
Na zimę wyjechałyśmy z Ireną i Krysią do Hiszpanii - trzy wdowy, jedno wynajęte mieszkanie. Dzieci zwołały naradę: „a święta? a ferie? a kto odbierze Kubę?". Odpowiedziałam na rodzinnej grupie zdjęciem z promenady. Dwadzieścia stopni, grudzień.
Telefon zaczął wibrować, zanim zdążyłam schować go do torebki. Najpierw córka Magda: „Mamo, to nie jest śmieszne". Potem syn Bartek: „Dzwonię wieczorem, musimy porozmawiać". Potem bratowa Jola, która zazwyczaj pisała raz na kwartał: „Bożena, czy Ty dobrze się czujesz? Magda się martwi". Stałam na tej promenadzie w Torrevieja, z wiatrem we włosach i smakiem soli na ustach, i nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
Pierwszy raz od trzech lat ktoś się mną tak intensywnie zajmował.
Irena, stojąca obok z kubkiem café con leche, zerknęła na mój ekran i parsknęła śmiechem. - Twoi też? Moja Beata napisała, że jestem „nieodpowiedzialna". Ja! Kobieta, która przez czterdzieści lat nie spóźniła się do pracy ani razu.
Krystyna milczała. Jej dzieci się jeszcze nie odezwały. Albo się nie odezwały, albo nie miały jej numeru hiszpańskiego. Z Krysią nigdy nie było wiadomo - dopiero po dwóch dniach przyznała się, że synowi w ogóle nie powiedziała o wyjeździe.
Pomysł na Hiszpanię urodził się w październiku, na cmentarzu. Pierwszy listopada, jak co roku - trzy kobiety przy trzech grobach w jednym rzędzie na Powązkach. Henryk, Tadeusz, Wiesław. Trzy nagrobki, trzy znicze, trzy bukiety chryzantem. Stałyśmy potem przy bramie, bo Irena szukała w torebce chusteczek, i Krysia powiedziała cicho: - Dziewczyny, ja kolejnej zimy w tym bloku nie wytrzymam.
Nikt się nie roześmiał, nikt nie powiedział „nie przesadzaj". Bo każda z nas wiedziała, o czym mówi. Styczeń w bloku na Bielanach, kiedy człowiek jest sam. Kaloryfer grzeje, telewizor gada, a ty siedzisz z herbatą i liczysz godziny do następnego dnia, który będzie dokładnie taki sam. Po śmierci Henryka trzy lata temu odkryłam, że doba ma strasznie dużo minut.
To Irena znalazła ogłoszenie - mieszkanie w Torrevieja, trzy sypialnie, balkon z widokiem na morze, cena na zimę śmieszna, bo poza sezonem. Podzielone na trzy wychodzi mniej niż rachunki za ogrzewanie w Warszawie. Przeliczyłam dwa razy na kalkulatorze. Potem trzeci raz, bo nie wierzyłam. Wyszło, że stać mnie z emerytury, jeśli nie będę jadła w restauracjach codziennie. A ja przez sześćdziesiąt trzy lata życia w restauracji byłam może piętnaście razy.
Magdzie powiedziałam tydzień przed wylotem. Specjalnie tydzień - żeby było za krótko na wielkie dyskusje, a wystarczająco długo, żeby nie nazwała mnie wariatką. Mylłam się. Nazwała mnie wariatką już po trzydziestu sekundach.
- Mamo, a jak ci się coś stanie? A lekarz? A ubezpieczenie? A Kuba ma komunię w maju, a kto będzie pilnować mieszkania, a sąsiadka z dołu mówiła, że cieknie, a…
- Magda - przerwałam jej. - Przez trzydzieści pięć lat pilnowałam. Ciebie, Bartka, taty, mieszkania, rachunków, sąsiadki z dołu. Teraz mam pilnować dalej, tylko już bez nikogo obok?
Zamilkła. Pewnie dlatego, że usłyszała w moim głosie coś, czego wcześniej nie było. Ja też to usłyszałam i sama się trochę przestraszyłam. Stanowczość. Dawno jej nie używałam.
Bartek zareagował spokojniej, ale jego spokój był gorszy niż krzyk Magdy. Zadzwonił wieczorem, rzeczowy jak zawsze. - Mamo, to fajnie, że chcesz odpocząć. Ale może na tydzień? Dwa? Po co na trzy miesiące? - Potem dodał ciszej: - Ludzie gadają.
Ludzie gadają. Właśnie w tym było całe sedno. Sąsiadka z trzeciego piętra, pani Halina, kiedy usłyszała, powiedziała: „Bożena, po co ci to, w twoim wieku?". Mam sześćdziesiąt trzy lata, a nie dziewięćdziesiąt. Nogi mam sprawne, głowa działa, paszport ważny. Kiedy miałam wyjechać, jak nie teraz?
