świeży rozwód i ofertę pracy w domu opieki pod Monachium. Ironia losu - opiekowała się tam obcymi staruszkami, podczas gdy nasza mama zostawała w Poznaniu ze mną.
Ja, Bożena, pięćdziesiąt siedem lat, księgowa w firmie budowlanej na Wildzie. Od siedmiu lat codziennie po pracy jadę na Rataje, gdzie mama mieszka sama w dwupokojowym mieszkaniu na trzecim piętrze bez windy. Robię jej zakupy, gotuję obiady na dwa dni do przodu, pilnuję leków na ciśnienie i cukrzycę, wożę na wizyty do lekarzy. Dwa razy w tygodniu przychodzi pani Halina - pomoc, którą opłacam z własnej kieszeni, bo mama z emerytury ledwo pokrywa czynsz i rachunki.
Agnieszka otworzyła teczkę. W środku były dokumenty - akt notarialny, projekt, nie podpisany jeszcze przez mamę. Ale przygotowany. Przejrzałam pierwszą stronę i poczułam, jak mi się robi gorąco w całym ciele.
- To jest darowizna mieszkania - powiedziałam powoli, żeby się upewnić, że dobrze czytam.
- Tak. Na nas obie, po połowie - odpowiedziała Agnieszka. - Rozmawiałam z prawnikiem. Mama ma osiemdziesiąt dwa lata, Bożena. Jeśli coś się stanie, spadek bez testamentu to będą miesiące w sądzie. A tak - czysto, jasno, po równo.
Po równo. To słowo uderzyło mnie jak policzek.
Siedem lat. Dwa tysiące pięćset pięćdziesiąt pięć dni - liczyłam potem w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć. Każdy z tych dni wyglądał podobnie: praca, mama, dom, sen. Mój mąż Andrzej, cierpliwy jak mało kto, od trzech lat jadł kolacje sam, bo ja wracałam od mamy o ósmej wieczorem. Moje dorosłe dzieci - Kasia i Piotrek - przestały pytać, czy przyjdę w niedzielę na obiad. Wiedziały, że niedziele należą do mamy. Zrezygnowałam z sanatorium, na które czekałam dwa lata przez NFZ, bo nie było komu jej pilnować. Wzięłam bezpłatny urlop, kiedy złamała biodro. Odwołałam wycieczkę do Chorwacji, jedyne wakacje, na które Andrzej namówił mnie od lat.
A Agnieszka dzwoniła w niedziele.
- Przysyłałam pieniądze - powiedziała, jakby czytała mi w myślach.
Przysyłała. Trzysta euro co miesiąc, regularnie, na konto mamy. Za to płaciłam panią Halinę. To prawda. Ale pieniądze to nie jest siedzenie na podłodze w łazience, kiedy mama zemdleje pod prysznicem. Pieniądze to nie jest tłumaczenie jej po raz setny, że nie, nie może jeść sernika, bo ma cukrzycę. Pieniądze to nie jest strach o trzeciej w nocy, gdy dzwoni telefon i myślisz - to teraz, to ten moment.
- Mamo - powiedziałam następnego dnia rano, kiedy Agnieszka poszła do miasta - rozumiesz, co Agnieszka chce, żebyś podpisała?
Mama siedziała w fotelu, w tym swoim szarym swetrze, który nosiła od lat. Patrzyła na mnie spokojnie.
- Bożenka, ja wiem, co to jest. Agnieszka mi wytłumaczyła.
- I co myślisz?
- A co mam myśleć? To moje mieszkanie. Chcę, żebyście obie miały po kawałku. Żebyście się nie kłóciły, jak mnie nie będzie.
- Mamo, ja się nie kłócę. Ale to ja tu jestem. Codziennie.
Mama milczała chwilę. Potem powiedziała cicho:
- Agnieszka też jest moją córką, Bożenka.
I ten jeden cichy zdanie zamknął mi usta skuteczniej niż jakakolwiek kłótnia. Bo mama miała rację. Agnieszka jest jej córką. Ale ja poczułam coś, czego się wstydzę do dziś - że moja opieka, moje poświęcenie, moje zmarnowane wieczory i odwołane wakacje powinny mieć jakąś cenę. Że to mieszkanie - stare, z niskim sufitem, z widokiem na blok naprzeciwko - jest jedyną walutą, w jakiej mama może mi zapłacić.
I że Agnieszka nie ma do niego prawa. Nie takiego samego jak ja.
Wieczorem siostra próbowała ze mną rozmawiać. Siedziałyśmy w kuchni mamy, przy tym samym stole, przy którym odrabiałyśmy lekcje trzydzieści pięć lat temu.
- Bożena, ja nie chcę cię skrzywdzić. Ale pomyśl - gdyby mama zapisała ci wszystko, a potem ktoś podważyłby to w sądzie? Tak jest bezpieczniej. Dla wszystkich.
- Dla ciebie jest bezpieczniej - odpowiedziałam. - Ty za trzy dni wracasz do Monachium. A ja zostaję.
- Mogę przyjeżdżać częściej.
- Mogłaś od siedmiu lat.
To był jedyny moment, kiedy zobaczyłam, że coś w niej drgnęło. Odwróciła głowę do okna, a potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
- Myślisz, że mi łatwo? Myślisz, że ja nie chcę tu być? Że wybrałam Niemcy, bo mi się tam tak świetnie żyje? Ja uciekłam, Bożena. Po rozwodzie, po tym jak Marek zabrał mi pół życia - uciekłam. I teraz nie umiem wrócić. Ale to nie znaczy, że nie kocham mamy.
Milczałyśmy długo. Za oknem ktoś na osiedlu wyprowadzał psa. Zegar w przedpokoju tykał tak samo jak trzydzieści lat temu.
Agnieszka wyleciała we wtorek rano. Teczkę zostawiła na komodzie w pokoju mamy. Nic nie zostało podpisane - powiedziałam, że potrzebuję czasu, że muszę to przemyśleć. Mama nie nalegała. Agnieszka na lotnisku przytuliła mnie krótko i szepnęła: „Proszę cię, nie rób tego przeciwko mnie. Zrób to dla mamy."
Minęły trzy tygodnie. Teczka leży tam, gdzie Agnieszka ją zostawiła. Mama o niej nie wspomina. Ja codziennie ją widzę, kiedy poprawiam mamie poduszkę albo stawiam szklankę wody na noc. Andrzej mówi, żebym porozmawiała z prawnikiem. Kasia mówi, że ciotka Agnieszka „ma tupet". Pani Halina, która słyszała chyba więcej niż powinna, powiedziała tylko: „Pani Bożenko, matka jedna, a dzieci różne. I każde myśli, że kocha najbardziej."
W niedzielę Agnieszka zadzwoni jak zwykle. Między jedenastą a dwunastą. Nie wiem jeszcze, co jej powiem.