Syn ustalił: Wigilia u teściów, a do mnie wpadną w drugi dzień świąt - „nie gotuj, mamo, przywieziemy, zawsze zostaje masa jedzenia". Przywieźli pudełka z resztkami. W drzwiach synowa przypomniała: „pudełka niech mama odda, są od kompletu".

Stałam z tymi pudełkami w rękach jeszcze dobrą minutę po tym, jak zatrzasnęły się drzwi klatki schodowej. Trzy plastikowe pojemniki - zielone pokrywki, matowe ścianki. W jednym kawałki śledzia w śmietanie, w drugim trzy pierogi z kapustą i grzybami, w trzecim plaster sernika z odciśniętym śladem folii aluminiowej. Resztki cudzej Wigilii. I jeszcze ta prośba o zwrot pojemników, bo „są od kompletu".

Postawiłam je na blacie w kuchni, obok nakrytego stołu. Bo ja jednak nakryłam. Mimo że Marcin powiedział „nie gotuj". Postawiłam dwa talerze, dwa kieliszki, miseczkę z barszczem, który zagrzałam z zamrażarki, i talerz z uszkami, które lepiłam sama wieczorem dwudziestego trzeciego, bo nie potrafiłam siedzieć z pustymi rękami.

Nie potrafiłam nie gotować na święta. Sześćdziesiąt dwa lata życia, czterdzieści lat w kuchni - jak miałam nagle przestać?

Marcin wszedł z Agnieszką i dwójką dzieci tuż po drugiej. Malutka Zosia od razu pobiegła do choinki, Kuba usiadł na kanapie z tabletem. Marcin pocałował mnie w policzek, powiedział „cześć, mamo", rozejrzał się po kuchni i zmarszczył brwi.

- Miałaś nie gotować.

- To tylko barszcz i uszka. Pomyślałam, że dzieci zjedzą.

- Mamo, Zosia nie je grzybów, Kuba przed chwilą jadł. Przywieźliśmy ci jedzenie, miało być prosto i bez stresu.

Prosto i bez stresu. Tak to teraz wygląda. Prosto - to znaczy bez mojego barszczu, bez moich uszek, bez zastawy, którą dostawałam od matki i którą nakrywałam stół przez trzydzieści wigilii. Bez stresu - to znaczy beze mnie.

Agnieszka stała w przedpokoju, zdejmowała Zosi kurtkę i nie patrzyła w moją stronę. Ładna dziewczyna, zawsze schludna, zawsze z tym samym uprzejmym uśmiechem, który niczego nie obiecuje. Pięć lat małżeństwa z moim synem i ja nadal nie wiem, co Agnieszka naprawdę o mnie myśli. Wiem tylko, że Wigilia jest u jej rodziców. I że pojemniki trzeba oddać.

Usiedli w pokoju na może godzinę. Marcin opowiadał o pracy - jest informatykiem w dużej firmie w Poznaniu, zarabia dobrze, to wiem, bo sam kiedyś powiedział. Agnieszka pokazywała mi zdjęcia z wigilijnego stołu u Kowalczyków. Piękny stół, dwanaście potraw, serwetki w serwetniki, świece. Przesuwałam palcem po ekranie telefonu i widziałam twarze obcych mi ludzi - roześmiane, rumiane, podnoszące kieliszki. Mój syn między nimi. Moje wnuki między nimi.

- Pięknie - powiedziałam, bo co miałam powiedzieć.

- Teściowa naprawdę się postarała w tym roku - Agnieszka schowała telefon. - Zrobiła nawet kutię, wyobraża sobie mama?

Wyobrażałam sobie. Wyobrażałam sobie też, że kiedyś to ja robiłam kutię - z makiem mielonym w maszynce, z bakaliami kupowanymi na Jeżycach na targu. Marcin zjadał dwie porcje i oblizywał łyżkę. Ale to było piętnaście lat temu, może więcej. Teraz mój syn je kutię u Kowalczyków.