W Torrevieja okazało się, że jesteśmy dalekie od jedynych. Polki na zimę przyjeżdżały dziesiątkami - emerytki, wdowy, rozwódki. Na targu w sobotę słychać było tyle polskiego co hiszpańskiego. Irena trzeciego dnia poznała Janinę z Krakowa, która zimowała tu już piąty rok. - Moje dzieci się przyzwyczaiły - powiedziała Janina z uśmiechem. - Teraz przylatują do mnie na święta. I wiecie co? Lubią.
O świętach to był właśnie ten temat. Magda zadzwoniła w połowie grudnia z pytaniem, które bardziej przypominało wyrok: - Mamo, Wigilia. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie przylatujesz?
Chciałam jej powiedzieć dokładnie to. I powiedziałam. W słuchawce była cisza, a potem - tego się nie spodziewałam - płacz. Nie udawany, nie szantażujący. Prawdziwy.
- Mamo, tata umarł trzy lata temu. A teraz ty… wyjeżdżasz. Kuba pyta, czy babcia się na niego gniewa.
Kuba. Sześć lat, loki po dziadku, oczy po mnie. Zamknęłam oczy i zobaczyłam, jak siedzi przy stole wigilijnym i patrzy na puste krzesło. Dwa puste krzesła - jedno po dziadku, drugie po mnie. Gardło mi się ścisnęło.
Irena widziała moją minę, kiedy odłożyłam telefon. Siedziała na balkonie z książką i nic nie mówiła. Dopiero po chwili powiedziała cicho: - Moja Beata też dzwoniła. Powiedziała, że jeśli nie wrócę na święta, to nie przyjeżdża do mnie na imieniny w marcu. - Zamknęła książkę. - Wracasz?
- Nie wiem - odpowiedziałam.
I to była prawda. Bo jedno we mnie mówiło: to twoja córka, to twój wnuk, to Wigilia, dwanaście potraw, opłatek, siano pod obrusem, wszystko, co znasz i kochasz od urodzenia. A drugie we mnie - to nowe, które obudziło się gdzieś nad Morzem Śródziemnym - mówiło: jeśli teraz wrócisz, bo kazali, to już nigdy nie wyjedziesz. Staniesz się babcią od Kuby, kanapą do siedzenia, numerem na wypadek, gdyby ktoś potrzebował pilnowania mieszkania.
Krysia rozwiązała swój problem prosto - jej syn się nie odezwał, więc nie miała komu odmawiać. Siedziała na promenadzie i jadła mandarynki, które tu kosztowały grosze. - Bożena - powiedziała - ja swoim dzieciom oddałam czterdzieści lat. I wiesz, co dostałam? Telefon raz w miesiącu i pretensje, że za rzadko robię pranie Michałowi.
Dwudziestego grudnia kupiłam bilet. Nie do Warszawy. Do Alicante i z powrotem - na jeden dzień, dwudziestego trzeciego, żeby w sklepie kupić Kubusowi prezent i wysłać kurierem na dwudziestego czwartego. Na kartce napisałam: „Kochany Kubusiu, babcia jest daleko, ale myśli o Tobie każdego dnia. Wracam w lutym i upieczymy razem sernik. Całuję - Babcia".
Magdzie wysłałam wiadomość: „Córeczko, kocham Cię. Ale te święta spędzam tutaj. Przyjadę w lutym. Porozmawiamy wtedy na spokojnie".
Nie odpisała przez dwa dni. Potem, w Wigilię, o osiemnastej polskiego czasu, przyszło zdjęcie. Kuba przy stole, w koszulce, z opłatkiem w ręce. I podpis: „Kuba złamał opłatek za babcię. Wesołych Świąt".
Płakałam nad tym zdjęciem piętnaście minut, a potem wyszłam na balkon. Było ciepło, pachniało kwiatami, gdzieś grała gitara. Irena otworzyła butelkę wina. Krysia nakryła stół - obrus, trzy talerze, kupiona w polskim sklepie kapusta z grochem.
Zjadłyśmy Wigilię we trzy. Bez opłatka, bez siana, bez pustego krzesła. I wiecie co? Nie umiem do dzisiaj powiedzieć, czy to była najodważniejsza, czy najgorsza decyzja mojego życia. Wiem tylko, że kiedy Magda w lutym otworzyła mi drzwi, popatrzyła na mnie inaczej niż zwykle. Nie jak na mamę. Jak na kogoś, kogo trzeba poznać od nowa.
Stałam na tym progu z walizką i myślałam, że chcę jej wszystko wytłumaczyć. Ale ona odwróciła się do kuchni i powiedziała tylko: - Herbata czy kawa? Bo muszę ci o czymś powiedzieć.
I nie wiem, co bolało bardziej - te trzy miesiące bez niej, czy to, że dopiero teraz chciała ze mną porozmawiać jak z dorosłą.