Mamą opiekuję się od sześciu lat - leki, kąpiele, noce. Siostra przyjeżdża z Poznania raz w roku, na imieniny mamy, i wrzuca zdjęcie: „z kochaną mamusią". W tym roku mama pogłaskała ją po ręce i szepnęła do mnie: „ta pani z opieki długo posiedzi?"

Stałam wtedy przy framudze drzwi z mokrym ręcznikiem w ręku, bo właśnie skończyłam mamie myć stopy. Jolanta siedziała na kanapie w salonie, w kremowym żakiecie, z torebką na kolanach, jakby wpadła do urzędu po zaświadczenie.

Uśmiechała się tym swoim szerokim, pewnym siebie uśmiechem. A mama - moja mama, której pieluchy zmieniam w nocy, której tabletki układam w podajniku na każdy dzień tygodnia - patrzyła na własną córkę i nie wiedziała, kim ona jest.

Jolanta zachichotała nerwowo. „Mamusiu, no co ty, to ja, Jola!" Pogładziła mamę po policzku. Mama się cofnęła. Spojrzała na mnie i powtórzyła ciszej: „Bożena, powiedz tej pani, że nie potrzebuję opieki społecznej, ja mam córkę".

Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt sześć lat i przez ostatnie sześć lat moje życie skurczyło się do trzech pokoi w bloku na Bielanach. Kiedyś pracowałam w księgowości w małej firmie budowlanej przy Kasprzaka. Kiedy mama zaczęła gubić klucze, zapominać o garach na gazie i dzwonić do mnie o trzeciej w nocy z pytaniem, czy tata wrócił z pracy - tata nie żył od dwunastu lat - wzięłam bezpłatny urlop. Potem kolejny. Potem przestałam udawać, że wrócę.

Jolanta mieszka w Poznaniu. Mąż Dariusz ma warsztat samochodowy, dwójka dzieci, dom z ogródkiem na Ratajach. Raz do roku przyjeżdża na imieniny mamy - dwudziestego piątego maja, na Bożenę, co jest ironią, bo mama ma na imię tak samo jak ja. Jolanta wchodzi z bukietem tulipanów, z sernikiem z cukierni, z perfumami za dwieście złotych. Całuje mamę w czoło, robi selfie, wrzuca na Facebooka. Trzysta lajków. Komentarze: „Jaka piękna rodzina", „Widać miłość", „Jolka, ty to masz serce". Potem jedzie z powrotem do Poznania i przez następne trzysta sześćdziesiąt cztery dni mamy dla niej nie ma.

Nie zawsze tak było. Kiedy mama zachorowała, Jolanta obiecała, że podzielimy się opieką. Miała przyjeżdżać co drugi weekend. Przez pierwszy miesiąc przyjeżdżała. W drugim zaczęły się wymówki - Dariusz ma zlecenie, Kacper jest chory, w pracy audit. W trzecim miesiącu napisała mi SMS: „Bożenka, muszę ogarnąć swoje życie, ale jak będziesz potrzebowała - dzwoń". Dzwoniłam. Trzy razy. Za pierwszym razem nie odebrała. Za drugim powiedziała, że musi sprawdzić w kalendarzu. Za trzecim - że podziwia moją siłę i że gdyby nie jej sytuacja, to by na pewno pomogła.

Przestałam dzwonić.

Codzienność z mamą ma swój rytm. Budzę się o szóstej, bo mama wstaje wcześnie i bywa zdezorientowana. Leki o siódmej - cztery tabletki, każda inna, każda ważna. Śniadanie: owsianka, bo tylko ją chce jeść. Potem toaleta - to najtrudniejsza część dnia, bo mama się wstydzi, choć to ja, jej córka, choć robimy to od lat. Czasem płacze. Czasem na mnie krzyczy. Czasem nie wie, dlaczego jest w łazience. O dziesiątej siadamy przy oknie i patrzymy na osiedle. Mama mówi: „Ładny dzień". To jest dobry dzień. W złe dni mama krzyczy na kogoś, kogo nie widzę, albo chowa się pod kołdrą i mówi, że przyszli ją zabrać.