Kiedy Andrzej żył, było inaczej. Mąż nie był człowiekiem wielu słów, ale w święta potrafił powiedzieć: „Elżbieta, ten barszcz to arcydzieło". I mówił to poważnie, tymi swoimi spokojnymi oczami, i mi wystarczało. Andrzej zmarł sześć lat temu - serce, nagle, w warsztacie, między samochodem a skrzynką z narzędziami. Po jego śmierci Marcin przez dwa lata spędzał Wigilię u mnie. Potem pojawiła się Agnieszka i powoli - tak powoli, że przez pierwszy rok nawet tego nie zauważyłam - wszystko zaczęło się przesuwać w stronę Kowalczyków.

Nie mam do niej pretensji. A może mam. Sama już nie wiem. Agnieszka nie jest złą osobą. Jest po prostu typem kobiety, która organizuje świat wokół siebie i swojej rodziny, a ja nie jestem jej rodziną - jestem rodziną jej męża. Czuję tę różnicę za każdym razem, kiedy dzwonię do Marcina i słyszę w tle jej głos: „Kto to?". Nie wrogie „kto to", nie złośliwe. Po prostu obojętne.

Wieczorem dwudziestego szóstego zadzwoniła Lucyna, moja siostra z Mosiny.

- No i jak? Byli?

- Byli.

- Długo?

- Godzinę. Może półtorej.

- I co przywieźli?

Popatrzyłam na pojemniki na blacie. Śledź zasechł na brzegach. Pierogi lekko stwardniały.

- Resztki z Wigilii u teściów.

Lucyna milczała przez chwilę. Znamy się sześćdziesiąt dwa lata, nie potrzebujemy wielu słów.

- Elżbieta.

- Tak?

- Wyrzuć to. I nie oddawaj tych pudełek.

Roześmiałam się. Pierwszy raz od dwóch dni. Lucyna zawsze potrafiła - krótko, celnie, jak skalpelem. Ale po śmiechu przyszło coś innego - takie ściśnięcie w gardle, którego nie dało się przełknąć herbatą z cytryną.

Bo ja przecież wiem, że mój syn mnie kocha. Wiem to, kiedy dzwoni w niedzielę i pyta „jak się czujesz, mamo". Wiem, kiedy przywozi mi lekarstwa, kiedy podwozi na kontrolę do lekarza, kiedy w listopadzie stoi ze mną nad grobem Andrzeja. Kocha mnie na swój sposób - w porządku, systematycznie, z obowiązku i przyzwyczajenia. Tylko że gdzieś po drodze przestałam być kimś, z kim się świętuje, a stałam się kimś, do kogo się wpada.

Tej nocy nie mogłam spać. Leżałam w ciemnej sypialni i patrzyłam na sufit. Na komodzie stało zdjęcie z komunii Marcina - on w białej albie, ja w granatowej sukience, Andrzej z dumną miną, jakby to on dostał komunię, a nie synek. Pamiętam, jak po mszy Marcin powiedział: „Mamo, twoje pierogi ruskie są lepsze niż te w restauracji". Miał osiem lat.

Rano wstałam wcześnie. Zrobiłam sobie kawę, usiadłam przy stole. Pojemniki nadal stały na blacie. Trzy zielone pokrywki. Komplet.

Otworzyłam je wszystkie. Śledzia wyrzuciłam. Pierogi też. Sernik - sernik zjadłam, bo był naprawdę dobry. Kowalczykowa umie piec, przyznaję. Umyłam pojemniki, wytarłam do sucha. Postawiłam na stole.

Potem otworzyłam szafkę i wyciągnęłam swoją starą książkę kucharską - tę w twardej okładce, z zapiskami matki na marginesach. Znalazłam przepis na barszcz wigilijny. Przeczytałam go powoli, od początku do końca, choć znałam na pamięć.

Wzięłam telefon i napisałam do Marcina: „W przyszłym roku Wigilia u mnie. Gotuję ja. Przyjdźcie albo nie - ja i tak będę gotować".

Odpowiedź przyszła po czterech godzinach. „Mamo, pogadamy o tym bliżej świąt, ok?". I uśmiechnięta buźka.

Schowałam telefon. Pojemniki umyłam jeszcze raz - nie wiem dlaczego, może z przyzwyczajenia, może z nerwów. Postawiłam je przy drzwiach, żeby nie zapomnieć oddać.

A potem usiadłam i przez długą chwilę patrzyłam na te trzy zielone pokrywki i zastanawiałam się, czy je oddam. Czy może po prostu - nie oddam.