Mój mąż Andrzej wytrzymał trzy lata. Nie zostawił mnie z hukiem - po prostu zostawał w pracy coraz dłużej, wracał coraz później, spał na kanapie w kuchni, aż pewnego ranka powiedział: „Bożena, ja tak nie dam rady". Przeprowadził się do kolegi. Potem wynajął kawalerkę na Woli. Rozwodu nie wzięliśmy, ale to formalność. Dzwoni raz w tygodniu, pyta, czy czegoś potrzebuję. Przelewa tysiąc złotych co miesiąc. Więcej nie mogę wymagać - a przynajmniej tak sobie powtarzam.

W tym roku na imieniny mamy Jolanta przyjechała z nową fryzurą i w nowych butach. Weszła, rozejrzała się po mieszkaniu tym swoim oceniającym wzrokiem. Zobaczyłam, jak zerka na plamy na ścianie w korytarzu - mama oblała ścianę kompotem w marcu, nie zdążyłam pomalować. „Mogłabyś tu trochę odświeżyć" - rzuciła, wieszając kurtkę.

Nie odpowiedziałam. Nauczyłam się, że z Jolantą lepiej milczeć.

Potem był sernik i herbata. Jolanta opowiadała o remoncie łazienki, o tym, że Kacper zdał na prawo jazdy, że z Dariuszem lecą we wrześniu do Chorwacji. Mama siedziała w fotelu, uśmiechała się uprzejmie, jak do obcej osoby w poczekalni u lekarza. A potem Jolanta sięgnęła po telefon: „Mamusiu, zróbmy sobie zdjęcie!". Przysunęła się, objęła mamę ramieniem. Kliknęło. „Z kochaną mamusią" - napisała pod spodem.

Wtedy mama pogłaskała ją po dłoni i szepnęła do mnie tamte słowa. Jolanta zamarła z telefonem w ręku. Pierwszy raz widziałam, jak mojej siostrze drgnęła twarz naprawdę - nie grzecznościowo, nie na pokaz. Zobaczyłam coś, co wyglądało jak ból. Albo jak wstyd. A może po prostu zaskoczenie, że ktoś w końcu powiedział głośno to, o czym obie wiedziałyśmy od lat.

Podniosła się z kanapy, wygładziła spódnicę. „Muszę jechać, bo Dariusz czeka na obwodnicy". Pocałowała mamę w czubek głowy. W przedpokoju zatrzymała się i bez patrzenia na mnie powiedziała: „Może powinnyśmy pogadać. O tym wszystkim. O pieniądzach, o domu opieki, o... no wiesz".

„O czym konkretnie, Jolanta?" - zapytałam.

„O przyszłości" - odpowiedziała i wyszła.

Zamknęłam drzwi. Wróciłam do salonu. Mama siedziała w fotelu i wyjadała rodzynki z sernika. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. „Bożenka, a tamta pani była miła. Zostawiła ciasto". Usiadłam obok niej na podłodze, oparłam głowę o poręcz fotela. Mama położyła mi dłoń na włosach. Tak jak kiedyś, kiedy byłam mała i płakałam po złym śnie.

Jolanta napisała wieczorem: „Sprawdzę ośrodki w Poznaniu. Może coś bliżej mnie. Pogadamy". Przeczytałam wiadomość trzy razy. Nie odpisałam.

Bo nie wiem, co odpowiedzieć. Nie wiem, czy Jolanta chce pomóc, czy chce mieć spokojne sumienie. Nie wiem, czy dom opieki to zdrada, czy rozsądek. Nie wiem, czy mam prawo żyć własnym życiem, skoro mama już nie pamięta, że je miałam. A przede wszystkim nie wiem, czy mama - ta mama, która nie poznaje własnej córki, ale wciąż pamięta, jak mnie głaskać po włosach - zrozumiałaby, dlaczego ją zostawiam.

SMS od Jolanty świeci się na ekranie telefonu. Leży na kuchennym stole obok podajnika z lekami na jutro.